Reklama

Podwójna radość

Na premierę filmu "Hi Way" (3 maja) niecierpliwie czekają wszyscy, którzy od niedawna na dźwięk słów "kopytko" i "globusik" reagują salwą śmiechu. Jacek Borusiński i Dariusz Basiński, czyli "dwie trzecie męskie" kabaretu Mumio, po przygodzie ze sceną i projektami bardziej komercyjnymi, przebojem wchodzą na duży ekran. Radość z tego podwójna, bo od kilkudziesięciu lat w polskim filmie nie wystąpił równie wyrazisty duet komików. A dawniej było się kim poszczycić...

Dzieje rodzimych duetów komicznych w kinie rozpoczyna para najsłynniejszej przedwojennej pary lwowiaków. Historia Szczepcia i Tońcia zaczęła się całkiem przypadkowo. Podczas jednego z towarzyskich wieczorów Henryk Vogelfänger (Tońcio) popisywał się przed znanym radiowcem, Wiktorem Budzyńskim, wymyślonym przez siebie monologiem.

Reklama

Była to opowieść batiara na temat filmu o dzikiej małpie "Rangu". Budzyńskiego do tego stopnia rozbawił występ Vogelfängera, że zaproponował mu powtórzenie "numeru" w studiu. Vogelfänger musiał jednak ów monolog do kogoś kierować. Wybór padł na znajdującego się właśnie pod ręką spikera, Kazimierza Wajdę (Szczepcio).

Z fal eteru zabawny duet szybko wpłynął na duży ekran. Stopniowo aktorzy zaczęli wyposażać odgrywane przez siebie postaci w odmienne charaktery i osobowość. Idąc za wzorem Flipa i Flapa, posłużyli się zasadą kontrastu. Szczepcio stał się pewnym siebie, wszystkowiedzącym swojakiem, Tońcio tymczasem został potulnym naiwniakiem, wiecznie zadziwionym i zahukanym "durnowatym pomidorem".

- Przetrwali pamięć trzech pokoleń [...] - wspomina batiarów na łamach "Przekroju" Jerzy Janicki. - Były czasy, gdy żadna "Dynastia" i żadna "Santa Barbara" nie wymiatały tak ulic, jak udawało się to "Wesołej Lwowskiej Fali".

Zawiązana w pierwszej połowie lat 70. współpraca duetu Maklakiewicz-Himilsbach układa się w jedną z ciekawszych filmowych legend w Polsce. Nakręcone z ich udziałem "Rejs", "Wniebowzięci" czy "Jak to się robi?" to dziś klasyka polskiej komedii. Historiami o Janie Himilsbachu i Zdzisławie Maklakiewiczu zapisano tony papieru.

"Marcel Proust spod budki z piwem" - tytułował Himilsbacha Tadeusz Konwicki. Trudno się pod tym nie podpisać.

Alkohol towarzyszył aktorowi od zawsze. W metryce jego urodzenia pijana urzędniczka wpisała datę 31 listopada. Inni mówią, że za pomyłkę odpowiada jego ojciec, który po intensywnym świętowaniu narodzin syna nie mógł sobie przypomnieć właściwej daty. Tak czy inaczej - zawiniły "procenty". Prywatnie Himilsbach i Maklakiewicz byli ze sobą bardzo zżyci.

Plotka głosi, że w dwa dni po pogrzebie Maklaka Himilsbach zadzwonił do jego matki.
- Zdzisiek jest? - pyta zachrypniętym głosem.
- Ależ panie Janku - zdziwiła się kobieta - przecież pan wie, że Zdzisiek umarł.
- Wiem, k...a, ale mi się w to wierzyć nie chce. Bardzo panią przepraszam.

Przygodę z kinem zaliczyli również patroni kabaretu literackiego w Polsce. W 1958 r. na ekranach telewizorów pojawił się pierwszy odcinek "Kabaretu Starszych Panów" - najwybitniejsze jak dotąd artystyczne osiągnięcie w historii rodzimej rozrywki telewizyjnej. Sześć lat po debiucie na szklanym ekranie niezapomniany duet Jerzego Wasowskiego i Jeremiego Przybory trafił do kin.

Zrealizowany przez Kazimierza Kutza "Upał" z udziałem Starszych Panów zdążył dziś zyskać miano obrazu kultowego. Premierze filmu towarzyszyły jednak krańcowo różne reakcje publiczności. Niektórzy zarzucili obrazowi Kutza przypadkowość, nieskładność, traktując "Upał" jako reżyserski wypadek przy pracy.

Łukasz Kuśmiński

Dzień Dobry

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: ekran | Radość

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje