"Dzisiaj nikt tak nie mówi, nikt tak nie mówił. Tylko on"
Zanim zobaczyło się twarz i nieodłączne ciemne okulary, słyszało się z telewizora głos. Charakterystyczny, z dźwięcznym "r". Dzisiaj nikt tak nie mówi, może nawet już wtedy, w niedzielne popołudnia mojego dzieciństwa, nikt tak nie mówił. Tylko on. Były to czasy telewizji z telewizora, tej większej lub mniejszej skrzynki stojącej w pokoju, która umożliwiała kontakt ze światem na długo przed Internetem. Można było chcieć uciec przed Stanisławem Janickim i jego starym kinem, bo po co nastolatkom Żabczyński, Ordonka i Gregory Peck, ale nie było dokąd. Na całe szczęście.
Był historykiem i znawcą filmu, publicystą, krytykiem, autorem najdłużej nadawanego programu filmowego w historii polskiej telewizji - od 1967 do 1999 roku. "W starym kinie" zaczynało się niezapomnianą animowaną czołówką z panem w cylindrze, idącym ulicą do melodii piosenki Władysława Szpilmana i Ludwika Starskiego. Zawsze w niedzielę, zawsze w porze obiadu, zawsze w kontrze do obowiązujących filmowych mód. Filmy, które przedstawiał Stanisław Janicki, miały inny dźwięk i inne kolory, inaczej się w nich grało. A jednak przyciągały uwagę. Inny był też ten niezwykły prezenter, którego sposób mówienia i sama treść były muzyką filmową. Dlatego jego głos był dla programu równie ważny jak gwiazdy, o których opowiadał.
A zaczął mówić (trudno to sobie dziś wyobrazić) kompletnie przypadkiem, choć był już wykształconym dziennikarzem filmowym. Zaczęło się od zastępstwa przy przeprowadzaniu wywiadów z reżyserami. Został na ponad 30 lat. Nie jest dobry ten przymiotnik "stare" w kontekście jego pracy dla TVP, a później także dla Telewizji Kino Polska. Gdy zaczynał, stare było kino nieme, później ta granica stale się przesuwała. W rzeczywistości chodziło mu jednak nie tyle o konkretne roczniki, ile o upowszechnienie sposobu myślenia o kinie i stylu mówienia o nim.
"Stanisław Janicki był rasowym podcasterem na długo przed tym, zanim wymyślono podcasty"
Spotkaliśmy się w radiu RMF Classic, gdzie z kolei zadomowił się ze swoim programem "Odeon Stanisława Janickiego" na ponad 20 lat. Tam zrozumiałam, że mówiąc o głosie pana Staszka, nie powinniśmy mieć na myśli jedynie barwy czy intonacji. Jego głos - to znaczy jego opowieści - miał bowiem kolosalne znaczenie dla ostatniego pokolenia wychowanego z telewizorem w pokoju. Był też właściwie jedyną sensowną lekcją kultury popularnej, jaką dostaliśmy od profesjonalisty. Tego przedmiotu nie ma przecież w szkole. Filmy nigdy nie uchodziły za tę część kanonu kultury, której warto poświęcać uwagę dla wiedzy. Kino w opinii wielu istniało wyłącznie dla przyjemności. A przecież bawiąc - uczyło. Uczyło nas barwnymi biografiami, o których, choć nie brakowało skandali i dramatów, Stanisław Janicki opowiadał z szacunkiem pozbawionym tonu brukowca, nawet jeśli była w tym ironia. Uczyło nas nazwiskami, które odchodzą wraz z każdą ekipą filmową, której już nie ma. I uczyło myślenia o filmie jako o całości: słowie, obrazie, dźwięku i ludziach.
To głos pana Staszka uświadomił mi, jak piękną i trudną formą jest felieton radiowy. Byłam dumna, gdy jako dziennikarka RMF Classic mogłam towarzyszyć mu w nagraniach "Odeonów". Przyjeżdżał specjalnie z Bielska-Białej, gdzie mieszkał, schodził z nami na najniższe piętro studyjnych pomieszczeń i… zaczynał się teatr wyobraźni. Mówił z kartek, które nie były wyłącznie notatkami, to były precyzyjnie przygotowane scenariusze do opowiadania. Podkreślenia, znaczki, kropki. Wszystko miało znaczenie: gdzie zawiesić głos, gdzie przyspieszyć, gdzie zrobić pauzę, a gdzie zaakcentować puentę. Stanisław Janicki był rasowym podcasterem na długo przed tym, zanim wymyślono podcasty! Właściwie robił to nieprzerwanie od 1967 roku.
"Obejrzałem cały film przez ten jeden kawałek, który się zachował. Takim jestem widzem, pani Magdo"
Mniej znana jest jego działalność twórcza. Szkoda. Zrealizował kilkadziesiąt produkcji, wyreżyserował i napisał scenariusze do wielu filmów fabularnych, dokumentalnych i oświatowych. Wśród nich są "Kruk" (1976), "Bielsko-Biała - dwa miasta w jednym" (1998), "Brat papieża" (2006) oraz "Scena pełna muzyki i tańca" (2015). Jeszcze mniej mówiło się o jego największej pasji - o Japonii.
Tymczasem chyba właśnie to, co nieoczywiste, interesowało go najbardziej. Jeszcze wiele lat temu, w radiu, mówił nam, że pisze książkę o filmach Wajdy. Uściślając - o filmach, które Wajda chciał zrobić, ale których nie zrobił. Odważny pomysł, prawda? Publikacja powstawała przez 50 lat, a składają się na nią rozmowy Stanisława Janickiego z Andrzejem Wajdą. Książka nosi tytuł "Marzenia filmowe Andrzeja Wajdy" i ukazała się w 2023 roku nakładem wydawnictwa Austeria.
Zapytałam kiedyś pana Stanisława o to, jakim jest widzem. Pamiętam, zbliżały się urodziny kinematografii i to była doskonała okazja do zadawania takich pytań. Moi rozmówcy opowiadali, jak zachowują się podczas seansu, co ich porusza, jacy są w fotelu kinowym. A potem przyszedł pan Staszek i powiedział:
"Lata temu szedłem do kina. A nie były to czasy licznych seansów, mogłem zobaczyć ten film tylko wtedy i tylko tam. Idąc, przewróciłem się i stłukłem swoje grube okulary. Został mi z nich tylko taki większy kawałek szkła. Bez nich nic nie widziałem. Pamiętam, że obejrzałem cały film przez ten jeden kawałek, który się zachował. Takim jestem widzem, pani Magdo".
Odszedł najpiękniejszy widz, jakiego kiedykolwiek miało nasze kino.
Magdalena Miśka-Jackowska











