Reklama

Upał w kinie

"Dwunastu gniewnych ludzi" (1957), reż. Sidney Lumet

Młody Latynos oskarżony o zabójstwo własnego ojca i amerykański system sprawiedliwości. Dwunastu ławników wysłuchuje sądowego procesu, po czym udaje się na naradę do wydzielonego pokoju, by podjąć decyzję o wyroku. Jest nieznośnie gorąco. Sytuacji nie poprawia niedziałający wiatrak. "Dzwoniłem do stacji meteorologicznej. To będzie najgorętszy dzień roku. Myślałem, że w takim miejscu mają klimatyzację" - poskarży się któryś z anonimowych przysięgłych. Z początku wszystko wydaje się być jasne - dowody dobitnie wskazują na winę oskarżonego. Tym lepiej, bo nikt nie chce niepotrzebnie tracić czasu na zbędnych naradach. "Chyba wszyscy mamy coś do załatwienia" - dopowie kolejny uczestnik obrad. Nic jednak tak oczywiste nie jest. Po chwili dyskusji wychodzi na jaw, że jeden z ławników nie zgadza się z resztą. Decyzję zaś trzeba podjąć jednogłośnie.

Reklama

Film Sidney'a Lumeta to niezaprzeczalnie klasyk kina, zawsze wysoko plasujący się na wszelkich możliwych listach "najlepszych z najlepszych". Oparty o teatralne przedstawienie telewizyjne jest wybitnie oszczędny w środkach. Cała akcja, poza sceną pierwszą i ostatnią, rozgrywa się w zamkniętym pokoju obrad. Gęstniejącą atmosferę znakomicie podkreślają coraz bliższe kadry - film rozpoczyna się planami ogólnymi, kończy zbliżeniami na zmęczone i spocone twarze kłócących się ławników. Warta podkreślenia jest również postać przysięgłego nr 8, granego przez Henry’ego Fondę. W zbiorze amerykańskich bohaterów, zwykle nastawionych na akcję i działanie, Fonda reprezentuje typ bohatera nie tyle aktywnego, co wątpiącego i stawiającego słuszne pytania.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje