Reklama

Reklama

"Ściema po polsku": Najgorszy polski film?

Kpina z polskiej branży filmowej, sławy za wszelką cenę i pogoni za kasą. Nic tu nie jest normalne, a komizm wynika z paranoidalnych sytuacji aranżowanych na planie - całkowicie bez scenariusza. "Ściema po polsku" to parodia robienia filmów. Produkcja Mariusza Pujszo trafi na ekrany kin 9 lipca.

Mariusz Pujszo na planie "Ściemy po polsku"

"To jest najgorszy film w Polsce, rozumiecie? Prawie wszyscy nas hejtują. A w obecnych czasach jak cię hejtują, to cię uwielbiają" - mówi bohater Mariusza Pujszo w zwiastunie obrazu.

Nadgorliwy reżyser-samozwaniec i jego kompan (w tych rolach Mariusz Pujszo i Grzegorz Halama), po serii nieudanych interesów pragną zostać gigantami światowego kina i rekinami szołbiznesu, choć nie do końca wiedzą jak. Gdy dołącza do nich trzeci, lekko gamoniowaty biznesmen (Piotr Adamczuk), postanawiają nakręcić film, ale oczywiście bez jakiegokolwiek scenariusza... i tylko w jednym celu.

Reklama

Reżyser cierpi na rozdmuchane ego i zamiast reżyserować, zajmuje się uświadamianiem ekipy, że jest drugim Quentinem Tarantino.  Praca nad filmem jest nieskończoną farsą, sami filmowcy, w pogodni za pieniędzmi, chwilami zapominają o swoim projekcie, skupiają się na płatnych castingach półnagich dziewczyn, a ich hochsztaplerskie działania od początku skazują dzieło na niepowodzenie. Akcja rozpędza się i komplikuje do granic absurdu, aż cwaniactwo bohaterów zaczyna obracać się przeciwko nim.

Skojarzenia z Tarantino i Guy'em Ritchie absolutnie dozwolone, z jednym zastrzeżeniem: jest jeszcze lepiej, bo prawdziwe i po polsku... Jak skończy się jazda tym zwariowanym rollercoasterem? Jeszcze bardziej nieprzewidywalnie....

"Ściema po polsku" to film udający dokument, reportaż zza kulis. Bohaterów na każdym kroku śledzi kamera. Liczne sceny stanowią nieprzewidziane, prawdziwe wpadki z planu, a  spontaniczne improwizacje są elementem ustawiana kamery w najmniej odpowiednich miejscach. Największym atutem filmu są sami główni bohaterowie i ich dialogi, na miarę Himilsbacha i Maklakiewicza z filmu Rejs w XXI-wiecznym wydaniu. Autentyzm podbija cała rzesza aktorów amatorów odgrywających w tym filmie... samych siebie! W tle mnóstwo pięknych kobiet, które oprócz wyzywającego wyglądu mają równie wyzywający i cięty język. I naprawdę chcą być sławne, naprawdę za wszelką cenę.

"Ściemę po polsku" otwierają słowa Fryderyka Nietzschego "nic nie jest prawdziwe, wszystko jest dozwolone" i zarazem świetnie podsumowują jej treść, podobnie jak sam tytuł.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Ściema po polsku

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje