Kto miał zagrać Johna Rambo? Lista jest imponująca!
Książka kanadyjskiego pisarza Davida Morella czekała na ekranizację 10 lat. Nie przez przypadek wyszła spod ręki właśnie Kanadyjczyka. To przecież do tego kraju uciekali młodzi Amerykanie, którzy nie chcieli zostać powołani i wysłani do Wietnamu. W zeszłym roku bardzo ciekawy film na ten temat nakręcił Paul Schrader ("O, Kanado!").
Projekt krążył jednak z rąk do rąk i nie mógł znaleźć odpowiedniego scenariusza. Różni aktorzy mieli różne pomysły na postać Johna Rambo, weterana z Wietnamu, którego armia zamieniła w maszynę do zabijania. Przymierzany do roli Al Pacino chciał, by Rambo był dzikusem zapędzonym do lasu, gdzie toczy swoją zwierzęco krwawą wojnę. Dustin Hoffman uznał natomiast, że scenariusz jest zbyt brutalny. Małomówny mściciel pasował do wizerunku Clinta Eastwooda, ale ten był zajęty innymi projektami. Rozważano też obsadzenie Roberta de Niro, który jednak był niedługo po "Łowcy Jeleni" i "Taksówkarzu", gdzie zagrał weteranów z Wietnamu, więc roli i tak by nie przyjął.
Wśród potencjalnych odtwórców roli Rambo wymieniano też Johna Travoltę, Paula Newmana i Steve'a McQueena, który był najpoważniejszym kandydatem, ale w pewnym momencie stał się najzwyczajniej za stary, by ją wiarygodnie zagrać. Mówiło się też o Jeffie Bridgesie i Krisie Kristoffersonie. Dziś kandydatura muzyka i aktora znanego głównie z "Narodziny gwiazdy" (wersja z 1976), ale też kultowych ról w "Konwoju" i "Pat Garrett i Billi Kid" Sama Peckinpaha może wydawać się absurdalna, ale książka Morella opowiada o żołnierzu, który zostaje aresztowany przez amerykańską policję, bo wygląda jak typowy hipis. Ma długą brodę i włosy, co w czasie rewolucji pokolenia '68 było przez policję tępione.

Sylvester Stallone nie chciał być tylko Rockym Balboa
Gdy scenariusz Williama Sackheima i Michaela Kozoli został kupiony przez duet producentów Mario Kassar/Andrew G. Vajna, późniejsi producenci takich hitów jak "Terminator" czy "Nagi Instynkt", od razu pomyśleli o Sylvestrze Stallone, z którym pracowali przy "Ucieczce do zwycięstwa" (1981) Johna Houstona.
Stallone szukał wówczas projektu, który pokazałby, że nie jest tylko Rockym Balboa. Trafili idealnie, bo Sly nadał scenariuszowi kształt, który zapewnił "Pierwszej krwi" sukces i pozwolił rozkręcić całą franczyzę. Zgadzam się z Quentinem Tarantino, który uważa, że Sylvester Stallone był jednym z najlepszych scenarzystów w amerykańskim kinie w latach 70. XX wieku. To on przecież stworzył od zera postać pięściarza Rockiego Balboa, za co był nominowany do Oscara. W scenariuszu "Pierwszej krwi" wprowadził dwie zasadnicze zmiany, które spowodowały, że po dekadzie można było tę mroczną i brutalną historię w końcu nakręcić.
Stallone uważał, że Rambo musi mieć jakiś element ludzki. W książce Morella jest on potworem stworzonym przez pułkownika Samuela R. Trautmana (Richard Crenna), którego postać w pewnym stopniu nawiązuje do archetypu doktora Frankensteina. W finale książki Rambo ginie z rąk pułkownika, który (według zasad tej archetypicznej przypowieści) musi unicestwić stworzone przez siebie monstrum. Taki finał został nakręcony, ale publiczność na testowych pokazach go jednoznacznie odrzuciła. Możliwe, że sprawdziłby się w dosłownej ekranizacji powieści, ale z poprawkami scanariuszowymi Stallone publika zobaczyła w Rambo postać tragiczną i pełnokrwistą.
Oczywiście kolejne dwie części franczyzy (sygnowany m.in. przez Jamesa Camerona "Rambo 2" z 1986 roku i antysowiecki "Rambo 3" z 1989) znacząco postać spłaszczyły i skomercjalizowały, ale pierwszy film ma swoją głębię.

John Rambo nie jest na ekranie maszyną do zabijania
Film reżyserował Kanadyjczyk Ted Kotcheff, który w 1971 roku nakręcił w Australii brutalny i do dziś szokujący "Na krańcu świata". Paradoksalnie "Pierwsza krew" wcale aż tak brutalna nie jest, bo John Rambo nie jest na ekranie maszyną do zabijania. Przez kolejne dwie infantylne części, gdzie Rambo posyła na tamten świat dziesiątki komunistów, zatarło się w pamięci to, że Rambo nie zabija amerykańskich policjantów, którzy próbują go schwytać w okolicach miasta Hope (Nadzieja) w stanie Waszyngton. Okalecza ich i unieszkodliwia aż do krwawego starcia z Szeryfem Williamem Teasle (Brian Dennehy).
W książce postać ta reprezentowała brutalny system opresyjnego państwa. W filmie, który z czasem został wzięty na sztandary reaganowskiej konserwatywnej kontrrewolucji, jest ona również zniuansowana. Szeryfa miał grać Kirk Douglas, ale tuż przed zdjęciami zrezygnował, gdy usłyszał, że w finale Rambo nie zostanie uśmiercony.
"Pierwsza krew" była też pierwszym filmem, który tak dobitnie mówił o syndromie stresu pourazowego (PTSD) wśród amerykańskich żołnierzy. Tematu dotykały dwa wcześniejsze oscarowe "wietnamskie filmy", czyli "Łowca jeleni" Michaela Cimino i "Powrót do domu" Hala Ashbiego, ale w kinie popularnym temat ten był bardzo niedopowiedziany. Finałowy monolog Johna Rambo, który krzyczy w stronę pułkownika Trauntmana ikoniczny tekst "Nothing is over!" (Nic się nie skończyło!) dziś przejmuje jeszcze mocniej.
W kontekście tego co dziś wiemy o PTSD, John Rambo z pierwszego filmu jawi się jako przetrącony psychicznie żołnierz, który powinien jak najszybciej trafić na terapię, a zamiast tego jest opluwany przez przeciwników niepopularnej wojny, uważających go za zbrodniarza i prześladowany jest przez policję, która bierze go za "brudnego hipisa". Snuje się po Ameryce, która go stworzyła, a teraz go nie chce i zamienia się w zwierzynę ściganą przez łowczych z bronią. Znana ze słownika myśliwych "pierwsza krew" nabiera tutaj kolejnego znaczenia.
Komandos, w którego wzroku odbija się cała wściekłość na Amerykę
Stallone próbował domknąć postać komandosa w "Rambo" (2008) i "Rambo. Ostatnia krew" (2019). W przeciwieństwie do znakomicie napisanej w dwóch "Creedach" postaci Rockiego, wyszło przeciętnie. O ile, broniący w Birmie chrześcijańskich misjonarzy Rambo dawał potencjał do rozwoju postaci (Rambo wraca w finale do Arizony po dekadach tułaczki w Azji), to już ostatni film był bezsensowną rewią przemocy, gdzie Rambo walczy z meksykańskimi kartelami narkotykowymi. Niemniej jednak ostatnia scena filmu, gdy widzimy rannego Johna Rambo siedzącego samotnie na ganku swojego domu, koresponduje z finałem pierwszego filmu. John pozostaje sam ze swoimi demonami. Wojna i przemoc nigdy się w życiu tego stworzonego przez amerykańską armię "potwora" nie kończy, bo jak pisał klasyk "tylko umarli widzieli koniec wojny".
Sylvester Stallone wciąż nie żegna się z Rambo. Obecnie jest producentem prequelu sagi, gdzie Rambo zagra Noah Centineo, a film wyreżyseruje fan serii Jalmari Helander ("Sisu"). Bez względu jednak na to wszystko, nam zostaje znakomita "Pierwsza krew", która doskonale działa jako zamknięta opowieść. Szczególnie na wielkim ekranie, gdzie polska widownia pierwszy raz zobaczy komandosa, w którego wzroku odbija się cała wściekłość na Amerykę.











