Do tej pory nakręcono sześć filmów fabularnych "Resident Evil" na podstawie kultowych gier komputerowych studia Capcom. Pierwszy z nich zadebiutował na kinowych ekranach w 2002 roku, a ostatni - "Resident Evil: Ostatni rozdział" - w 2016 roku. Za kamerą wszystkich tych części stał Paul W. S. Anderson, a w rolę główną wcielała się Milla Jovovich.
Teraz za produkcję najnowszej odsłony zabrał się Zach Cregger. Film objęty tytułem serii nie jest bezpośrednią ekranizacją konkretnej gry, lecz ma za zadanie wiernie oddać mroczny klimat tych opowieści. Na ten moment budżet produkcji wyniósł aż 80 milionów dolarów, co jednak nie uchroniło ekipę przed skrajnie ryzykownymi wyzwaniami.
"Resident Evil": brutalny realizm zamiast CGI
W roli głównej zobaczymy Austina Abramsa, który wcieli się w postać Bryana - kuriera medycznego, którego zadaniem jest dostarczenie przesyłki do Raccoon City. W jednej ze scen zaprezentowanych w zwiastunie dziesiątki "trupów" ścigają bohatera, skacząc z dachów prosto na jego drogę. Aby jednak uchwycić autentyczną grozę i nadać scenie realistyczny charakter, Cregger celowo szukał alternatywy dla efektów komputerowych.
"Musieliśmy więc zaprojektować coś, w czym on po prostu biegnie, a ciała wokół niego spadają i wybuchają. Wiedziałem, że nie chcę tego robić z efektami wizualnymi" - wyjaśnił reżyser w wywiadzie dla serwisu SlashFilm.
Ta widowiskowa sekwencja powstała dzięki starannej choreografii i inscenizacji, uwzględniającej spadające z dźwigów nad aktorem "worki z krwią wielkości ciała", z których każdy ważył około 70 kilogramów. Reżyser wspominał zresztą, że jeden z zabłąkanych rekwizytów wylądował przerażająco blisko odtwórcy głównej roli.
"To by go zabiło. Gdyby był o krok w prawo, umarłby" - wyznał bez ogródek Cregger. "[To ujęcie] jest w filmie, więc było warto. Byłem w szoku".
Mimo chwil grozy reżyser nie kryje dumy ze swojej wizji i przekonuje, że najnowszy film jest dowodem na jego rozwój jako twórcy kina gatunkowego.
"Resident Evil" trafi na ekrany kin już 18 września.










