Reklama

Na granicy horroru i porno

"Przesycony okrucieństwem bełkot"? Polscy krytycy nie znajdują zrozumienia dla "balansującego na granicy horroru i porno" "Antychrysta" Larsa von Triera. Ale film Duńczyka to nie jedyna kinowa propozycja tego tygodnia.

Premiera "Antychrysta" - nowego filmu enfant terrible autorskiego kina Larsa von Triera, zaplanowana została niecały tydzień po festiwalu w Cannes. Efekt? Żaden z rodzimych krytyków nie zdążył zapoznać się z filmem, okrzykniętym największym skandalem canneńskiej imprezy od czasu "Nieodwracalnego" Gaspara Noe. Pozostają nam relacje wysłanników z Cannes - te są zaś dla Duńczyka druzgocące.

Reklama

Barbara Holender z "Rzeczpospolitej" docenia twórczą odwagę von Triera, nie znajduje jednak dla niej sensownego wytłumaczenia. "Nie można ani Trierowi, ani jego aktorom odmówić odwagi. Willem Dafoe, a przede wszystkim Charlotte Gainsbourg (nagroda w Cannes), przekroczyli granice aktorstwa, obnażając najbardziej mroczne zakamarki ludzkiej psychiki. Musiało ich to wiele kosztować. Stale tylko zadaję sobie pytanie, dlaczego ten przesycony okrucieństwem bełkot ma ktoś oglądać" - czytamy w "Rzepie".

O egoizm oskarża zaś reżysera Magdalena Michalska z "Dziennika". "Balansując na granicy horroru i porno von Trier nie umie zatrzymać się w przed granicą śmieszności. W kinie czy w ogóle sztuce można dość bezpiecznie przekształcać własne obsesje, ale musi to prowadzić do czegoś więcej niż własna autoterapia. Tego elementu Antychrystowi zabrakło" - pisze recenzentka.

Najbardziej wzburzony pozostał jednak Tadeusz Sobolewski z "Gazety Wyborczej". "Widz nie powinien być ofiarą, na którą przerzuca się własne lęki i fobie - powinien dostać klucz do przezwyciężenia złych emocji - tak, na zasadzie sublimacji, działa rasowy horror. Kim jest ten, kto przedstawia nam obrazy Antychrysta? Nie czuję w nim terapeuty, raczej cwanego pacjenta, który szepce widzowi: ty to pomyślałeś, ty to zrobiłeś!" - pisze w piątkowym wydaniu dziennika.

I puentuje: "Von Trier łamie umowę z widzem, ale widz nie jest bezbronny - może tę umowę wypowiedzieć, co niniejszym robię. Wolę Piłę: ona przynajmniej rżnie uczciwie".

W piątek do kin trafia także triumfator ubiegłorocznego Cannes (nagroda w sekcji Un Certain Regard) - fabularny debiut rosyjskiego dokumentalisty Siergieja Dworcewoja "Tulpan" ze zdjęciami Joanny Dylewskiej.

"Wyborcza" znów się nie wyrobiła (dwie najważniejsze premiery tygodnia zostawiła bez recenzji), a Łukasz Maciejewski na łamach "Dziennika" nazywa "Tulpan" "formalnym majstersztykiem". Ale według recenzenta, film Dworcewoja idzie dalej: "Tulpana trzeba oglądać zmysłami: nie warto wyczekiwać na fajerwerki współczesnego kina, akcję, szantaż filmowego dziania się. W kinie Dworcewoja obowiązują inne reguły gry. Wizję reżysera zdominowała przede wszystkim koncepcja przestrzeni, dialektyka ruchu-bezruchu, struktura labiryntu, wreszcie czas, który trwa, a nie płynie". Wrażliwym widzom film "dostarczy nam ogromnej satysfakcji i wzruszeń".

Pod wrażeniem obrazu pozostaje też Marek Sadowski z "Rzepy", który nazywa "Tulpana" "niezwykłym, malowniczo ascetycznym filmem".

W piątek na polskie ekrany trafił także nowy film reżysera oscarowego "Ostatniego króla Szkocji". "Stan gry" jest "rozrywkową produkcja, która w swojej klasie nie ma się absolutnie czego wstydzić" - uważa Ewelina Kustra z "Dziennika". "Mniej tu efektownych pościgów i strzelanin, więcej za to realizmu" - zauważa recenzentka, jednak nie przeszkadza jej to nazwać "Stanu gry" "wciągającym" thrillerem.

Równie usatysfakcjonowany jest filmem Kevina Macdonalda Paweł Mossakowski z "Wyborczej". "Konwencjonalny, nie do końca spójny, ale całkiem przyzwoity thriller polityczny" - tak charakteryzuje "Stan gry". Recenzent chwali też świetne aktorstwo, zwłaszcza Russella Crowe'a: "Crowe jest roztyty, baryłkowaty, nosi długie, nie całkiem domyte włosy i ogólnie wygląda jak jaskiniowiec, ale to on trzyma film. Można się tylko cieszyć, że Brad Pitt nie przyjął jego roli".

Nieco lżejszą propozycją jest w tym tygodniu francuska komedia "Baby love". "Po francusku uroczo, ale niestety trochę nudo" - ocenia Ewelina Kustra ("Dziennik"). Paweł T. Felis ("Wyborcza") zauważa jednak, że mimo iż komedia Vincenta Garenqa jest "sympatyczna", to jednak "fabularnie porusza się po rejonach dość ryzykownych": "Gej chce mieć dziecko (i nikt nie ma w dodatku wątpliwości, że ojcem będzie świetnym), pomocą mogą być lesbijki, ale że ten sam gej okazuje się bezpłodny, spermy ma użyczyć jego były facet Perwersja jednak pozorna, bo Baby Love do bólu wygładza wszystko, co najbardziej dwuznaczne" - zauważa Felis.

Kustra również wyczulona jest na schematyzm filmu: "Portrety psychologiczne bohaterów nazbyt są sztampowe, a ścieżki, którymi kroczą - wielokrotnie przerabiane. Samo już jednak poruszenie tematu prawa do adopcji dzieci przez pary homoseksualne, zwłaszcza u nas, wywołuje niezdrowe emocje. Może więc dobrze, że film poruszający ten temat nawet w lekkiej, rozrywkowej formie trafia na polskie ekrany".

W piątek na naszych ekranach zadebiutował także osobisty dokument francuskiej aktorki Sandrine Bonnaire "Na imię ma Sabine".

"Poruszający, mocny dokument - o tajemnicy, jaką wciąż jest ludzka psychika (i autyzm), ale też o trudnej, wcale nieoczywistej, a przecież niezwykłej, siostrzanej miłości. Miłości, która czasem potrafi spełniać marzenia, ale czasem też wobec samotności najbliższej osoby jest zupełnie bezradna" - to refleksja Pawła T.Felisa na łamach "Wyborczej". Łukasz Maciejewski w "Dzienniku" zauważa, że reżyserka nie pozwala sobie wobec swojej bohaterki - chorej na autyzm siostry - na "żadne sentymentalizmy, egzaltacje, ważny jest temat".

"W wywiadach reżyserka mówiła otwarcie, że chodziło jej przede wszystkim o zwrócenie uwagi na problem autyzmu we Francji. Mam nadzieję, że dzięki niepodważalnej klasie tego filmu pytania postawione przez znakomitą aktorkę dotrą również do Polski. (...) Film Na imię ma Sabine Sandrine Bonnaire powinien być lekcją obowiązkową dla wszystkich, którzy nie pozwolili się znieczulić" - pisze recenzent "Dziennika".

W piątek w kinach pojawiła się również propozycja dla najmłodszych. "Potwory kontra Obcy". Według Wojtka Kałużyńskiego z "Dziennika" najnowsza animacja studia DreamWorks "oryginalnością z pewnością nie grzeszy. Nadrabia za to wdziękiem, dowcipem i pomysłowością".

Mniej przekonany jest Paweł T.Felis ("Wyborcza"): "Film próbuje zaimponować głównie efektami trójwymiarowymi - te są zręczne, trudno zaprzeczyć, ale na pełnometrażową animację to trochę mało. Ciekawy skądinąd pomysł wyjściowy zmienia się w nudną i wtórną fabułę o dobrych potworach, które walczą ze złymi obcymi z innej planety".

Wszyscy zgodzą się jednak z puentą recenzenta "Dziennika", że "inteligentny recykling wystarczył na produkcję poprawną i na swój sposób uroczą. By stworzyć coś tak świeżego jak Wall-E, trzeba już jednak czegoś więcej".

Wreszcie ostatnia premiera tego tygodnia - "Duchy moich byłych".

"Jedynym jasnym punktem jest występ Michaela Douglasa w roli ducha rozpustnego wuja naszego bohatera (i jego życiowego mentora). Gdyby Matthew McCaughney miał jedną dziesiątą jego wdzięku, być może ten nieprzemyślany, chaotyczny i głęboko obłudny film dałoby się jakoś uratować. Ale z tym aktorskim drewnem, którego cały urok sprowadza się do przylepionego do ust głupawego uśmiechu, jest to niemożliwe" - Paweł Mossakowski ("GW") nie pozostawia na filmie Marka Watersa suchej nitki.

Patrycja Pustkowiak z "Dziennika" jest tylko odrobinę mniej złośliwa: "Duchy moich byłych to pean na cześć ważności uczucia w naszym życiu, wyłożony w najdosłowniejszy z możliwych sposobów. Kto nie wiedział, że w życiu chodzi o miłość, ten wreszcie się dowie. Amen".

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: \ Film | PROPOZYCJA | Nie | Cannes | horrory | porno | film

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje