Harris Dickinson zdobył światowy rozgłos dzięki głównej roli w głośnym filmie "W trójkącie", a już wkrótce zobaczymy go w roli, która może być tą najważniejszą w jego karierze. Wcieli się w postać Johna Lennona w filmie biograficznym. 29-letni brytyjski aktor wyraźnie nie boi się ambitnych wyzwań. W międzyczasie spróbował swoich sił po drugiej stronie kamery. "Łobuz" stanowi jego debiut reżyserski, w którym pojawia się również na drugim planie, oddając jednak pierwszeństwo Frankowi Dillane'owi w roli tytułowej. Historia opowiedziana przez Dickinsona jest stara jak świat, ale w jego spojrzeniu zyskuje świeżość i zaskakującą dojrzałość. Jak na debiut to kino świadome emocjonalnie i wyraźnie skłaniające do refleksji.
"Łobuz": gdy wszyscy postawili na tobie już krzyżyk
Poznajemy głównego bohatera, Mike'a (w tej roli Dillane), gdy włóczy się po ulicach, próbując wyciągnąć od przechodniów kilka groszy. Kiedy pewien mężczyzna, kierowany dobrocią serca, postanawia mu pomóc, Mike niespodziewanie go atakuje, okrada i ucieka. Nie uchodzi mu to jednak na sucho. Trafia do więzienia. Po odbyciu kary dostaje od państwa drugą szansę: na kilka tygodni może zamieszkać w hostelu i podejmuje pracę jako pomoc kuchenna w dość obskurnym hotelu. Wydaje się, że zaczyna wychodzić na prostą, aż do chwili, gdy demony przeszłości ponownie dają o sobie znać.

Choć nie jesteśmy w skórze głównego bohatera, dość łatwo przychodzi utożsamienie się z jego rozterkami i emocjami. Szczególnie zapadła mi w pamięć scena, w której Mike wraz z koleżankami z hotelu wybiera się na miasto. Po raz pierwszy od dawna czuje się częścią grupy, kimś lubianym takim, jaki jest. Przeżywają beztroskie chwile w rytmach "Whole Again" zespołu Atomic Kitten. To uczucie akceptacji okazuje się uzależniające. Kiedy na jego drodze pojawia się ktoś, kto mógłby dać mu bliskość, o jakiej zawsze marzył, ukrywa prawdę o swojej przeszłości i trzeźwości. Z lęku przed utratą osoby, która naprawdę go dostrzegła.
Mike pada ofiarą przeznaczenia. Z góry napisany los ma dla niego inne plany. Choć za wszelką cenę próbuje prowadzić ułożone życie, z dala od używek, kradzieży i szemranego towarzystwa, przeszłość w końcu go dopada. Gdy poznaje dziewczynę, niemal natychmiast się w niej zakochuje. Do tego stopnia, że porzuca dotychczasowe wysiłki, by tylko poczuć się przez nią akceptowanym. Bo właśnie o tym jest "Łobuz": o ucieczkach i pragnieniu bycia zaakceptowanym, gdy system z góry skazuje cię na porażkę.
"Łobuz": Harris Dickinson zaskakuje w nowej roli
Harris Dickinson w "Łobuzie" pokazuje, jakie kino chce tworzyć: szczere, autentyczne i autorskie. W filmie nie brakuje wstawek odzwierciedlających wewnętrzny stan głównego bohatera. Choć zwykle nie jestem fanką takich zabiegów, Dickinson wprowadza je subtelnie - odpowiednio do sytuacji i bez szkody dla tempa narracji.
Warto też podkreślić, że Dickinson jest autorem scenariusza, i moim zdaniem to właśnie tekst stanowi siłę jego debiutu. Wciągający storytelling, bez oceniania bohatera i bez szantażu emocjonalnego. Mike nie jest idealny, ale naprawdę da się go polubić i chce się za nim podążać. Kibicuje się mu, by wytrwał w postanowieniach, a jego upadek jest bolesny zarówno dla niego, jak i dla widza. Ogromną rolę odgrywa tu także Dillane, który z naturalną łatwością pokazuje różne odcienie Mike'a.
"Łobuz" udowadnia, że Harris Dickinson to nie tylko zdolny aktor, ale przede wszystkim utalentowany scenarzysta i reżyser. Mam nadzieję, że nie będzie to jednorazowy strzał w jego karierze i trzymam kciuki za kolejne projekty.
8/10
"Łobuz", reż. Harris Dickinson, Wielka Brytania, 2025 r. dystrybutor: Gutek Film, premiera kinowa: 10 kwietnia 2026 roku.












