Reklama

Publiczność wybrała "Życie na podsłuchu"

Na sam koniec ostatniego dnia Warszawskiego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego, w nocy z 15 na 16 października, poznaliśmy laureata głosowania publiczności. Widzom najbardziej spodobał się niemiecki kandydat do Oscara, podejmujące temat inwigilacji przez służby specjalne Stasi "Życie na podsłuchu" Floriana Henckela von Donnersmarcka.

Przyglądając się życiu codziennemu za żelazną kurtyną von Donnersmarck opisał mechanizmy władzy, które zapewniwszy systemowi panującemu w NRD trwałość, doprowadziły również do jego upadku.

Reklama

Drugie miejsce na liście publiczności zajęła amerykańska "Mała miss" Jonathana Daytona i Valerie Faris, a na trzeciej pozycji uplasował się laureat tegorocznego Berlinale - "Grbavica" Jasmili Żbanić.

Wybór widzów przyjąć należy z pewnym zaskoczeniem - do tej pory na warszawskiej imprezie publiczność wybierała zazwyczaj bardziej "kumpelskie" obrazy; dość wspomnieć właśnie "Kumpli" (Norwegia) czy węgierskich "Kontrolerów". Wybór publiczności nie wpłynie też w znaczący sposób na powodzenie tego obrazu na polskich ekranach. "Życie na podsłuchu" już przed warszawskimi pokazami znalazło polskiego dystrybutora i w polskich kinach pojawi się na pewno na początku przyszłego roku.

To jednak, że młoda publiczność wskazała właśnie ten a nie inny obraz, jasno uzmysławia, że temat metod represji stosowanych przez panujący u nas do upadku muru berlińskiego ustrój, domaga się zdecydowanej redakcji ze strony środowiska filmowego. W przeciwnym razie skazani będziemy dalej na lustracyjne show, które serwują nam politycy, z lubością wczuwający się w role gwiazd popkultury.

Daleka od politykierstwa jest także bośniacka "Grbavica", którą mogliśmy zobaczyć dopiero ostatniego dnia festiwalu. Debiutantka Jasmila Żbanić, która niespodziewanie otrzymała za ten film Złotego Niedźwiedzia, wraca do wojennej traumy, która po dziś dzień dręczy mieszkańców państw byłej Jugosławii. W jej spojrzeniu nie ma jednak nic z "bałkańskiego szaleństwa" Emira Kusturicy, choć "Grbavicę" rozpoczyna muzyka jakby wyjęta z filmów autora "Underground". Szybko okazuje się jednak, że to tandetne disco w nocnym klubie, gdzie pracuje jako kelnerka główna bohaterka - samotnie wychowująca nastoletnią córkę Bośniaczka Esma (piękna w roli zmęczonej życiem kobiety Mirjana Karanović, znana choćby z filmu "Życie jest cudem").

Pozbawione efekciarstwa spojrzenie na życie zwykłych ludzi radzących sobie z ciężkimi warunkami życia w Sarajewie przypomina próby polskich filmowców stworzenia społecznego portretu śląskiego ubóstwa. Tym jednak, co najbardziej uprzykrza życie Esmie i innym mieszkańcom Sarajewa, jest nie brak pieniędzy w portfelu, tylko pamięć o strasznej wojnie.

Możemy kręcić nosami, dziwiąc się, że po ponad 10 latach wraca się na Bałkanach do tego tematu - wszyscy przecież chcieliby o tym już zapomnieć; przypomina to jednak tematykę polskiego kina powojennego. Kino szkoły polskiej było przecież rozrachunkiem nie tylko ze skostniałymi filmami poprzedniej epoki, lecz także z koszmarem powojennych lęków i historyczną interpretacją okresu 1939-1945.

Kiedy więc okazuje się, że córka Esmy jest "czetnickim bękartem" - Esma w czasie wojny została zgwałcona przez serbskich żołnierzy - rozumiemy, że koszmar wojny nie skończył się wcale wraz z rozpadem Jugosławii, lecz będzie trwał przynajmniej przez jeszcze jedno pokolenie.

Kino tak zwanej szeroko pojętej Europy Środkowej, które zobaczyliśmy na Warszawskim Festiwalu Filmowym, jest zresztą potwierdzeniem słuszności strategii, która koncentruje się na ważnych dla danego regionu problemach.

Zarówno "Grbavica", jak i czeskie "Szczęście" Bohdana Slamy to opowieści unurzane w lokalnych problemach, kino pozbawione ambicji uniwersalistycznych, filmy, kręcone głównie dla swoich widzów. Nie przeszkadza im to jednak w zdobywaniu międzynarodowych nagród ("Grbavica" w Berlinie, "Szczęście" w San Sebastian). Może to być wskazówka dla polskiego kina, które tak bardzo chce się spodobać w Europie, tak bardzo stara się być uniwersalne i zrozumiałe w każdym zakątku świata, że gubi po drodze swoją specyfikę.

Z 10 najwyżej ocenionych przez publiczność filmów festiwalu, aż 5 ma już swojego dystrybutora. Oprócz pierwszej trójki są to jeszcze filmy "Babel" (5. pozycja) i "9. Kompania" (9. miejsce). Wyjątkowym "nosem" wykazał się dystrybutor Monolith Plus, który posiada prawa do aż trzech z tych pięciu obrazów. I to tej firmie przypada w tym roku nagroda publiczności.

Tomasz Bielenia, Warszawa

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: służby specjalne | żyja | zycie | kino | życia | publiczność | film | Życie

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje