Zawdzięczamy mu kultowe filmy. "Dzisiaj już nie dałoby się tego zrobić"

Jim Sheridan /Andrea Staccioli/ Insidefoto/Mondadori Portfolio /Getty Images

"Oblaliśmy go wodą, mówiliśmy mu straszne rzeczy, doprowadzaliśmy go do skrajnych emocji. Kiedy wszedł na plan, niosło się w nim coś poza słowami" - mówi reżyser Jim Sheridan o pracy z wybitnym aktorem Danielem Day-Lewisem, z którym stworzyli jeden z najważniejszych duetów historii kina. Spotkali się m.in. na planie kultowego filmu "W imię ojca". "Dziś taki film nie mógłby powstać. Nikt by na to nie pozwolił" - stwierdza Sheridan w rozmowie z Interią na Doha Film Festival w Katarze.

"W imię ojca" podczas ceremonii oscarowej w 1994 roku miało szansę na siedem statuetek. W tym dla najlepszego filmu, reżysera i odtwórców ról - Daniela Day-Lewisa i Brendy Fricker. Ostatecznie produkcja nie dostała żadnego Oscara. Co nie przeszkodziło jej stać się dziełem kultowym. Film opowiada historię Gerry'ego Conlona i tzw. "Guildford Four" - czwórki Irlandczyków niesłusznie skazanych za zamach IRA w angielskim Guildford w 1974 roku. Choć nie mieli z tym nic wspólnego, byli torturowani, zmuszeni do przyznania się, a w końcu skazani na dożywocie. Aresztowano także ojca Gerry'ego, Giuseppe Conlona, którego całkowicie bezpodstawnie uznano za wspólnika zamachowców.

Reklama

Kiedy kręciliśmy "W imię ojca" powiedziałem Danielowi: "Jeśli Gerry Conlon podpisze na ekranie dokument, w którym przyznaje się, że dokonał zamachu, stracimy sympatię widzów. Pomyślą: 'Gdzie dym, tam ogień'" - wspomina Jim Sheridan. - "Daniel odpowiedział: 'W porządku. Czy możesz trzymać mnie bez snu przez trzy noce?'. I tak zrobiliśmy. Oblewaliśmy go wodą, mówiliśmy mu straszne rzeczy, doprowadzaliśmy do skrajnych emocji. Kiedy wszedł na plan, niosło się w nim coś poza słowami. Nikt już nie miał wątpliwości, dlaczego podpisuje dokument".

76-letni reżyser przyznaje, że zawsze najbardziej interesuje go to, co poza słowami. "Jeśli tak jak ja funkcjonujesz w kulturze, w której twój pierwszy język nie jest tak naprawdę twoim językiem, to żyjesz poza słowami. Popatrz na irlandzką literaturę. Widać w niej radość, ale i szaleństwo. Ona jest niemal schizofreniczna, jak choćby nasz klasyk 'Finneganów tren' Jamesa Joyce'a, który świetnie to obrazuje. Są rzeczy, których słowo nie potrafi wyrazić, a obraz tak" - zapewnia.

"Moja lewa stopa": Tragiczna scena wzięta z życia

Sheridan stworzył z Danielem Day-Lewisem wyjątkowy duet, który światowy rozgłos zyskał dzięki ich współpracy przy filmie "Moja lewa stopa" (1989). To historia życia Christy'ego Browna - irlandzkiego pisarza i malarza, który urodził się z ciężkim porażeniem mózgowym i mógł ruszać tylko lewą stopą. To film o talencie, godności i niesamowitej sile charakteru, ale też o niezwykle trudnym dzieciństwie i dorastaniu w biednej dublińskiej rodzinie. Udział w tej produkcji przyniósł Day-Lewisowi pierwszego Oscara w karierze.

"Daniel od pierwszego dnia prób pisał stopą. Ja zostawiałem go w spokoju i mogłem zajmować się swoją robotą. Nie musiałem z nim rozmawiać jak z aktorem, bo wiedziałem, że ten człowiek jest szalony - w najlepszym sensie tego słowa. Kiedy wróciłem pewnego wieczoru do domu, spróbowałem pomalować coś stopą, tak jak on. Po pięciu minutach złapał mnie potworny skurcz. A on robił to cały dzień!" - zachwyca się twórca.

"Doskonale pamiętam moment, kiedy w ramach przygotowań poszliśmy spotkać się z dziećmi z Sandymount, które rzeczywiście miały porażenie mózgowe. To było przytłaczające, bo one myślały, że Daniel także je ma. Co miał zrobić - wyjść z roli w takim miejscu? To nie wchodziło w grę" - mówi Sheridan.

To, co było w "Mojej lewej stopie" wyjątkowe, to sposób przedstawienia głównego bohatera. Pomimo niepełnosprawności widz nie miał mu współczuć tylko traktować go jako zwykłego człowieka, przejrzeć się w jego losie, w jego pragnieniach. "Prawdziwy Christy nigdy nie postrzegał siebie jako osoby niepełnosprawnej. Nawet jako dziecko" - wyjaśnia Sheridan. - "Christy uważał, że powinien go zagrać John Wayne".

Jest taka scena w filmie, w której Christy stacza się ze schodów razem ze swoją matką, która nie jest w stanie go dłużej utrzymać. "Jest dla mnie niezwykle poruszająca" - przyznaje Sheridan. - "Mój brat miał dziesięć lat, kiedy spadł ze schodów i dostał guza, który go zabił".

Fascynująca była dla Sheridana także relacja Christy'ego z ojcem alkoholikiem. "Christy nigdy nie obwiniał ojca za swoją niepełnosprawność. Nigdy nie zrobił skrótu myślowego: 'Bił moją matkę, więc dlatego urodziłem się za wcześnie' albo 'Dlatego miałem pępowinę owiniętą wokół szyi'" - tłumaczy twórca. - "W książkach, które Christy napisał, ojciec jest naprawdę brutalny. Pije za dużo. Christy opisuje to bardzo ostro. James Joyce miał dokładnie tak samo - zaczynał od nienawiści do ojca, a potem odkrywał, jak bardzo jest do niego podobny".

"W imię ojca": Mój dom, moja ulica

Namysł nad stosunkami ojcowsko-synowskimi Sheridan rozwinął we "W imię ojca". "W irlandzkiej literaturze wszyscy ojcowie są źli. Wszyscy piją. Wszystkich za coś obwiniają, a dzieci obwiniają za wszystko ich. Myślę, że to wynika z naszej historii. Kolonialna struktura tłamsiła mężczyzn. A kobiety - paradoksalnie - mogły pracować i się rozwijać. Mężczyźni stawali się sfrustrowani, a frustrację wyładowywali na dzieciach. Pomyślałem, że dobrze byłoby pokazać dobrego ojca. Stąd wziął się Giuseppe" - tłumaczy Sheridan.

"Cały ten film jest o próbie zrozumienia niemożliwej pozycji człowieka w takim systemie" - mówi reżyser, który do filmu przeniósł także własne doświadczenia.

"Moja matka była całkowitą republikanką, a mój ojciec był anglofilem. 'Krwawa niedziela' była dla nas naprawdę traumatycznym wydarzeniem. W naszym domu mieszkali uchodźcy z północy. Po 'Krwawej niedzieli' zaczęło się całe zamieszanie. Ludzie atakowali brytyjską ambasadę. W końcu ktoś rzucił w nią koktajlem Mołotowa. I wtedy rozpętało się piekło. Policja ruszyła za nami w pościg. Wszyscy musieliśmy uciekać. Pamiętam tę panikę, ten pęd, uciekający tłum" - przyznaje twórca.

"Czasami nie da się pokazać stanu społeczeństwa inaczej niż poprzez chaos. W chaotycznej scenie widz odbiera mnóstwo informacji: widzi, że ludzie popierają IRA, widzi, że wynoszą broń, widzi, że wszystko może się potwornie źle skończyć. Dom, z którego wychodzi Daniel, ten, gdzie małe dzieci skaczą po samochodzie - to jest dom, w którym mój brat spadł ze schodów. A tamta ulica to była moja ulica" - dodaje reżyser.

Dziś taki film by nie powstał

Z Sheridanem spotykamy się w Ad-Dausze podczas Doha Film Festival. "Wczoraj przechodziłem przez souk i zobaczyłem dwie osoby idące z niepełnosprawnym młodym chłopakiem. Miłość i troska, jaką mu okazywali, zupełnie mnie poruszyły. Czułem to fizycznie. Myślę, że ludzie w tej kulturze, jak zresztą w większości kultur arabskich, naprawdę szanują osoby z niepełnosprawnościami i się nimi opiekują" - mówi twórca. I dodaje: "Irlandia robiła to również w wyjątkowy sposób. Kiedy ludzie zobaczyli 'Moją lewą stopę', wielu z nich myślało: 'Wow, ten chłopak naprawdę był częścią społeczności'".

Wiele osób do dziś zastanawia się, jak ekipa Sheridana mogła pozwolić Day-Lewisowi tak długo pozostawać w roli Christy'ego. "Nigdy na to nie odpowiadaliśmy. Nie chcieliśmy. Ale mieliśmy taki rodzaj myślenia: jak mielibyśmy zrobić przerwę, podnieść się z wózka i pójść zjeść lunch? I nie pokazać ludziom, jak fatalnie są traktowani niepełnosprawni - bez wind, trzeba ich wnosić po schodach. Więc to nie była metoda aktorska w banalnym tego słowa znaczeniu. To było coś duchowego" - mówi Sheridan.

Obok występu Day-Lewisa na ekranie wyróżnia się także Fiona Shaw. Gra lekarkę, w której Christy jest zakochany.

"Fiona próbowała dorównać Danielowi w intensywności grania. Powiedziałem jej wtedy: 'Nie masz szans'. Nie dlatego, że nie jest świetną aktorką, ale dlatego, że on się jąka i siedzi na wózku. To są narzędzia, których nie da się przebić aktorsko. Pamiętam, że wtedy trochę się złagodziła, uspokoiła - i ostatecznie wypadła bardzo dobrze" - wspomina Sheridan.

I przywołuje ważne dla niego wydarzenie z planu.

"W pewnym momencie z jakiegoś powodu po prostu podniosłem rękę, żeby dotknąć twarzy Fiony, a Daniel, który był za mną, kompletnie się rozsypał, zaczął płakać. Do tego stopnia, że musiałem go wyprowadzić. Musiałem go dosłownie wynieść z restauracji. Odprowadziłem go do kampera. Musiałem go wciągnąć do środka, bo wciąż pozostawał w roli. Wciągnąłem go i powiedziałem: 'Co to miało znaczyć?'. A on odpowiedział: 'Naucz mnie, jak zrobić bombę, a zrzucę ją na ciebie'. To było bardzo dziwne, a jednocześnie bardzo intensywne doświadczenie" - opowiada twórca.

Kiedy pytam go, czy byłby dzisiaj gotowy na reżyserię podobnego filmu, odpowiada, że nie. "Dzisiaj już nie dałoby się zrobić tego w ten sposób z żadnym aktorem. To film, który pozostanie w zupełnie wyjątkowej kapsule czasu" - konkluduje.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Jim Sheridan
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Strona główna INTERIA.PL