Władysław Hańcza - urodzony jako Władysław Tosik - początkowo miał iść drogą wyznaczoną przez rodzinę: studia, zawód, stabilna przyszłość. Rozważano nawet edukację za granicą w kierunku włókiennictwa. Kiedy te plany się rozsypały, potraktował to bez dramatyzmu. Zapisał się na polonistykę w Poznaniu, by przeczekać czas, nie myśląc jeszcze o scenie jako o swoim przeznaczeniu. Teatr i literatura były mu bliskie, ale wcale nie zakładał, że sam stanie na deskach.
Przełom przyszedł dzięki spotkaniu z Stanisławą Wysocką. To ona miała przekonać go, że aktorstwo nie jest kaprysem ani ekstrawagancją, tylko rzemiosłem, którego można się nauczyć - i talentem, który warto sprawdzić. Hańcza porzucił studia polonistyczne, rozpoczął naukę w szkole dramatycznej i szybko zadebiutował. Od początku dostrzegano w nim wyjątkową mieszankę: świetne warunki, kulturę słowa, a przy tym umiejętność grania bez protekcjonalnego tonu.
Aktor "od królów" i "od chłopów"
W teatrze budował silną pozycję. Sam mówił, że najczęściej trafiają do niego role królów, profesorów, duchownych i gangsterów, a ktoś celnie dopowiedział: także chłopów.
Wojna przerwała teatralne plany. Miał zaczynać w Teatrze Narodowym, ale wrzesień 1939 roku przekreślił tę perspektywę. Na jakiś czas odsunął zawód, pracował jako magazynier i angażował się w konspirację. Po wojnie wrócił do grania, a ekranowe role przyszły do niego stosunkowo późno - tym mocniej wybrzmiała ich klasa.
"Sami swoi": rola wymarzona, problem nieoczekiwany
Gdy Sylwester Chęciński kompletował obsadę "Samych swoich", Hańcza był naturalnym wyborem do roli Kargula. Kłopot pojawił się gdzie indziej; chodziło o kwestię języka. Wacław Kowalski, obsadzony jako Pawlak, naciskał, by dialogi były prowadzone w wyraźnym wschodnim dialekcie. U niego brzmiało to swobodnie, zabawnie, organicznie. Hańcza - z warsztatem ukształtowanym przez scenę, z dykcją ułożoną - wypadał inaczej. Nagle dwaj bohaterowie, którzy mieli tworzyć spójny komediowy duet, zaczęli brzmieć jak z dwóch różnych porządków.
Kowalski "był chłopem", Hańcza - wrażenie było takie - "chłopa grał". Dla filmu opartego na rytmie dialogu i językowej przekorze mogło to być ryzyko.
Decyzja reżysera i zmiana głosu Kargula
W pewnym momencie reżyser postanowił rozwiązać problem po cichu. Nie wciągał Hańczy w dyskusję, bo zakładał, że aktor się nie zgodzi. Zamiast tego zorganizowano postsynchrony z udziałem Bolesława Płotnickiego, który podłożył głos Kargulowi. W tej sprawie pomógł także zbieg okoliczności: Hańcza zachorował i nie pojawił się w studiu, więc operacja mogła się udać bez otwartego konfliktu.
Łatwo sobie wyobrazić, jak dotkliwe musiało być odkrycie, że postać, w którą włożył pracę i ambicję, na ekranie przemawia nie jego głosem. Władysław Hańcza był typem aktora, który nie znosił fuszerki - także własnej - i traktował zawód jak obowiązek. Jeśli coś nie działało, nie szukał wymówek, tylko narzędzi.
Zamiast pielęgnować urazę, Hańcza wziął się do ćwiczeń. Opanowanie dialektu stało się dla niego zadaniem, które należało wykonać, konsekwentnie, do skutku. I wykonał je tak dobrze, że w kolejnych częściach trylogii zastępstwo okazało się zbędne. Kargul zaskoczył w pełni: jako charakter, jako temperament, jako brzmienie. Widzowie dostali postać kompletną, a Hańcza - szansę, by odzyskać sprawczość nad rolą, która miała go na zawsze zdefiniować w kulturze masowej.
Zobacz też:
Jest od niej o 18 lat starszy. Wbrew wszystkim tworzą szczęśliwy związek










!["Posłani" [trailer]](https://i.iplsc.com/000MSSXVVHREPCLY-C401.webp)
