To nie był spokojny festiwal w Karlowych Warach - czasy nie są spokojne. A to Michael Douglas obwieścił, że kończy karierę, a to Stellan Skarsgård dosyć bezceremonialnie rozprawił się z Ingmarem Bergmanem, u którego zagrał przed laty w telewizyjnej "Szkole żon". Najważniejsze wystąpienie nie zostało jednak chyba należycie nagłośnione.
Sten Saluveer, jeden z dyrektorów festiwalu w Cannes (szef think tanku technologicznego działającego w ramach Marché du Film), podczas karlowarskiego forum obwieścił ponurą prognozę dotyczącą przyszłości kina i relacji między sztuczną inteligencją a produkcją filmową.
"Uważam, że w ciągu maksymalnie pięciu lat będziemy w stanie generować pełnowartościowe treści multimedialne, czyli wideo, dźwięk, tekst oraz filmy fabularne wyłącznie dzięki sztucznej inteligencji, bez udziału człowieka" — usłyszeliśmy. "Jesteśmy w przełomowym momencie, za mniej więcej pięć lat zobaczymy w pełni autonomicznie wygenerowany film fabularny".
W wystąpieniu Saluveera pojawiły się zresztą konkretne pierwsze tytuły stworzone wyłącznie przez AI: to dokument "Post Truth" Alkana Avcıoğlu oraz animacja "DreadClub: Vampire’s Verdict" w reżyserii Hooroo Jacksona.
Co będzie za pięć, za dziesięć lat - ostatecznie trudno przewidzieć, na pewno będzie inaczej, tymczasem w 2025 roku Karlowe Wary szczęśliwie wyglądały jeszcze mniej więcej tak samo, jak w edycjach poprzednich.
To wciąż znakomicie przygotowana pod względem programowych i organizacyjnym międzynarodowa impreza z ogromnym budżetem i z udziałem największych gwiazd kina. W tym roku do Karlowycb Warów, poza wspomnianymi Michaelem Douglasem i Stellanem Skarsgårdem, przyjechali także chociażby Peter Sarsgaard, Dakota Johnson czy Vicky Krieps.
Festiwal ma jednak szczególny, dosyć unikatowy klimat. Niby centrum świata, ale trochę jednak na uboczu: przaśnie, domowo, serdecznie. Karlovarské oplatky, knedliki, smažený sýr, a zaraz potem uroczyste gale, kreacje, szampan i frenety. I każdy czuje się tutaj dobrze.
Co ważniejsze, w tym pięknym, starym europejskim mieście, jednym z najpiękniejszych jakie znam, wciąż jest co oglądać. Program filmowy tegorocznej edycji wyglądał wspaniale.
Dwa duże konkursy - główny i "Proxima", wypadły w tym roku nieźle, ale perełki można było znaleźć w wielu innych sekcjach - nowy język kina czyli "Imagina", filmy przyszłości - "Future Frames", klasyka (w tym roku między innymi "Barry Lyndon" Kubricka, "Gloria" Cassavetesa i "Shoah" Lanzmanna), wreszcie główna pozakonkursowa sekcja "Horyzonty" grupująca najważniejsze filmy z festiwali filmowych, od Cannes, poprzez Berlin, Wenecję, kończąc na Sundance czy Toronto.
Były dni, kiedy oglądałem po sześć filmów, były i takie, w których widziałem tylko dwa. Wygrywały spacery. Wary przyglądają się takim wyborom wyrozumiale i rozgrzeszająco. Róbcie to, co lubicie. Róbcie to, co wam w duszy gra. Tylko kochajcie kino. To jest naprawdę ważne.
Z gigantycznego Thermalu, brutalistycznego kompleksu w środku zabytkowej przestrzeni, w którym odbywała się większość seansów i spotkań branżowych, wielokrotnie w ciągu dnia przenosiliśmy się do mniej lub bardziej oddalonych miejsc w większości zaadaptowanych na sale kinowe tylko na czas festiwalu. Pod tym względem Karlowe Wary przypominają "Letnią Akademię Filmową" w Zwierzyńcu. Wszystko może być kinem. Zabytkowe hotele, teatr, ale i małe salki na obrzeżach.
Jeżeli nawet przybysz lub autochton słabo radzi sobie z techniczną stroną uczestnictwa w tego rodzaju imprezach, w Karlowych Warach musi poczuć się dobrze. Tutaj jest jeszcze analogowo. Abstrahując od armii serdecznych wolontariuszy, ubranych od lat w najbrzydsze na świecie uniformy (bistorowe pomarańczowe koszule i zszarzałe garnitury, których krój, na oko, pochodzi z lat siedemdziesiątych jeszcze), wszystko wydaje się tutaj przyjazne, intuicyjne, nienachalne. W końcu przyjechaliśmy do wód, do sanatorium. Nie trzeba się denerwować.
Dla mnie Karlowe Wary oznaczają właśnie tydzień bez nerwów. Spokojny, uśmiechnięty, filmowy tydzień. W Polsce awantury, Hołownia, ulewy i podtopienia, a w Karlowych po prostu żywioł kina. I nic więcej się nie liczyło.
Konkurs miał w tym roku niezły poziom. Ostatecznie wygrał dokument "Raději zešílet v divočině" (Lepiej oszaleć w dziczy) w reżyserii Miro Remo, twórcy dobrze znanego w Polsce ze swoich wcześniejszych dokumentów nagradzanych m.in. w Krakowie i w Łagowie.
W uzasadnieniu jury, w skład którego wchodzili w tym roku m.in. Nicolas Celis, Jessica Kiang i Jiří Mádl, można było przeczytać: "Zabawny list miłosny do zanikającej sztuki bycia wiernym sobie. Pełen pomysłowości dokument Miro Rema to portret kłótliwych braci bliźniaków, którzy może i żyją w dziwny, odcięty od świata sposób na podupadającej farmie, ale w świecie tak szalonym jak nasz, to być może właśnie oni są najnormalniejszymi ludźmi na ziemi. Zarówno styl życia, który pokazuje dokument, jak i filmowe ryzyko, jakie podejmuje, oraz burzliwa, ale pełna miłości braterska relacja - wszystko to przesiąknięte jest uczuciem wolności: czy to świeże powietrze, szybka kąpiel w stawie pod gołym niebem, czy chwila zadumy, gdy krowa żuje twoją brodę. Krótko mówiąc - wolność".
Udział Polaków, rodzimej kinematografii, był w tym roku niestety wyłącznie symboliczny. Najwięcej mówiło się o czesko-niemieckim filmie Agnieszki Holland, "Franzu", którego premiera w czeskich kinach została zapowiedziana już na wrzesień (w Polsce pojawi się w październiku).
Na targach i w wydarzeniach branżowych nowe projekty przedstawiła m.in. Jagoda Szelc i Joanna Szymańska, wyróżniono natomiast nowy projekt Tomasza Habowskiego, twórcy "Piosenek o miłości".
W prestiżowej sekcji "Horyzonty" pokazano "Pociągi" Macieja Drygasa, w tej samej sekcji zaprezentowano także dostrzeżony na świecie turecki film "You Things You Kill" ze zdjęciami Bartosza Świniarskiego, a w konkursie głównym znalazł się dokument "Divia" Dmytro Hreszki - ukraińsko-holendersko-polska koprodukcja eksplorującą temat spustoszeń spowodowanych przez działania wojenne, z kolei w niszowej sekcji "Future Frames: Generation NEXT of European Cinema" zaprezentowana została krótkometrażowa fabuła "Syn szczęścia" w reżyserii Dominika Mireckiego, wzruszająca historia empatycznego ojca (Marek Kalita) i utalentowanego aktorsko syna z zespołem Downa (Jan Skiba), wpisująca się w honorowany podczas festiwalu Miesiąc Dumy Osób z Niepełnosprawnościami (Disability Pride Month).
W porównaniu z poprzednimi latami, ciekawiej wypadli gospodarze. Przede wszystkim w Czechach powstał film w pewnym sensie podobny do projektu Joanny Kos-Krauze (scenariusz napisany już po śmierci Krzysztofa Krauze) na motywach reportażu "Maestro" Marcina Kąckiego o aferze w chłopięcym chórze "Poznańskie Słowiki". "Sbormistr" ("Broken Voices") Ondřeja Provazníka odnosi się do podobnej sprawy: skandalu związanego z molestowaniem w chórze "Bambini di Praga". Z kolei "Karwana" z kreacją wciąż chyba największej gwiazdy czeskiego kina, Anny Geislerovej, jest pierwszym od ponad trzydziestu lat filmem czeskim, który zakwalifikował się do sekcji "Un Certain Regard" na festiwalu w Cannes. Reżyserka, Zuzana Kirchnerová, czule i z determinacją śledzi włoską podróż kamperem matki samotnie wychowującej syna z zespołem Downa i w spektrum autyzmu. Szczere, dające do myślenia kina.
Temat relacji społecznych, rodzicielskich, małżeńskich, wybrzmiał w tym roku w festiwalowej ofercie najdonośniej. Psuje się nasz świat, psują się ludzie, a erozja zaczyna się od rodziny, od relacji. W "Dreams" Michaela Franco, znakomita Jessica Chastain, muza kina Franco, zarazem współproducentka filmu, gra bohaterkę, o której możemy napisać, że jest stalkerką, szantażystką wykorzystującą swoją władzę, modliszką, ale także cierpiącą, samotną kobietą. Zachwycił mnie skromny film "Sorry, Baby" Evy Victor - zasłużona sensacja ostatniej edycji festiwalu "Sundance". Komercjalizująca się Greta Gerwig, ale także Hal Hartley, czy Woody Allen, mają godną następczynię. Eva Victor nie tylko świetnie zagrała w swoim filmie, ale także precyzyjnie go wyreżyserowała. To skromna, ale wnikliwa opowieść o dojrzewaniu do decyzji, o przyjaźni i macierzyństwie. O smutnym życiu, które czasami serdecznie się do nas uśmiecha.
W wspomnianej sekcji "Horyzonty" w Karlowych Warach można było obejrzeć dwa największe wydarzenia tegorocznego Cannes: nagrodzony Złotą Palmą film Jafara Panafiego "To był tylko przypadek" oraz wyróżniony Grand Prix Cannes "Sentimental Value" Joachima Triera. Oba tytuły wybitne, każdy z innego powodu. W kinie Panafiego chodzi o problem winy i zemsty odnoszące się do wydarzeń i ludzi z zewnątrz, u Triera liczy się rodzina, słabość i kruchość relacji, siła i determinacja, żeby owe relacje spróbować odnowić.
Znakomita była w tym roku selekcja nowego kina europejskiego. Zaskoczył Harris Dickinson, utalentowany aktor znany między innymi z "W trójkącie" i "Babygirl", który w reżyserskim debiucie, "Łobuzie", podąża ścieżką mistrzów kina społecznego - Kena Loacha i Andrei Arnold. Podobało mi się "Vermiglio" Maury Delpero, objawienie ostatniej Wenecji, film w starym, dobrym stylu, opowiedziany jednak współcześnie, dotykający finezyjnie tego, co boli najbardziej. Nieprzepracowana, przenoszona z pokolenia na pokolenie trauma, jest tematem "Sound of Falling" w reżyserii Maschy Schilinski, filmu ocierającego się wręcz o arcydzielność. Podobnie jak rave'owy "Sirât" Olivera Laxa.
***
Karlowe Wary: dobrze było tutaj wrócić. Dobrze jest wracać. Mam poczucie, że znam tutaj wszystkie miejsca i uliczki. Pogoda okazała się nienajgorsza, spacery orzeźwiające i wspaniałomyślne. Wietrzenie głowy, wakacyjne paliwo. Droga do hotelu Pupp, mosty, plakaty, tłumy turystów, pełne sale, gwiazdy i pretendenci, kiełbaski i piwo. To także kino. To wszystko kino. Zwane życiem.
Łukasz Maciejewski, Karlowe Wary