Reklama

Premiera "Laury" w TVN

Historię górnika Zbigniewa Nowaka, który w lutym 2006 roku prawie pięć dni spędził uwięziony tysiąc metrów pod ziemią, zaprezentuje dziś w ramach cyklu 'prawdziwe historie" stacja TVN. Główną rolę w "Laurze" zagrał Krzysztof Respondek.

Do żywego - wówczas 30-letniego Nowaka - uwięzionego pod ziemią po silnym tąpnięciu w kopalni "Halemba" w Rudzie Śląskiej, ratownicy dotarli po ponad 100 godzinach nieprzerwanej akcji. Górnik przeżył, ponieważ leżał w pobliżu pękniętej rury, przez którą dochodziło do niego powietrze.

Reklama

Film na kanwie tych wydarzeń, którego premierę przygotowano we wtorek w Katowicach, nakręcił związany z regionem Radosław Dunaszewski. Reżyser wcześniej pracował m.in. przy telewizyjnych cyklach "Katastrofy górnicze" i "Wielkie ucieczki". "Laura" ma wpisywać się w kolejny cykl fabularyzowanych dokumentów "Prawdziwe historie".

Scenariusz "Laury" napisali Radosław Dunaszewski i Piotr Fede. Krzysztofa Nowaka zagrał Krzysztof Respondek, jego żonę Marlenę - Sonia Bohosiewicz. W rolę ojca górnika, Hansa Nowaka, wcielił się Marian Dziędziel, a teściowej - Anna Seniuk. Tytułową Laurę - córeczkę Nowaków - gra Julia Kornacka.

Mottem filmu wybrano słowa górnika, który - uratowany - miał mówić, że leżąc pod ziemią odcięty od świata wiedział, że nie wszystko jeszcze załatwił w swym życiu, że na górze czekają na niego córka Laura i żona Marlena, a jedyne, co jest w stanie go ocalić, to miłość do nich.

Do pracy w kopalni Nowak miał pójść mimo obietnicy danej żonie i jej rodzinie - przyczyną była ciężka sytuacja finansowa związana z chorobą serca Laury. Do silnego tąpnięcia, po którym został zasypany, doszło 22 lutego 2006 r. "Było to bum, ciemno, kupa kurzu i dopiero po chwili, jak już wszystko opadło, człowiek mógł się rozeznać, jak to wyglądo" - opowiadał górnik podczas konferencji prasowej w szpitalu, gdzie trafił po uratowaniu.

Kiedy zapalił lampkę, wokół dostrzegł rumowisko - elementy obudowy, gruz, trochę drewna. Jak mówi, przestrzeń, w której spędził ponad 100 godzin, mogłaby pomieścić 10 mężczyzn. Nisza miała około 1,5 m wysokości. Nowak starał się zmieniać pozycję - leżał, siedział, kucał. Przez pewien czas towarzyszył mu "kolega szczur", który potem zniknął.

Górnik miał trochę wody w butelce. Jego pożywieniem były kartki wyrwane z notesu, próbował sobie wyobrazić, że je coś smacznego, np. kotlet. Dopóki lampka nie zgasła, mógł patrzeć na zegarek, sprawdzić datę i godzinę. Potem niczego nie widział.

Jak mówił, przez cały czas wierzył, że ratownicy do niego dotrą. To pomogło mu przetrwać. Pod ziemią myślał o całym życiu - jakie było, jakie mogłoby być, jak poznał się z żoną, ślub, narodziny córeczki. Pomogła mu modlitwa.

"Modliłem się, rozmawiałem z Bogiem. Nie dopuszczałem do siebie myśli, że może się nie udać. Czasu trocha było, porozmawialiśmy sobie. Na początku było proszenie, błaganie o to, żeby mi pomógł. Raczej o złości nie było mowy. Powiedziałem sobie - skoro tak musi być - ty jesteś stwórcą i do ciebie należy ostatnie słowo" - powiedział Nowak.

W momentach zwątpienia starał się myśleć o czymś innym, gwizdał, śpiewał. Gdy słyszał odgłosy akcji ratowniczej, wzywał pomocy. Radość mieszała się z obawą, że jednak może się to nie skończyć szczęśliwie. Kiedy ratownicy byli blisko, pomagał w odrzucaniu gruzu. Największą ulgą był dopływ świeżego powietrza - opowiadał.

Ocalony dziękował ratownikom, ludziom ze sztabu akcji ratowniczej i tym, którzy wspierali go duchowo - żonie i córce Laurze, która w czasie akcji ratowniczej tupała i krzyczała: "Nie płaczcie, bo tata żyje; ja wiem, że tata żyje". Nowak podczas pierwszego spotkania przywitał żonę i córkę słowami: "Cześć, bąble". Jego ojciec mówił, że Zbigniew w dniu ocalenia urodził się na nowo, a on sam mógł zapłakać ze szczęścia.

Po wypadku Zbigniew Nowak postanowił sobie, że będzie się starał być jeszcze lepszym człowiekiem. Poza tym mówił, że wypadek go nie zmienił. "Starom się być taki, jaki żech był (...) Jo się mało kiedy przejmowoł czymkolwiek, bo życie jest już na tyle ciężkie, że człowiek nie ma czasu myśleć o gupotach, ale żeby żyć szczęśliwie i dać radość żonie i córce" - podkreślał Nowak w szpitalu.

Film oparty o historię Nowaków wyprodukowała, przy dofinansowaniu środkami Śląskiego Funduszu Filmowego, telewizja TVN.

INTERIA.PL/PAP

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Prawdziwe historie | TVN SA

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje