Mikołaj Trzaska i Wojtek Smarzowski gośćmi Festiwalu Muzyki Filmowej
Wojtek Smarzowski i Mikołaj Trzaska byli gośćmi 19. Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie (13-17.05.2026). W trakcie spotkania z widzami opowiedzieli o tym, co ich połączyło i co sprawia, że nadal są nierozłączni. Skomentowali również doniesienia dotyczące ich najnowszego filmu: "Słowianie".
"Mamy w Polsce bardzo wyrazisty duet, który w ostatnich latach stworzył intensywny, bezkompromisowy, pełen emocji dialog w kinie. Bez wątpienia mówią wspólnym głosem. Ich twórczość ma ogromny wpływ na to, jak kina polskie odbieramy i jak je słyszymy" - mówiła o Wojtku Smarzowskim i Mikołaju Trzasce Magda Miśka-Jackowska, która poprowadziła rozmowę. Wymieniła swoich gości jednym tchem obok tak legendarnych duetów, jak Sergio Leone i Ennio Morricone, Federico Fellini i Nino Rota, Roman Polański i Krzysztof Komeda czy Krzysztof Kieślowski i Zbigniew Preisner.
"Chcę zrobić film". "Ja też chcę"
Po raz pierwszy z muzyką Mikołaja Trzaski Wojtek Smarzowski zetknął się na początku tego wieku. Trafił na koncert THe USeRS. "I tak jakoś się to zaczęło" - wspominał reżyser w Krakowie. Zaprosił kompozytora do pracy nad spektaklem telewizyjnym "Kuracja" na podstawie powieści Jacka Głębskiego o młodym psychiatrze, który poddaje się eksperymentowi i zamyka się w szpitalu psychiatrycznym jako pacjent. "Wojtek powiedział, że chce zrobić film. Ja też chciałem" - dodał Trzaska.
Rozpoczęta w 2001 roku współpraca trwa do dziś i zaowocowała takimi filmami, jak "Dom zły" (2009), "Róża" (2011), "Drogówka" (2013), "Pod Mocnym Aniołem" (2014), "Wołyń" (2016), "Kler" (2018), "Weseלe" (2021) i "Dom dobry" (2025). Dopytywani przez Miśkę-Jackowską o to, czy któraś z tych produkcji była przełomowa, odpowiedzieli: "Dla mnie "Kuracja", bo pierwsza" - Smarzowski. ""Dom zły" był strasznie ważny. "Róża" była przełomowa, "Weseלe", "Wołyń", "Pod Mocnym Aniołem"... Każdy film był przełomowy w jakiś sposób, coś nowego przyniósł" - Trzaska.

"Najważniejsza rada, jaką dostałem od Wojtka"
Artystów połączyło bez wątpienia zbliżone myślenie o roli muzyki w filmie. Jak wszystko musi ona nieść znaczenie. "Najważniejsza rada, jaką dostałem od Wojtka, to żeby myśleć o tym, o czym jest film. Nieważne, jak to zrobisz, użyjesz do tego czołgu, maszyny do szycia, czy jumbo jeta, ale opowiedz mi o czym to jest. Ważne jest to, żebym to usłyszał i zrozumiał" - zaznaczał muzyk. "Mnie nie obchodzi jak operator zrobi zdjęcia do filmu, czy jak Mikołaj napisze muzykę, chcę, żebyśmy gadali o znaczeniach" - wtórował reżyser.
Smarzowski podkreślał, że nigdy nie lubił muzyki ilustracyjnej. "Lubiłem muzykę, która ilustruje stan bohatera" - mówił. "Niespecjalnie przepadam za muzyką filmową jako taką" - oznajmił Trzaska. "Za każdym razem Wojtek daje nowy film, który jest nowym językiem i który wymaga innej - tu muszę uważać na słowo - prawdy. Innej rozmowy z filmem" - dodał.
"O to chodzi, żeby grać do tej samej bramki"
Obydwaj twórcy cenią też w kinie rolę ciszy i obaj krytycznie podchodzą do nadmiernego użycia muzyki w filmach dziś.
"Nie ma ciszy, a to mnie bardzo boli. Na przykład w filmie "Jedna bitwa po drugiej" muzyka wychodzi na plan pierwszy. Nie odnajduję się w takim kinie i takim potraktowaniu muzyki" - przyznał Smarzowski.
"Nie ma pauzy, nie ma frazy. A cisza jest potrzebna. Ja dostałem nagrodę za to, że nie napisałem muzyki, tylko na końcu coś" - dodał Trzaska. "To nie do końca tak" - zaprotestował filmowiec. "Ale to świetnie, że się zderzyliśmy z Mikołajem. Gdybyśmy np. w ostatnim filmie ["Dom dobry" - przyp. red.] jeszcze podbijali coś muzyką, traktowalibyśmy widza jak debila: uważaj, tu się coś dzieje. Zgodziliśmy się, że cisza w tej historii, pojedyncze dźwięki, były ważniejsze. O to chodzi, żeby grać do tej samej bramki".

"Jestem głuchy jak pień"
Sekret wieloletniej współpracy Smarzowskiego i Trzaski kryć się musi też w zbliżonej wrażliwości artystów. "Ja jestem głuchy jak pień" - stwierdził reżyser. "Kieruję się intuicją. Czuję gdy pojawia się fałsz".
"Moim narzędziem jest czucie, które zamieniam w coś, co jest bardzo realne - muzykę. Żyjąc w emocjach, myślach o tym, co czuję i dlaczego, jestem zanurzony w śnie, który odbija się od rzeczywistości. W kinie historie są umowne, ale muzyka… Muzyka jest zawsze prawdziwa w warstwie emocjonalnej. Akcja filmu może dziać się na Marsie, w XVIII wieku lub w przyszłości, ale lęk, miłość są te same. Boję się, więc jestem. W tym strachu jest coś kreatywnego" - opisywał swoje podejście instrumentalista.
"Nasz kontakt jest dość specyficzny"
Wojtek Smarzowski wciąga Mikołaja Trzaskę do pracy już na etapie scenariusza, wtedy również zaprasza autora zdjęć. "Rozmawiamy o tym, jak to sobie wyobrażamy, o jakimś charakterze, klimacie, potem operator i kompozytor zostają z tym sami" - przybliża Smarzowski.
Okazuje się, że tych rozmów i dyskusji nie ma jednak aż tak wiele. "Nasz kontakt jest dość specyficzny, za każdym razem inny. Czy my dużo gadamy? Żeby się rozumieć, to chyba nie trzeba za dużo gadać ze sobą" - powiedział Trzaska. Chwilę potem podzielił się swoim marzeniem: "Chciałbym kiedyś zrobić taki film (...). Sześć godzin - małżeństwo 60-latków jedzie z Gdańska do Krakowa. Podróż kończy się przed hotelem. I oni w ogóle ze sobą nie rozmawiają, nie mówią. Wydaje mi się, że to będzie jeden z ładniejszych filmów o związkach, jakie widziałem".
Smarzowski skomentował: "Ja nie mam punktu odniesienia, bo mam tylko ciebie. Pamiętam taką sytuację na planie "Róży". Pan Edward Linde-Lubaszenko siedział na pieńku i patrzył cały czas na mnie, jak pracuję. Nakręcił scenę. Wraca na pieniek i dalej obserwuje. A potem podchodzi i mówi do mnie: "Pan jest kulturalnym człowiekiem". Oceniał mnie przez pryzmat moich filmów, że ja chodzę z siekierą w jednej ręce i z megafonem w drugiej, i wrzeszczę na aktorów. A ja w ogóle nie mam czegoś takiego, jak konflikt. To się zdarzyło bardzo rzadko, że chciałem kogoś zabić. Może dwa razy" - zakończył wypowiedź żartem.
"Najchętniej wyrzuciłbym wszystkie dialogi"
Zdaniem Mikołaja Trzaski praca nad filmem to realizowanie czegoś, co jest niemożliwe - wymaga ogromnego wysiłku, ludzi. "Lubię właśnie to, że to, co niemożliwe, staje się możliwe. To jest czar tej pracy. Kiedyś, teraz i w przyszłości. Mam nadzieję" - zauważył. Pracę porównał do wspólnego rozpalania i dbania o ognisko.
"Każdy wrzuca kawałek drewna, który zamienia się w iskry idące do nieba. Nie można wrzucić za dużo, bo to zdusi ogień. Potrzebne są równowaga i precyzja, żeby film mógł zabrzmieć. Zagrać, nie zadusić się" - kontynuował myśl i przyznał, że Wojtek Smarzowski jest do "powstrzymywania" go. "Jestem mu za to wdzięczny. Najchętniej zrobiłbym muzykę do całego filmu - wszystkie dialogi wyrzucił" - żartował.
Wojtek Smarzowski i Mikołaj Trzaska: co dalej?
Wojtek Smarzowski i Mikołaj Trzaska już zaczęli przygotowania do kolejnego wspólnego filmu - "Słowianie", który w ostatnich dniach dostał dofinansowanie Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. To jednak tylko część potrzebnego budżetu. "Próbujemy zebrać resztę. Zdjęcia ruszą najwcześniej za półtora roku" - skomentował reżyser.
Od lat ma grono stałych współpracowników, z których część zapewne pojawi się na planie. "Mam już układankę do "Słowian", ale muszę wyjść od głównych ról jednego z wątków, młodych aktorów, których nie znam. Dopiero od nich wszystko dalej pójdzie" - dodał.
Spotkanie na Festiwalu Muzyki Filmowej trwało ponad godzinę. Objęło również wątki związane z muzycznymi i filmowymi inspiracjami bohaterów, ich stosunkiem do streamingu i AI oraz unikaniem rutyny.

Festiwal Muzyki Filmowej: gala emocji
Ukoronowaniem rozmowy był wieczorny koncert Mikołaja Trzaski, Olo Walickiego i Macio Morettiego, czyli Royber Trio.
Występ stanowił część Gali Nagród FMF inaugurującej festiwal, która odbyła się w Teatrze im. Juliusza Słowackiego. Pierwsza część poświęcona była nagrodom wręczanym przez organizatorów wydarzenia oraz filmowym przebojom jazzowym Jerzego "Dudusia" Matuszkiewicza, Henryka Kuźniaka oraz Henry'ego Manciniego. Kultowe melodie do "Czterdziestolatka", "Wojny domowej", "Vabanku", a także "Śniadania u Tiffany'ego" i "Różowej pantery" brawurowo wykonał Big Band Małopolski pod batutą Jana Stokłosy.
Druga część uroczystości w całości należała do Royber Trio. Światła w teatrze ograniczone zostały do niezbędnego minimum, właściwie zapanowała ciemność, a z niej wyłaniać zaczęły się dźwięki i melodie tworzone przez połączenie saksofonu, klarnetu basowego, perkusji i kontrabasu. Znane z filmów Wojtka Smarzowskiego, a jednak nowe. Wraz z nimi przyszły olbrzymie emocje. I bis. Nie mogło go zabraknąć.












