WFF: Między Wendersem a Parkerem

Po raz 21. zakończył się Warszawski Festiwal Filmowy. Gwiazda na początek (Wim Wenders), gwiazda na koniec (Alan Parker) i mozolne wypatrywanie jaśniejszych miejsc na filmowym nieboskłonie przez pozostałą część imprezy. Festiwal, mimo swojego proeuropejskiego nastawienia, wyjątkowo mocno zaakcentował w tym roku wcale nie tak oczywistą różnicę między kinem europejskim a amerykańskim.

Europa a Ameryka

Reklama

O ambiwalentnym stosunku do kina amerykańskiego mówi twórczość dwóch wyśmienitych festiwalowych gości. I Wenders, i Parker, mimo europejskich korzeni i przynależności do Europejskiej Akademii Filmowej sporo filmów nakręcili w Ameryce. Mimo, że Alan Parker nie może w ostatnim czasie zrealizować żadnego filmu, a forma Wima Wendersa daleka jest od ideału - ich poglądy na funkcję i mechanizmy kina nie ulegają dezaktualizacji, uczą nas niekiedy więcej, niż ich filmy.

O poglądach na kino Paula Coxa ("Niewinność", "Niżyński") nie mieliśmy okazji dowiedzieć się z konferencji prasowej, jakie przygotowano na okazję pobytu w Warszawie Wendersa i Parkera. A szkoda!

Mimo, że sława Paula Coxa nie wybiega daleko poza Australię, ten ceniony mistrz kina autorskiego w wystąpieniu po pokazie swojego filmu "Ludzki dotyk" okazał się bezwzględnym antyamerykanistą, z niesłychaną inteligencją i poczuciem humoru opowiadającym o kinie przeradzającym się w towar, o kinematografii zmieniającej się w marketing.

Inne oblicze filmowej Ameryki pokazały też świetne, choć tylko poprawnie zrealizowane dokumenty z cyklu "Ikony Amerykańskiej Kultury Masowej". Zjawiska, które przedstawiały, pełniły jednak funkcję napędzającego je samograja.

Program telewizyjny "Saturday Night Live", zjawisko "midnight movies", czy działalność dyrektora programowego stacji telewizyjnej "Channel Z" Jacka Harvey'a pokazywały Amerykę jakże daleką od hollywoodzkiego blichtru i sztuczności. Były europejskim wytrychem w bramie amerykańskiej popkultury.

Teraz Polska

Żaden z 15 filmów startujących w konkursie "Młode Filmy. Młodzi Reżyserzy" nie pochodził jednak z USA. W przeważającej większości były to filmy europejskie. Być może niektórzy z tych reżyserów niedługo będą znani na całym świecie, na razie jednak czuć w tych filmach młodzieńczą pasję, również do popełniania błędów.

Cieszy obecność w tym gronie Anny Jadowskiej, której debiut "Teraz ja" nagrodzono jako najlepszy polski film prezentowany podczas towarzyszących festiwalowi targów filmowych CentEast (ex aequo z "Jestem" Doroty Kędzierzawskiej). Jak zauważył podczas wręczania nagród Krzysztof Gierat, obydwa filmy są bardzo osobistymi wypowiedziami, o czym świadczą zresztą najdobitniej ich tytuły.

Szkoda tylko, że polskie reżyserki nie miały właściwie konkurencji. Oprócz ich filmów zaprezentowano jeszcze "Mistrza" Piotra Trzaskalskiego oraz krótkometrażowy film Karola Wasilki "Kochajmy się". O tym ostatnim wystarczy napisać, że był jeszcze gorszy od przedostatniego.

Sporym zaskoczeniem był eksperyment z filmami realizowanymi telefonem komórkowym. Ośmiu polskich reżyserów z dużą dozą swobody podeszło do wynalazku firmy Nokia. Dwóch z nich udowodniło, że są prawdziwymi "McGyverami polskiej kinematografii". Jackowi Borcuchowi i Piotrowi Szczepańskiemu (nagroda jury) naprawdę udało się nakręcić filmy przy użyciu telefonu komórkowego.

Między Wendersem a Parkerem

Był wśród twórców, których filmy prezentowano na warszawskim festiwalu jeden, przed którym stoi duża

przyszłość. Chodzi o Rumuna Cristi Puiu, którego "Śmierć pana Lazarescu" - subtelne, choć realistyczne studium umierania to wielkie, bolesne kino - kino, którego nie powstydziliby się sami bracia Dardenne. Film młodego Rumuna ma bowiem w sobie coś z autentyzmu czystej twórczości reżyserów "Dziecka".

Potwierdza to doskonale drugi prezentowany w Warszawie film Puiu - krótkometrażowe "Papierosy i kawa". To pozornie tylko obserwacja spotkania ojca i syna w bukaresztańskiej restauracji. Jednak z drobnych, na granicy niuansu gestów wydobywa Puiu przerażającą prawdę o starości, o jej marności i jej tragicznej melancholii.

Festiwal reklamował się hasłem "Filmy o ludziach. Filmy dla ludzi". Puiu wykroczył nieznacznie poza konwencję realizując "film o człowieczeństwie, film dla człowieka". To dobry kierunek rozwoju warszawskiej imprezy.

Dowiedz się więcej na temat: festiwal | miedź | kino | filmy | film

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje