Reklama

Sherlock Holmes jak dr House?

"Jest cyniczny, egocentryczny, bezwarunkowo wierzący w wyższość logiki nad mistyką i uzależniony od rozwiązywania zagadek. Brzmi znajomo? Dla fanów 'Dr House'a' z pewnością" - Karolina Pasternak w recenzji na stronach INTERIA.PL porównuje kinowego Sherlocka Holmesa do serialowego bohatera Hugh Lauriego.

"Gigantycznie popularny serial, którego autorzy zapożyczyli pomysł na postaci ze słynnej serii Arthura Conana Doyle'a (House i Wilson to przecież uwspółcześnieni Holmes i Watson, tyle że tropią nie złoczyńców, a choroby), teraz stał się z kolei inspiracją dla Guya Ritchiego" - Pasternak pisze o genezie "Dr House'a" na marginesie długo oczekiwanej premiery "Sherlocka Holmesa" Gyua Ritchiego.

Reklama

"Czy zazdrość Holmesa o jego świeżo zaręczonego przyjaciela Watsona nie przypomina do złudzenia wątku odbijania Wilsona z objęć ukochanej Amber, lajtmotivu czwartej serii 'Dr House'a'?" - pyta retorycznie recenzentka.

Pasternak docenia jednak stylistyczną różnorodność "Sherlocka Holmesa": "Ritchie luźno potraktował nie tylko charakterystykę postaci, ale także klimat i tempo powieści. Jego 'Sherlock Holmes' to nowoczesne, dynamiczne kino akcji, ze świetną (przypominającą z kolei tę z serialu 'Dexter') muzyką, barwną scenografią i błyskotliwymi dialogami, rodem z 'Porachunków' czy 'Przekrętu'" - uważa recenzentka.

Mniej podoba się to Pawłowi Mossakowskiemu z "Gazety Wyborczej", który co prawda "nie jest purystą i nie będzie wył jak pies Baskervillów tylko z tego powodu, że Holmes zna kung-fu i walczy na pięści", ale "gorzej znosi stylistyczne popękanie filmu", który "do końca nie wie, czy ma być mrocznym thrillerem, czy komedią".

"Przymrużenie oka pomaga znieść absurdy fabuły, ale gdy nie traktujemy rzeczy serio, trudno o ekscytację czy lęk o bohaterów. Zaś z drugiej strony, przekomarzanki Holmesa i Watsona są umiarkowanie zabawne i mniej błyskotliwe, niż sobie to wyobrażają autorzy" - uważa Mossakowski.

Za największą zaletę "Sherlocka Holmesa" Magdalena Michalska z "Dziennika" uważa zaś tytułową kreację Roberta Downeya Jra:

"Trzeba jasno powiedzieć, na nic zdałaby się wizualna koncepcja, na nic pełna urody gra z konwencjami i popkulturą, gdyby w obsadzie zabrakło Roberta Downeya Jr. To on w tytułowej roli i dotrzymujący mu kroku Jude Law jako doktor Watson są filarami filmu Guya Ritchiego" - pisze recenzentka "Dziennika".

Zobacz zwiastun filmu "Sherlock Holmes":


W piątek do kin trafił również najnowszy film Jacka Borcucha 'Wszystko co kocham".

"Niby proste, a wyszukane: trzeba wrażliwości i sprawnego rzemiosła, by zrobić film tak lekki i jednocześnie niebłahy, zabawny i całkiem serio" - uważa Paweł T.Felis z "Gazety Wyborczej".

"Borcuch nie boi się mówić o tym, co najprostsze, szyje fabułę nićmi tak delikatnymi, że łatwo posądzić go o banał. Ale to akurat bzdura: zamiast bohaterów z nostalgicznej pocztówki mamy we "Wszystko co kocham" ludzi z krwi i kości. Z ich kapitalną energią i zachłannością na życie, z beztroską brawurą i - gdy sytuacja wymyka się z rąk - bezradnością" - pisze Felis i dodaje, że swą szczerość film zawdzięcza głównie aktorom: "intrygująca jest tu Katarzyna Herman, (...) świetnie broni swojej postaci Andrzej Chyra, (...) Mateusz Kościukiewicz [zaś] ma osobowość, aktorski pazur i charyzmę, którą kino kocha".

Na brak schematyczności w filmie Borcucha zwraca z kolei uwagę Wojtek Kałużyński z "Dziennika":

"Opowieść zaskakująco kolorowa, przełamująca schemat ponurych obrazków z Peerelu i czytelność podziałów. Owszem wątek romansowy trąci odrobinę naiwnością, rysunek rodzinnych więzów wydaje się niedokończony, ale jakoś się to wszystko mieści w obrazie świata z natury rzeczy niedokończonego, objawiającego przed młodym bohaterem nowe konieczności i nowe wybory" - pisze recenzent "Dziennika".

"Borcuch tego szczególnego momentu w polskiej historii [stan wojenny] nie mitologizuje, raczej odziera z bohaterskiego tonu, sprowadza do zwyczajności. Zaklinając w nim pokoleniową punkową legendę nie popada w jakieś innego rodzaju kombatanctwo. Pozostaje wiarygodny w opisie wyglądów, nastrojów, ludzi. Upraszcza, ale próbuje ratować legendę czasów Solidarności na przekór temu wszystkiemu, co w międzyczasie się z nią stało" - docenia Kałużyński.

Zobacz zwiastun filmu "Wszystko co kocham":


Na polskich ekranach zadebiutowała w piątek także nowa wersja disneyowskiego klasyka "Księżniczka i żaba".

"Fenomenalnym pomysłem było umieszczenie akcji akurat w Nowym Orleanie i akurat na przełomie lat 20. i 30." - uważa Wojtek Kałużyński ("Dziennik").

"Mekka amerykańskiego Południa skupia jak w soczewce legendę, magię i rzeczywistość. To miasto kontrastów. Bogate i biedne zarazem, czarne i białe, piękne i brzydkie. Wszystko tu jest na swoim miejscu. I patriarchowie w XIX wiecznym stylu, jak ojciec Charlotty, i czary voodoo, i marzenia o muzycznej sławie w kolebce jazzu i bluesa. W końcu nie przypadkiem aligator z trąbką nosi imię Louis (jak Lois Armstrong), a świetlik Ray (jak Ray Charles)" - wylicza zalety remake'u krytyk "Dziennika" i dodaje, że "do tego barwnego tła cała bajkowa opowieść pasuje jak ulał".

"Uroczo naiwna, niewymuszenie zabawna, opatrzona prostym morałem nie popada w infantylne prostactwo" - puentuje recenzent.

Na "oldskulowość" "Księżniczki i żaby" zwraca za to uwagę Paweł T.Felis z "Wyborczej":

"Disney postawił tym razem na tradycję - nie dość, że 'Księżniczka i żaba' zrealizowana została metodą rysunkową, to jeszcze całość ma wdzięk szlachetnie staroświeckiej opowieści sprzed epoki komputerów" - pisze krytyk.

Felis zauważa, że choć wszystko zmierza ku przewidywalnemu happy endowi - "nawet jeśli w tej bajce utrzymanej w konwencji sympatycznie jazzującego musicalu i książę żaba ma nadmiernie wybujałe ego, i służąca żaba chwilami daje się nieraz ponieść emocjom i ma całkiem cięty język, wszystko zmierza ku szczęśliwemu rozwiązaniu" - to "w 'Księżniczce i żabie' nawet naiwności mają swój urok".

Zobacz zwiastun filmu "Księżniczka i żaba":

Lekkie rozczarowanie towarzyszy polskiej recepcji kolejnej premiery tygodnia - brytyjskiego filmu "Harry Brown" z Michaelem Cainem w roli głównej.

Magdalena Michalska ("Dziennik") zauważa, że "zaczyna się ostro i intrygująco: trzęsąca się kamera, przemoc, brutalne słowa i bezsensowna śmierć młodej matki z rąk naćpanych wyrostków zestawione ze statycznymi ujęciami starszego mężczyzny, który w swoim zadbanym mieszkaniu wykonuje powtarzane zapewne od lat poranne rytuały i nienagannie ubrany wolnym krokiem idzie do szpitala, gdzie umiera jego żona".

"Im dalej, tym niestety gorzej" - tak brzmi następne zdanie recenzji Michalskiej. "Film jest schematyczny, co byłoby jeszcze nie do wytrzymania, gdyby w schemat wtłoczono choćby krztynę oryginalności. Tu jednak wszystko jest nieznośnie przewidywalne - po kwadransie ma się pewność, który z bohaterów dotrwa żywy do końca projekcji, zgadujemy też łatwo, jak potoczą się losy tytułowego Harry'ego Browna" - ocenia recenzentka "Dziennika".

Paweł Mossakowski z "Wyborczej" także uważa, że "Harry Brown" to "absolutna rutyna", jednak dla recenzenta tym, co wynosi ten film ponad rzemieślniczy poziom jest "aktorstwo Caine'a i znakomite, utrzymane w pesymistyczno-brunatno-jesiennej tonacji zdjęcia młodego Martina Ruhe".

"Dawno nie widziałem Londynu tak fotografowanego - i od takiej, bardzo przypominającej warszawski Gocław strony (wszystko to wygląda znajomo i swojsko: widać, że pod pewnymi względami globalizacja postępuje szybko). Nie ma jednak powodu, aby na tak przeciętne filmy kupować bilet do kina - na DVD wystarczy" - kończy Mossakowski.

"Harry Brown" najbardziej podobał się Stanisławowi Liguzińskiemu, który w recenzji na stronach INTERIA.PL zauważył, że bohater filmu Daniela Barbera "jest Bronsonem z 'Życzenia śmierci' albo Eastwoodem z 'Brudnego Harry'ego' z physis Caine'a, które nigdy nie zdradzało cech predestynujących go do roli obrońcy robotniczej dziatwy".

Zobacz zwiastun filmu "Harry Brown":


Ostatnia premierą tygodnia jest muzyczny dokument "Będzie głośno!", w którym trzej mistrzowie gitary: Jimmy Page (Led Zeppelin), The Edge (U2) i Jack White (The White Stripes) opowiadają o swoich muzycznych fascynacjach.

"Pomysł zgromadzenia tych muzycznych tuzów w jednym miejscu (przypominającym opuszczony magazyn) wypalił średnio. Chwilami ma się wrażenie, że oglądamy trzech zupełnie obcych sobie facetów, którzy nie mają sobie nic do powiedzenia. Także wspólne, akustyczne wykonanie w finale utworu 'Weight' wypada dość blado. Są to jednak zbyt różne osobowości, a ponadto trudno mimo wszystko stawiać ich w jednym szeregu" - uważa Paweł Mossakowski ("GW"), dodając, że "dla miłośników rocka [to] pozycja obowiązkowa, ale przyznam, że oczekiwałem więcej".

Na uniwersalną wymowę tej historii zwraca w recenzji na stronach INTERIA.PL Jacek Dziduszko.

"Aż dziw bierze, że za realizację tego kojącego duszę rockmana obrazu odpowiedzialny jest Davis Guggenheim, autor nagrodzonej Oscarem 'Niewygodnej prawdy', nadętej agitki z wojującym eko-szaleńcem, Alem Gorem w roli głównej, a ostatnio krótkometrażowej hagiografii Baracka Obamy, która pomogła kandydatowi demokratów wygrać wybory. Guggenheim, chwytając za kamerę, zostawił ideologię daleko w tle, dzięki czemu powstała uniwersalna opowieść o trzech pokoleniach muzyków, których wiele dzieli, ale łączy jedno - miłość do rock'n'rolla" - pisze recenzent INTERIA.PL.

"I choć jest fajnie, ciekawie i trudno nie czuć dreszczu ekscytacji, widząc herosów gitary zebranych razem, to w pewnym momencie zaczynamy się orientować, że nic z tego nie wynika" - kontrapunktuje Dziduszkę Karolina Nowakowska ("Dziennik").

"Nie skomponują wspólnie utworu, nie wystąpią razem na koncercie, nie obalą żadnej dyktatury. Ot, trochę pobrzdąkają na swoich ulubionych instrumentach i wrócą do domu. Marzenie o gitarowym królestwie niebieskim, gdzie rządzą stratocastery, les paule i silvertone'y pozostaje niespełnione." - kończy recenzentka.

Zobacz zwiastun filmu "Będzie głośno":


INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje