Reklama

Reklama

Steve McQueen: Niezbyt słodki drań

Miał wszystko, o czym można marzyć, ale nie potrafił być szczęśliwy.

Na świecie pojawił się przez przypadek. Po prostu "przytrafił się" uzależnionej od alkoholu 19-letniej prostytutce Jullian Crawford. Ojciec, cyrkowy kaskader William McQueen, ulotnił się po pół roku, a matka oddała synka na wychowanie wujowi. Gdy Steve miał 9 lat, zabrała go do siebie do Los Angeles. Dorastał jako członek ulicznego gangu: okradał starsze kobiety, włamywał się do sklepów, kradł samochody. Ojczym bił go i wynajmował jako męską prostytutkę. Inicjację seksualną przeszedł w wieku 13 lat i odtąd seks stał się jego obsesją. "Nie miał żadnych zasad moralnych - pisał jego biograf Darwin Porter - niczym uliczny kot uprawiał seks, z kim popadnie".

Reklama

Nim trafił na ekran, pracował jako cyrkowy naganiacz, drwal, chłopak na posyłki w burdelu. Gdy skończył 17 lat, wstąpił do marines. Siedem razy degradowano go za wykroczenia do stopnia szeregowca. Po odejściu z wojska brał udział w napadach na bank, był alfonsem i handlował bronią. Zapracowałby sobie w końcu na wieloletni wyrok, gdyby jedna z przyjaciółek nie zainteresowała go aktorstwem. Wreszcie wiedział, co chce w życiu robić. W 1955 r. dostał się do nowojorskiego Actors Studio jako jeden z dwóch przyjętych na 2 tys. aplikujących. W filmie zadebiutował rok później, a po "Siedmiu wspaniałych", "Wielkiej ucieczce" i "Bullitcie" był już gwiazdą.

Nigdy nie miał dość pieniędzy, seksu, uznania. Nawet gdy dostawał najwyższe w branży gaże, więcej nawet niż Brando, Redford czy Eastwood - 5 mln dol. za film plus 20% od wpływów - żądał dodatkowo 250 dol. dziennie za to, że nosi w filmie swój własny zegarek znanej marki. Aktorstwo zawróciło go z drogi ku przepaści, ale nie uczyniło szczęśliwym. "Ludzie chcą, żebym był w życiu taki jak na ekranie. Nie jestem w stanie temu sprostać. Bycie aktorem jest fajne, bycie gwiazdą filmową to wrzód na tyłku" - narzekał. Spał ze wszystkimi filmowymi partnerkami, a czasem także partnerami. Kobiet w głębi duszy nienawidził, traktował je instrumentalnie. Jego niezliczone podboje służyły nie tyle zaspokojeniu potrzeb seksualnych, ile ciągłemu potwierdzaniu swojej wartości.

Pierwszą żonę, tancerkę Neile Adams, zdradzał niemal codziennie, obnosząc się ze swymi zdobyczami. Gdy po 15 latach upokarzającego związku Adams w końcu też wdała się w romans, aktor przystawił jej do głowy odbezpieczony pistolet. Nie strzelił, ale pobił ją do krwi i zażądał rozwodu. Kolejna żona, piękna Ali MacGraw, wytrzymała w toksycznym związku pięć lat. "Oszalałam na jego punkcie, miałam obsesję, byłam od niego uzależniona, oddychałam nim, nie było miejsca na mój własny oddech" - przyznała po latach. Steve nie dość, że urządzał w domu "przesłuchania" młodych aktoreczek, to całkowicie zablokował jej karierę. Gdy do Ali dzwonił agent z propozycją roli, jej mąż bez słowa odkładał słuchawkę. Miała zajmować się domem i punktualnie o szóstej po południu podawać mu obiad, który jadł samotnie, rozparty na kanapie przed telewizorem. Gdy mu się coś nie podobało, używał pięści. W końcu Ali przyjęła rolę w filmie Sama Peckinpaha "Konwój". Ta "niesubordynacja" okazała się gwoździem do trumny ich związku.

O ironio, rozszalałe libido aktora uratowało mu życie. 8 listopada 1969 r. nie dotarł na przyjęcie do willi wynajmowanej przez Romana Polańskego i Sharon Tate w Beverly Hills, bo przytrafiła mu się randka z kolejną starletką. Następnego dnia dowiedział się o rzezi dokonanej przez bandę Mansona i o tym, że on także znajdował się na "krótkiej liście" mordercy-psychopaty. Po tym wydarzeniu popadł w paranoję i przez dłuższy czas nie rozstawał się z naładowanym magnum.

I w filmach, i w życiu grał role maczo. Pił bez umiaru, palił trzy paczki papierosów dziennie, ćpał kokainę, peyotl i LSD. Brał udział w wyścigach motocyklowych i samochodowych. Wielokrotnie ulegał wypadkom, ale nie zniechęcało go to. "Tylko ścigając się, czuję, że żyję" - mawiał. Na planie filmowym humorzasty, arogancki, doprowadzał wszystkich do szału. Środowisko go nie znosiło, cóż, skoro widzowie go kochali, a produkcje z jego udziałem gwarantowały sukces kasowy. Być może dlatego, że w szkołach nie zagrzał zbyt długo miejsca, nie umiał docenić wartości wielu projektów, które mu proponowano. Odrzucił rolę w "Śniadaniu u Tiffany’ego", bo granie pisarza utrzymanka było poniżej jego godności. Bohater "Bliskich spotkań trzeciego stopnia" był dla niego zbyt uczuciowy. Zrezygnował z ról w "Locie nad kukułczym gniazdem", "Czasie apokalipsy", "Brudnym Harrym" i "Butchu Cassidy i Sundance Kidzie". W tym ostatnim przypadku zaważyło to, że zaoferowano mu niższe honorarium niż Paulowi Newmanowi. Był chorobliwie zazdrosny o zawodowych rywali. Gdy mieszkający piętro niżej James Garner zagrał w "Grand Prix" kierowcę wyścigowego, ze złości każdej nocy sikał z góry na jego balkon. A podczas kręcenia "Płonącego wieżowca" zmusił scenarzystę, by napisał dla niego tyle samo kwestii, ile miał w filmie Paul Newman, i by to do niego należało ostatnie słowo.

W 1979 r. zdiagnozowano u niego nowotwór płuc. Lekarze nie dawali mu szans, ale twardziel McQueen pozornie się nie załamał. Cieszył się zdobytą niedawno licencją pilota, rozbijał się porsche, jaguarem i lotusem. I wziął kolejny ślub. W swoim stylu. "Dużo wcześniej obiecał mi, że pewnego dnia się pobierzemy - wspominała Barbara Minty. - I teraz poprosił mnie o rękę. (..). 'Masz. Jesteś zadowolona?' - zapytał z zakłopotaniem, gdy zakładał mi obrączkę na palec. Potem podszedł do lodówki i wziął sobie piwo".

Walcząc o życie, poddał się kontrowersyjnej terapii Gersona, na którą składały się m.in. lewatywy z kawy i zastrzyki z płynu zawierającego żywe komórki krów i owiec. Kuracja kosztowała go ponad 100 tys. dol. Jego lekarz prowadzący (ortodonta!) ogłosił, że terapia zakończyła się sukcesem. W rzeczywistości jednak rak dał liczne przerzuty, a guz na wątrobie rozrósł się i miał już ponad 2 kg, zdesperowany aktor wyruszył do Meksyku, by poddać się operacji. Amerykańscy lekarze ostrzegali, że zabieg nie da żadnych efektów, a wycieńczony organizm może go nie przetrzymać. I tak się stało. Steve McQueen zmarł 7 listopada 1980 r. w wieku zaledwie 50 lat. W pogrzebie na ranczu w Santa Paula w Kalifornii uczestniczyły jego trzy żony. Ciało aktora zostało skremowane, a prochy rozsypano nad Pacyfikiem.

Czy naprawdę nie da się nic dobrego powiedzieć o Stevie McQueenie? W marines podczas ćwiczeń na Alasce uratował życie pięciu kolegom. Howardowi Hughesowi zagroził, że złamie mu nos, jeśli ten nie przestanie molestować aktorki Mamie Van Doren. Do poprawczaka, w którym kiedyś przebywał, zawoził czasem ubrania lub maszynki do golenia, które wyduszał od producentów filmowych. Próbował też odnaleźć ojca. Gdy w końcu trafił na jego ślad, było już za późno. Trzy miesiące wcześniej William McQueen zmarł. Mieszkająca z nim przyjaciółka opowiedziała, że co tydzień oglądał serial "Poszukiwany: żywy lub martwy" i zastanawiał się głośno: "Ciekawe, czy to mój chłopak?".

Życie na Gorąco Retro
Dowiedz się więcej na temat: Steve McQueen

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama