Reklama

Veruschka: Nazywano ją najpiękniejszą kobietą na Ziemi

Veruschka i David Hemmings w "Powiększeniu" Antonioniego

Jej ojciec pojmował o wiele więcej. W 1941 r. na froncie wschodnim był świadkiem masakry żydowskich kobiet i dzieci. Dołączył więc do niemieckiego ruchu oporu. I on, i jego żona uchodzili za przykładnych zwolenników Rzeszy, ale mieli co ukrywać. Choćby swój udział w planowaniu zamachu na Adolfa Hitlera. 20 lipca 1944 r. w Wilczym Szańcu wybuchła bomba - zginęła jedna osoba, rannych było sześć, Hitler jednak został tylko ranny.

Reklama

Gdy obława na zdrajców dotarła do Sztynortu, hrabia zdołał uciec, skacząc z okna na piętrze. Jednak gdy dowiedział się, że - zamiast niego - hitlerowcy uwięzili jego córki i żonę Gottliebe, która była w zaawansowanej ciąży, sam oddał się w ręce gestapo. Został stracony 4 września 1944 r. Jego żonę zesłano do obozu, a dziewczynki trafiły do sierocińca. Tu otrzymały nowe imiona i nazwiska. Przygotowywano je do adopcji przez "patriotyczne" nazistowskie rodziny.

Matka odnalazła je dopiero po wojnie. W powojennych Niemczech nie było łatwiej. "Przez dekadę nikt nie zajmował się rozliczaniem nazistów - opowiadała Vera w wywiadzie. - Tułałyśmy się od miasta do miasta, od szkoły do szkoły, od przyjaciół do przyjaciół. Nie wiedziałam, dlaczego matka wciąż nas gdzieś wlecze, dlaczego nauczycielka w szkole, pokazując na mnie palcem, mówi: 'To córka mordercy'!". Gdy spłakana żaliła się Gottliebe, słyszała w odpowiedzi, że ma być dzielna i dumna z ojca - jest córką bohatera.

Wyśmiewana i prześladowana przez inne dzieci, zmieniała szkołę kilka razy. Odnalazła się dopiero w liceum artystycznym, które opisywała jako wybawienie. Wreszcie nikt nie wytykał jej palcami... Przy 1,83 m wzrostu Vera zawsze była najwyższa w klasie, ale tu w końcu wydawała się sobie piękna. "Masz wspaniałe nogi" - słyszała i wreszcie przestała się garbić. Gottliebe jednak zmarszczyła brwi, gdy usłyszała, że córka pragnie zostać malarką. "To nieżyciowe" - orzekła, Vera poszła więc studiować projektowanie tkanin.

"Spróbowałam, ale szybko zauważyłam, że to jest płaskie, powtarzalne, wzorem na tkaninie mogą być nawet kiełbaski. Wyjechałam do Florencji, by być bliżej projektowania mody - opowiadała. - I oszalałam z zachwytu: architektura, zachody słońca, piękni ludzie, cudowne jedzenie. Wszyscy patrzyli na mnie życzliwie i z zainteresowaniem - wciąż słyszałam: 'Che bella!'".

To tutaj spotkany na ulicy fotograf zasugerował, że powinna zostać modelką. Pojechała więc do Paryża, ale problemem znów okazał się wzrost - wysokie i chude dziewczyny nie weszły jeszcze w modę. "Jedź do Nowego Jorku, Amerykanie zawsze szukają czegoś nowego!" - poradziła jej Eileen Ford, szefowa jednej z najważniejszych agencji modelek i Vera niewiele myśląc wsiadła do samolotu. Jednak także za oceanem odbijała się od zamkniętych drzwi.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje