"Powrót do przyszłości": problem obsadowy na planie filmu
"Powrót do przyszłości" to mieszanka science fiction, komedii i kina przygodowego, oparta na bardzo precyzyjnym balansie: widz ma wierzyć w emocje bohatera, ale jednocześnie ma się świetnie bawić. Właśnie w tym miejscu pojawił się zgrzyt. Według relacji z planu, Stoltz grał Marty'ego bardziej dramatycznie, poważnie, a nie jak z dynamicznej komedii przygodowej. Jego interpretacja miała ciężar i intensywność, jednak film wymagał lekkości, błyskawicznej reakcji na gagi i rytmu.
Robert Zemeckis i Bob Gale - odpowiednio reżyser i współscenarzysta - potrzebowali Marty'ego, który będzie jednocześnie zwykłym nastolatkiem i napędem dla komediowej narracji. Jeśli główny bohater jest zbyt poważny, cała konstrukcja zaczyna się chwiać: dowcip przestaje działać, a fantastyczny koncept (podróż w czasie, spotkanie rodziców w młodości) może zabrzmieć zbyt groteskowo albo zbyt melancholijnie.
Drugim i równie kluczowym elementem była ekranowa chemia, szczególnie w relacji Marty'ego z Doktorem Emmettem Brownem. Grany przez Christophera Lloyda bohater to osoba wyrazista, dynamiczna, momentami przerysowana, ale celowo: jego ekscentryczność kontrastuje z normalnością Marty'ego. Ta para musi działać jak dobrze naoliwiona maszyna: szybka wymiana dialogów, reakcje, wzajemne podbijanie energii. Gdy Marty jest zbyt stonowany i dramatyczny, Brown może wydać się zbyt kreskówkowy, a gdy Doc jest ekscentryczny, Marty musi umieć to uziemiać i równocześnie grać dowcip. Zmiana obsady była więc w praktyce korektą dynamiki całego filmu, nie tylko jednego występu.
Michael J. Fox był wymarzonym kandydatem?
Najciekawsze jest to, że Michael J. Fox był od początku wymarzonym kandydatem twórców. Problemem okazała się tylko dostępność: Fox w tamtym czasie był kluczową gwiazdą serialu "Family Ties" i miał napięty harmonogram. Produkcja filmowa wymagała dyspozycyjności w konkretnych dniach zdjęciowych, a telewizja rządzi się inną logistyką. A jako że nie udało się "wypożyczyć" Foxa na warunkach akceptowalnych dla obu stron, film zaczęto realizować z udziałem Stoltza.
Dopiero gdy stało się jasne, że z tonem Marty'ego jest realny problem, producenci i reżyser wrócili do wcześniejszego pomysłu. Wówczas udało się wypracować kompromis: Fox pracował równolegle, często kręcąc serial w dzień, a film wieczorami i nocami. To rozwiązanie było ekstremalnie obciążające, ale dawało to, czego potrzebował film: właściwą energię bohatera.
Zmiana aktora oznaczała nie tylko ponowne nagranie dialogów. W praktyce wiązała się z ponownym nagraniem całych sekwencji, dopasowaniem ujęć, ponowną choreografią scen, często też zmianą tempa. Nawet jeśli część elementów scenografii czy ustawień można było powtórzyć, emocjonalny rdzeń scen należało zbudować od nowa. To dlatego ta historia do dziś uchodzi za jeden z najsłynniejszych przykładów zmiany obsadowej - rzadki moment, kiedy studio i twórcy uznali, że lepiej ponieść koszty teraz, niż zrealizować film, który może ponieść porażkę.
Zobacz też:
Mocny thriller psychologiczny od dziś w streamingu. Trudno będzie się oderwać










