"Ostatni dzień lata": Jedna naga scena

W sobotę, 4 sierpnia, mija 60 lat od premiery reżyserskiego debiutu Tadeusza Konwickiego "Ostatni dzień lata". Kameralny obraz z rolami Jana Machulskiego oraz Ireny Laskowskiej wyprzedził dokonania francuskiej Nowej Fali.

Jan Machulski oraz Irena Laskowska w "Ostatnim dniu lata'

Nowa Fala po polsku

Nastrojowe studium psychologiczne, dramat samotności i bezradności dwojga ludzi, niezdolnych do podjęcia próby wspólnego życia. Film eksperymentalny, niezwykle statyczny, wręcz "niekinowy", zrealizowany w warunkach amatorskich. Akcję, trwającą 6 godzin, reżyser opowiedział w ciągu godziny. Wypełnia ją przede wszystkim rozmowa między dwojgiem bohaterów - czytamy w opisie "Ostatniego dnia lata" na stronach Internetowej Bazy Filmu Polskiego.

Reklama

Młody mężczyzna i dojrzała kobieta spotykają się na bezludnej plaży. Dookoła nich tylko piasek, wydmy, morze i niebo. Samotni, naznaczeni piętnem wojny i osobistych dramatów nie potrafią jednak - mimo prób i wzajemnego przyciągania - znaleźć drogi do siebie. On obserwował ją od wielu dni, ale dopiero teraz zdobył się na odwagę, żeby zawrzeć z nią znajomość. Ale ona broni się przed tym. Kiedy pierwsza próba nawiązania kontaktu nie przynosi efektu, chłopak desperacko wchodzi do morza, a że nie umie pływać, zaczyna tonąć. Kobieta nie bez trudu wyciąga go na brzeg, cuci z zapamiętaniem.

Gdy chłopak dochodzi do siebie, ona znów zamyka się w swojej skorupie samotności i nieufności. Dramatyczne przeżycia wypaliły ją wewnętrznie. W czasie wojny straciła bliskiego człowieka, który był pilotem. Nadal nie potrafi zapomnieć o tej tragedii. On ma za sobą nieco tajemniczą przeszłość, a przed sobą niepewną przyszłość. Nad plażą, nad głowami tych dwojga życiowych rozbitków, co i raz przelatują odrzutowce symbolizujące współczesne zagrożenia, ale przede wszystkim stale przywołujące koszmar minionej wojny. Wojny, która wywołuje w obojgu tak silne poczucie wyobcowania, inercję uczuciową, że nie przełamuje ich nawet fizyczne zbliżenie, bo nie likwiduje ono istniejącej między nimi bariery psychologicznej. A przecież oboje tak bardzo potrzebują kogoś bliskiego, tak rozpaczliwie pragną uczucia.

Taniej i prościej

"Ostatni dzień lata" - debiutancki film Tadeusza Konwickiego, nakręciła zaledwie pięcioosobowa ekipa. Zaopatrzona w prymitywny nawet jak na lata pięćdziesiąte sprzęt (aparat reporterski "Ariflex") wyjechała latem 1958 roku na plan w okolice Wejherowa. Zdjęcia ukończono we wrześniu.

Tadeusz Konwicki przyznał po latach, że jednym z impulsów do sięgnięcia po kamerę, była osoba Ireny Laskowskiej.

"Przyjaźniłem się w tym czasie ze znakomitym grafikiem i pisarzem Mieczysławem Piotrowskim; jego żoną była Irena Laskowska, młoda piękna aktorka, w której wyczuwałem ogromne możliwości dramatyczne. Grała w teatrze, ale to była końcówka socrealizmu; cóż piękna kobieta o takich warunkach mogła grać w sztukach o kołchoźnikach czy robotnicach włókienniczych?" - Konwicki wspominał w rozmowie z Tadeuszem Lubelskim.

Odtwórcę głównej roli męskiej podsunął Konwickiemu operator Jan Laskowski.

"Machulski znalazł się wspaniale, to przecież było dla niego prawdziwe ryzyko - grać w czymś takim, a on zgodził się chętnie zagrać za darmo, z ewentualnością otrzymania w przyszłości honorarium. Bardzo mi odpowiadał w tym filmie jako osobowość. Zabrał z sobą rodzinę, to znaczy żonę i trzyletniego synka imieniem Julek, który dziś jest panem Juliuszem Machulskim" - zdradził Konwicki.

Instynkt i chytrość

Debiutujący reżyser przyznał, że pionierska na kinematograficznym gruncie kameralność jego filmowej opowieści wzięła się z niskiego budżetu filmu. "Pomysł 'Ostatniego dnia lata' wziął się z mojego własnego instynktu. A także z chytrości: przecież ja wybrałem warunki, które mogły wywołać najmniej kłopotów. Wybrałem plener, który nie wymagała żadnych inwestycji; wybrałem dwoje ludzi, żeby było taniej i prościej" - powiedział Konwicki.

Na plaży w Wejherowie panowała więc rodzinna atmosfera, ale nie obywało się też bez problemów.

"Miała to być przygoda wakacyjna, trwająca półtora miesiąca do dwóch, a siedzieliśmy tam chyba przeszło trzy miesiące. Ostatnie zdjęcia toczyły się już przy przymrozkach; Irena bohatersko wchodziła wtedy kilkakrotnie po szyję do lodowatej wody. Ale mieliśmy przygotowane różne trunki rozgrzewające, nacieraliśmy ją, jakoś więc ominęliśmy choroby" - ujawnił reżyser "Ostatniego dnia lata".

Na planie nie mogło jednak zabraknąć artystycznych spięć.

"Pamiętam - (...) mogę już o tym wspomnieć - że Irenę Laskowską, która była przecież piękną kobietą (...), irytowało wtedy, że dla swoich celów zrobiłem z niej podstarzałą starą pannę. Na tym tle toczyła się między nami walka na planie. Ona buntowała się przeciw takiemu ustawieniu postaci, chciała grać co innego. A ja ciągnąłem w swoją stronę, o której rozmawialiśmy. uważałem, że przy filmie bez akcji sam punkt wyjścia musi być wystarczająco dramatyczny" - przyznał Konwicki.

Aktorka wyznała w 2010 roku z okazji pokazu odrestaurowanej cyfrowo kopii filmu, że w filmie znalazła się jedna "naga scena".

"Tadek Konwicki wyobraził sobie, że ona wychodzi nago z morza i idzie po piasku... Oczywiście zaprotestowałam od razu, ale jednak uległam zastrzegając sobie, że Tadeusz musi gdzieś zniknąć na czas kręcenia tych ujęć. Mój brat musiał zostać, jako że operator, co było jeszcze gorsze! Przełamałam się i nakręciliśmy, co trzeba. Później oglądając materiał okazało się, że nosząc prywatnie kostium kąpielowy opaliłam się nierównomiernie i moja nagość na zdjęciach jest 'przekłamana'. Poświęcenie było nadaremne!" - ujawniła Laskowska.

Nierozpoznane arcydzieło

W recenzji filmu na łamach "Nowej Kultury" Bolesław Michałek napisał o "Ostatnim dniu lata": "Film jest u nas nieznany i przypadkowi zawdzięczam, że go widziałem. Muszę więc zacząć od treści, ponieważ nikt filmu nie widział i pewnie nie zobaczy".

"Kręcąc ten film nie wiedziałem, że zapoczątkuję Nową Falę, także i krytyka nie wiedziała, że to jest jeden z pierwszych sygnałów tego prądu. Nie ma więc kogokolwiek obwiniać, taka była sytuacja. film został przyjęty przez fachowców filmowych z pewnym rodzajem oburzenia: że to jest skandal, że jakimś ludziom spoza branży daje się możliwości robienia filmu i oni kręcą coś, co jest dziwaczne, bezsensowne i bezfabularne" - powiedział Tadeusz Konwicki w rozmowie z Tadeuszem Lubelskim.

"Ostatni dzień lata", dziś klasyka światowego kina, otrzymał główną nagrodę w dziedzinie filmów eksperymentalnych na festiwalu w Wenecji w 1958 r. W tym samym roku przyznano mu także nagrodę główną na EXPO w Brukseli i I nagrodę na MFF w Londynie.

Wśród widzów, którzy wartość "Ostatniego dnia lata" dostrzegli od razu, znalazła się Maria Dąbrowska. Po seansie zanotowała w dzienniku: "Morze, pusta plaża, wydmy... Żywej duszy - poza dwojgiem ludzi i drążącymi hukiem niebo odrzutowcami. Jednodniowy romans, wątły dialog - a tyle w nim powiedziane! W życiu mi się żaden film tak nie podobał jak ten".

-------------------------------------------------------------------

Użyte w tekście wypowiedzi Tadeusza Konwickiego pochodzą z rozmowy z Tadeuszem Lubelskim "Zacząć na nowo", która znalazła się w książce "Debiuty polskiego kina" (Konin, 1998)

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje