Mitologia źródłem inspiracji dla hollywoodzkich twórców
Brzmi to wszystko jak wstęp do wykładu, prawda? Przyznaję się jednak, że powyższe słowa nie są mojego autorstwa. Tę głęboką, uczoną analizę zafundował mi - nikt by chyba nie zgadł - Brad Pitt ponad dwadzieścia lat temu! I zapewne wiedział, co mówi, gdyż zagrał wówczas wojowniczego Achillesa w inspirowanym "Iliadą" filmie Wolfganga Petersena "Troja".
Na moich oczach ten hollywoodzki przystojniak o imponującej muskulaturze i zniewalającym uśmiechu zamienił się w zagrzebanego w książkach kulturoznawcę! Nasza rozmowa przypomniała mi się całkiem niedawno - i chyba nietrudno domyślić się, z jakiego powodu. 17 lipca na ekrany kin trafiła "Odyseja" Christophera Nolana, a jak wiadomo, opowieść ta jest z "Iliadą" nierozerwalnie związana. I co ciekawe, pierwotnie "Troję" miał reżyserować właśnie Nolan, a Petersen pracował w tym samym czasie nad filmem o Batmanie, ale wskutek zawirowań produkcyjnych w wytwórni Warner Bros. obydwaj panowie zamienili się projektami. Można więc pokusić się o żart, że skoro Christopherowi nie wyszło z "Iliadą", to zmierzył się z "Odyseją" - i do jakiegoś stopnia jest to prawda.
Obydwa epickie poematy Homera przenoszono na ekran już wielokrotnie, zarówno w tonacji serio, jak i niekoniecznie (tu składam ukłon choćby filmowi braci Coen "Bracie, gdzie jesteś?", który stanowi zwariowane przetworzenie losów Odyseusza). Nie jest to niczym zaskakującym, wszak mitologia grecka stanowi dla Hollywood jedno z niezawodnych źródeł inspiracji.
W Ameryce do dziś kultem otoczone jest nazwisko niezapomnianego animatora Raya Harryhausena, którego kreacje podziwiać można m.in. w filmach "Jazon i Argonauci" czy "Zmierzch tytanów". Na tych produkcjach wychowały się całe pokolenia widzów! Dzisiejszy odbiorca, przyzwyczajony do komputerowych efektów wizualnych w stylu uniwersum Marvela, zapewne uzna dorobek Harryhausena za mocno archaiczny. O dziwo jednak, Christopher Nolan w "Odysei" postanowił przywrócić tradycji dawną świetność i nawet przy najbardziej oszałamiających scenach walk i kataklizmów komputera nie używał wcale. Reżyser zresztą z założenia nie przepada za technologią cyfrową. W pracy jest w stanie zaakceptować nowoczesne kamery IMAX, ale od laptopów, tabletów i innych tego typu urządzeń trzyma się z dala (do dziś pamiętam swoje zaskoczenie, gdy dowiedziałam się, że on nie ma nawet smartfona!).
"Odyseja" Christophera Nolana: opowieść mroczna i brutalna
Nolan, przenosząc na ekran "Odyseję", zdecydował się na opowieść mroczną, brutalną, niepozbawioną akcentów dramatycznych. Postawił zresztą producentom warunek: film musi być dozwolony dla widzów dorosłych. U Homera nie brakuje ani krwawych starć, ani przemocy i okrucieństwa, a cały wątek pobytu na wyspie czarodziejki Kirke… hm, jak by to delikatnie powiedzieć… zdecydowanie nie nadaje się dla dzieci. Reżyser przyjął założenie: żadnego lukrowania, żadnego łagodzenia oryginalnego tekstu. I chwała mu za to.
Niestety, jeszcze zanim film zdążył wejść na ekrany, w mediach (przede wszystkim internetowych) przetoczyła się potężna dyskusja na temat niektórych decyzji obsadowych. Stosunkowo najmniej kontrowersji wzbudził pomysł, by Odyseusza zagrał Matt Damon (choć sam aktor, zdaje się, nie był w związku z tą rolą najszczęśliwszy - musiał przez okrągły rok zapuszczać długą, gęstą brodę, Nolan bowiem absolutnie nie zgodził się na charakteryzację). Mniej szczęścia miała Lupita Nyong'o jako piękna Helena, z powodu której wybuchła wojna trojańska. A już istne piekło rozpętało się, gdy ukazały się zdjęcia filigranowego Elliota Page'a w zbroi greckiego wojownika. Powstała nawet plotka, jakoby aktor miał zagrać samego Achillesa! Posypały się protesty (w ramach których krytykanci za wzór przedstawiali oczywiście Brada Pitta z "Troi"), okazało się jednak, że Page wystąpi jako zupełnie inna postać. Ta informacja zamknęła usta przeciwnikom filmu Christophera Nolana, przynajmniej na chwilę.
Mogę chyba wytłumaczyć, dlaczego reżyser dokonał takiego, a nie innego wyboru. Wyznał mi kiedyś, że wyjątkowo lubi pracować z aktorami, których zna i ceni. I po których wie, czego może się spodziewać. Na przykład wątek tajemniczego japońskiego biznesmena w "Incepcji" pojawił się tylko dlatego, że Christopher ogromnie polubił Kena Watanabe. Jak sam mi powiedział: "Bardzo chciałem nakręcić z nim jeszcze jeden film. Poznaliśmy się na planie mojego pierwszego 'Batmana'. Zafascynował mnie od pierwszej chwili. To wspaniały aktor, wystarczy, że pojawi się na ekranie, by zahipnotyzować widzów". A przypomnę, że właśnie w "Incepcji" po raz pierwszy u Christophera Nolana zagrał Elliot Page (był to czas, gdy aktor posługiwał się jeszcze imieniem Ellen). Reżyser również bardzo sobie chwalił ich współpracę i pewnie dlatego znalazł dla Elliota rolę w "Odysei". A docinkami pod adresem obsady w ogóle się nie przejął.
Przyznam się jednak, choć może to niezbyt poprawne, że ja także mam mieszane uczucia, widząc tego artystę w stroju greckiego wojownika. Być może to efekt przyzwyczajenia, ale dla mnie filmowi herosi z czasów antycznych - mniejsza o to, czy chodzi o postacie historyczne, jak Spartakus w niezapomnianej kreacji Kirka Douglasa, czy mitologiczne, jak Tezeusz, Jazon czy Herkules - z założenia powinni imponować muskulaturą.
Brad Pitt jako Achilles imponował umięśnionym torsem
Dlatego nie dziwi mnie, że widzowie do dziś pamiętają Brada w roli Achillesa. Było wszak co podziwiać! Aktor przed rozpoczęciem zdjęć spędził w siłowni pół roku. Choć, jak podejrzewam, wcale nie to było dla niego największym wyrzeczeniem. Aby utrzymać formę, biedak musiał rzucić palenie!
Opowiadał mi potem, gdy wrócił z planu zdjęciowego w Meksyku: "Mówię ci, to było okropne. Przez pierwsze cztery dni dosłownie chodziłem po ścianach. Myślałem, że kogoś zabiję. A potem, kiedy już się wydawało, że problem z głowy, oczywiście sięgnąłem po papierosa i wszystko trzeba było zaczynać od początku". Dodam jeszcze, że na koniec naszej rozmowy Brad wyjął z kieszeni świeżą paczkę, uśmiechając się przy tym jak przyłapany na rozrabianiu uczniak. To tyle na temat skutecznego rzucania nałogu.
O wiele więcej na temat harówki związanej z rolą greckiego półboga miał mi do powiedzenia Henry Cavill. Pomyśleć, że ja tego czarującego Brytyjczyka poznałam, gdy nawet jemu jeszcze się nie śniło, że kiedyś zostanie Supermanem i wiedźminem Geraltem! W filmie "Immortals. Bogowie i herosi" zagrał Tezeusza i oczywiście w co drugiej scenie (albo nawet częściej) imponował umięśnionym torsem. Pamiętam, że gdy opowiadał mi o drylu, jaki przeszedł przed wejściem na plan, miałam ochotę złapać się za głowę i krzyknąć: "Człowieku, jak tyś to wytrzymał?".
Oddam głos Henry'emu, niech każdy sam się przekona: "Poznałem nową metodę ćwiczeń, nazywa się tabata i pochodzi z Japonii. Polega na wykonywaniu jak największej liczby powtórzeń przy minimalnym wypoczynku. W jednym bloku wykonujesz sto powtórzeń w czterech seriach po dwadzieścia pięć, ale każda seria to inne ćwiczenie. Po każdej serii masz czas na zrobienie ośmiu oddechów, to się liczy jako odpoczynek. Nie ma przerw między blokami. Jak zrobisz sto powtórzeń, robisz osiem oddechów i zaczynasz następny blok. Przeciętnie robi się cztery bloki. Ja doszedłem do pięciu, ale przyznaję z ręką na sercu, że potem nie miałem siły się ruszyć".
A w tym samym czasie Mickey Rourke, który również zagrał w "Immortals", wyznał mi beztrosko, że aby osiągnąć odpowiednią masę ciała, po prostu zażywał sterydy.
Hollywoodzcy gwiazdorzy w rolach mitycznych herosów
W tymże filmie jako postać drugoplanowa pojawia się heros, bez którego nie sposób wyobrazić sobie mitologii - ani greckiej, ani rzymskiej. Chodzi oczywiście o Herkulesa (w "Immortals" gra go Kanadyjczyk Steve Byers), choć właściwie powinnam napisać: Heraklesa, bo tak w greckiej mitologii nazywał się syn Zeusa, a Herkules to jego rzymski odpowiednik. Mniejsza jednak o nazewnictwo. Rzecz w tym, że trzeba mieć wyjątkowe predyspozycje, by zagrać siłacza wszech czasów. Cherlak z pewnością się nie nadaje! Nie przypadkiem jedną z pierwszych ról Arnolda Schwarzeneggera był właśnie grecki półbóg (chodzi o komedię "Herkules w Nowym Jorku", choć dla własnego zdrowia lepiej jej dzisiaj nie oglądać).

Także Dwayne Johnson zmierzył się z tą rolą w filmie "Herkules" i wyszedł z tej konfrontacji obronną ręką. Nawiasem mówiąc, jego też nie ominął treningowy reżim. "Przez osiem miesięcy ćwiczyłem ostrzej niż kiedykolwiek. A żeby wiarygodnie wypaść, podczas zdjęć mieszkałem samotnie i nie odzywałem się do nikogo. Żyłem jak mnich! Jeśli można sobie wyobrazić mnicha, który waży sto dwadzieścia kilo" - przyznał po zakończeniu pracy.
Niewiele też brakowało, byśmy ujrzeli przygody Herkulesa w uniwersum Marvela. W filmie Taiki Waititiego "Thor: Miłość i grom" tytułowy bohater trafia na dwór Zeusa, a w scenie po napisach grecki siłacz pojawia się na kilka chwil (wciela się w niego brytyjski aktor Brett Golstein). Thor kontra Herkules… to byłby dopiero pojedynek!
Czy "Odyseja" spełni oczekiwania widzów?
Oj, chyba wybiegłam zbyt daleko na północ. Z krainy nordyckich mitów daleka droga do starożytnej Grecji. Ale w sumie trudno się dziwić - gdy patrzy się na zwiastuny "Odysei" Christophera Nolana, można w pierwszej chwili ulec złudzeniu, że oglądamy ponurą opowieść o wikingach. Wszystko jest jakieś szare, skąpane w mroku… Gdzie podziały się te słoneczne barwy i błyszczące pancerze z "Troi"?
To świadoma decyzja reżysera, wynikająca z przyjętego założenia, o którym wspominałam na początku: by pokazać podróż Odyseusza w sposób maksymalnie realistyczny (jeśli to w ogóle możliwe w przypadku historii, w której pojawia się pożerający ludzi cyklop albo czarodziejka zamieniająca towarzyszy Odysa w świnie). Zbroje korodują w kontakcie z morską wodą, ubrania dziurawią się i gniją, a bohaterom wskutek trudów wędrówki zdrowia nie przybywa.

Matt Damon, wspominając warunki na planie, podkreślał, że Nolan nie stosował wobec nikogo taryfy ulgowej. Aktorzy musieli naprawdę operować ciężkimi wiosłami, a podczas kręcenia sceny sztormu wszyscy byli przemoczeni od stóp do głów. Ale - podkreślił aktor - reżyser dla siebie też nie miał litości, był tak samo zziębnięty i mokry jak wszyscy.
Dla Christophera Nolana to, co w "Odysei" jest naprawdę ważne, to fakt, że bohaterowi po długiej i najeżonej trudnościami wędrówce udaje się w końcu dotrzeć do domu. Ten optymistyczny finał stanowi pewnego rodzaju przeciwwagę dla depresyjnego zakończenia "Oppenheimera". "Dla mnie ta produkcja jest prawie jak horror" - powiedział reżyser o swoim poprzednim filmie. - "Przez kilka lat zmagałem się z wyjątkowo trudnymi kwestiami. Niemal bez przerwy rozmyślałem o wojnie atomowej i o tym, czy ludzkość dojrzała do rozmowy na ten temat. Cieszę się, że wreszcie mogłem pozostawić to już za sobą, choć nie jestem pewien, czy całkowicie mi się udało. Każdy, kto obejrzy 'Odyseję', będzie mógł sam ocenić".

Czas zatem wybrać się do kina i przekonać się, czy hollywoodzka interpretacja greckiego mitu wytrzyma konfrontację z oczekiwaniami współczesnej widowni. A także - tu znów odwołam się do słów mojego ulubionego kulturoznawcy, Brada Pitta - czy film przyniesie nam odpowiedzi na podstawowe pytania: Kim jesteśmy? Skąd pochodzimy? Dokąd zmierzamy?
Biorąc pod uwagę legendarną skłonność reżysera "Interstellar" i "Incepcji" do mieszania widzom w głowach, może się okazać, że droga do tych odpowiedzi będzie równie długa i skomplikowana, co podróż głównego bohatera. Ale czyż nie za to właśnie kochamy Christophera Nolana?
Yola Czaderska-Hayek, Hollywood, 17.07.2026














