Indiana Jones: początek przygody
Lata 70. kończyły się w wielkim stylu. George Lucas po "Gwiezdnych wojnach" był już jednym z najpotężniejszych ludzi w Hollywood. Steven Spielberg miał za sobą "Szczęki" i "Bliskie spotkania trzeciego stopnia". Dwóch przyjaciół z branży spotkało się w 1977 roku na wakacjach i zaczęło rozmowę, która zmieniła popkulturę. Lucas rzucił pomysł: film w stylu starych seriali przygodowych z lat 30., ale nakręcony z rozmachem nowoczesnego kina. Spielberg od razu się zapalił, ale Lucas miał jedno zastrzeżenie - nie chciał Harrisona Forda.
Powód był prosty: Ford był już Hanem Solo. Lucas obawiał się, że widzowie będą widzieć w nim tylko tego kosmicznego przemytnika. Chciał nowej twarzy, świeżej energii, aktora, który nie będzie kojarzony z jego poprzednim filmem. Na krótkiej liście kandydatów znalazło się kilka nazwisk.
Kto mógł być Indianą Jonesem?
Pierwszym poważnym kandydatem był Tom Selleck, wówczas aktor znany głównie z reklam i telewizyjnych pilotów. Miał idealny wygląd: wąsy, był postawny, przystojny, miał uśmiech bohatera z plakatów. Spielberg widział w nim archeologa z klasą i poczuciem humoru. Selleck przeszedł castingi, zagrał próbne sceny i… dostał rolę.
Problem pojawił się kilka tygodni później. Aktor podpisał już kontrakt na serial "Magnum, P.I." i nie mógł wziąć udziału w zdjęciach do "Poszukiwaczy zaginionej arki". Terminy się nakładały, a producenci nie chcieli ryzykować sądowego konfliktu. Selleck musiał zrezygnować, choć jak sam później mówił, było to jedno z najbardziej bolesnych "nie" w jego karierze.
To właśnie wtedy Steven Spielberg postawił na swoim. Powiedział Lucasowi: "Weźmy Harrisona. On jest Indianą Jonesem, tylko jeszcze o tym nie wie". I to zdanie przesądziło o wszystkim.
Kolejna szansa dla Harrisona Forda
Dla Harrisona Forda był to przełomowy moment. Po sukcesie"Gwiezdnych wojen" i "Imperium kontratakuje" miał status gwiazdy, ale potrzebował roli, która pokaże, że potrafi coś więcej niż strzelać w kosmosie. Indiana Jones dał mu taką szansę - człowieka z krwi i kości, błyskotliwego, ale też zgryźliwego, upartego, czasem ironicznego.
Jones nie był typowym bohaterem kina przygodowego. Nie przypominał idealnych herosów z komiksów. Był zmęczony, sarkastyczny, często obity i spocony - i właśnie dlatego widzowie go pokochali. Indiana Jones był bohaterem, który mógł żartować i narzekać, a mimo to nadal ratować świat.
Spielberg od początku wiedział, że tylko Ford potrafi nadać tej postaci właściwy ton - balans między przygodą a autoironią. "On nie grał bohatera", wspominał reżyser, "on po prostu był nim w sposób naturalny".
"Poszukiwacze zaginionej arki" i odrodzenie kina przygody
Premiera w 1981 roku była wydarzeniem. Publiczność pokochała film od pierwszej sceny - pościgu przez dżunglę, spadającej skały i napięcia, które Spielberg prowadził jak mistrz. "Poszukiwacze zaginionej arki" byli nie tylko sukcesem finansowym, ale też kulturowym. Odświeżyli gatunek przygodowy i przypomnieli, że kino może być jednocześnie spektakularne i inteligentne.
Harrison Ford, z typową dla siebie skromnością, mówił później, że miał szczęście znaleźć się we właściwym miejscu we właściwym czasie. Ale prawda jest taka, że bez niego ten film nie miałby duszy. Spielberg mógł wymyślić przygodę, Lucas - mitologię, ale to Ford nadał jej ludzki wymiar.
Po premierze aktor stał się jednym z najważniejszych nazwisk Hollywood. Indiana Jones dołączył do Jamesa Bonda i Sherlocka Holmesa w panteonie bohaterów, których rozpoznaje się po samym imieniu.
Improwizowana scena zapisała się w historii
Chemia między reżyserem a aktorem była bardzo widoczna. Spielberg potrafił wyciągnąć z Forda najlepsze rzeczy - surową charyzmę i poczucie humoru, które często pojawiało się spontanicznie na planie. To Ford wymyślił niektóre z najbardziej kultowych momentów serii, jak scena, w której zamiast długiej walki z uzbrojonym przeciwnikiem, Jones po prostu do niego strzela.
Według ekipy filmowej Ford był wtedy chory i zmęczony po upalnym dniu zdjęciowym. Powiedział Spielbergowi: "A może po prostu strzelę?". Reżyser się zaśmiał i kazał kręcić. Scena trafiła do filmu i stała się jednym z najbardziej rozpoznawalnych momentów w historii kina.
Spielberg i Lucas zrobili z niego coś w rodzaju współczesnego mitu: człowieka, który łączy intelekt, humor i przygodę. W latach 80. nie było drugiego aktora, który potrafiłby z taką swobodą przechodzić od archeologa do bohatera akcji, od profesora do poszukiwacza skarbów. Niezależnie od tego, ile powstanie kontynuacji, prequeli i remake'ów, dla świata Indiana Jones zawsze będzie miał twarz Harrisona Forda - człowieka, który wcale nie miał nim być.
Zobacz też:
Czeka go kolejna niebezpieczna misja. Widowisko akcji powraca po latach






!["Posłani" [trailer]](https://i.iplsc.com/000MSSXVVHREPCLY-C401.webp)



