Marek Piestrak to wyjątkowy twórca. Przez ironistów i złośliwców bywa nazywany "polskim Ed Woodem". Mało to pochlebna etykieta - przecież Ed Wood uchodzi za "najgorszego reżysera wszech czasów". Kultowego, ale słabego. Marzyciela, ale zarazem nieudacznika. Twórcę kochającego kino, ale nieobeznanego z jego językiem. Stawianie Piestraka w takim towarzystwie to wysoce niesprawiedliwa ocena.
Najgorszy czy najodważniejszy polski reżyser?
Pierwsze kroki w kinie zaprowadziły Marka Piestraka m.in. na prestiżowy festiwal w Oberhausen, a także na plan "Dziecka Rosemary" Romana Polańskiego. Jego spojrzenie na swoją twórczość chwalił Stanisław Lem. Do dziś jego najgłośniejsze produkcje - zwłaszcza "Wilczyca" i "Klątwa Doliny Węży" oraz "Test pilota Pirxa" - budzą szczerą fascynację widzów. Ciągle są oglądane.
Owszem, łatwo jest wytknąć im karykaturalność, błędy i chałupniczą realizację. Trudniej pamiętać o tym, że powstały w czasach, gdy nikt inny nawet nie próbował poruszać się po rejonach, które odkrywają. Owszem, Piotr Szulkin pokochał science-fiction, ale wykorzystywał gatunek dramatycznie i politycznie. Juliusz Machulski bawi(ł) do łez "Seksmisją" - komedią science fiction, jakby na to nie patrzeć. Krzysztof Gradowski znalazł dla siebie przestrzeń w kinie gatunkowym dla młodych widzów. Ale…
Piestrak wybrał jeszcze inną drogę i inne spojrzenie na kino rozrywkowe. Zarówno "Wilczyca" (1983), jak i "Klątwa Doliny Węży" (1988) powstały, gdy nasza kinematografia naprawdę konała z powodu braku środków, a nawet ekip. Część twórców wyjechała z kraju za chlebem, inni z przyczyn politycznych. Niektórym filmy zablokowano "na półkach". Lata 80. - od stanu wojennego do całkowitego upadku starego systemu kinematografii na przełomie lat 80. i na początku lat 90. XX wieku - to po prostu czarna dziura i najtrudniejszy czas na filmy. Marek Piestrak podjął jednak wyzwanie. W koprodukcji z ZSRR, ale czy miał inne wyjście?
Ponowny seans "Klątwy Doliny Węży" udziela częściowo odpowiedzi na pytanie, skąd taki "partner". Sekrety te zdradza Adam Zieliński - Łona, który przygotował do filmu narrację autorską. Co to takiego?
Obejrzyjmy ten film jeszcze raz, ale inaczej
Pomysł jest prosty i zaskakujący zarazem. Narodził się we Wrocławiu na festiwalu Korelacje. Łączy audiodeskrypcję (czyli narratora, który opisuje elementy wizualne filmu kluczowe dla zrozumienia fabuły przez osoby niewidome lub niedowidzące) z autorskim komentarzem, ale jednocześnie dość mocno w nich miesza. Audiodeskrypcja nie jest w tym przypadku perfekcyjna, a autorski komentarz pochodzi od osoby niezwiązanej z filmem, za to - to podstawowy warunek - artysty doskonale władającego słowem polskim i gotowego na to, żeby zostać również lektorem.
Do dziś autorskich narracji doczekało się już kilkanaście pełnometrażowych klasyków polskiego kina. Swoje komentarze przedstawili m.in. Dorota Masłowska, Matylda Damięcka, Maciej Kurowicki, Małgorzata Lebda, Agnieszka Wolny-Hamkało, Bartek Kędzierski, Sylwia Chutnik, Artur Andrus i Filip Springer. Każdy z zaproszonych przez festiwal Korelacje artystów sam wybiera film, nad którym chce pracować - Łona postawił na Piestraka.
"Klątwa Doliny Węży" oczami Łony
W komentarzu, który przygotował "Klątwa Doliny Węży" staje się sentymentalną, ale i pełną humoru podróżą w czasie do młodzieńczego zachwytu niecodziennego narratora filmu. Twórca dostrzega dziury scenariusza, dialogów, realizacji, gry aktorów - choć to mistrzowie: Ewa Sałacka, Roman Wilhelmi, Krzysztof Kolberger. Ale nikogo nie wyśmiewa. Nie w sposób kpiarski czy złośliwy. Nie!
Już od pierwszych ujęć, gdy słychać głos Łony, czuć, że kocha on ten film każdą komórką swojego ciała. Kocha też każdą jego wadę - to one stanowią o wartości tego kina absurdalnej przygody, Polaków wplątanych w spisek i zagładę świata rodem z kina Spielberga i Lucasa. Tylko nie te budżety, nie te możliwości, nie to wszystko, ale co z tego, że to nie są ani "Gwiezdne wojny" (saga pojawiła się w kinach w 1977), ani "Poszukiwacze Zaginionej Arki" (1981).
Wyśmiać "Klątwę Doliny Węży" - łatwo, ale wniknąć w trzewia tego filmu - trudniej. Miłość nie musi być bezkrytyczna. Razem z Łoną-narratorem wędrujemy przez produkcję, poznając część kontekstów jej powstania, przede wszystkim zaś czerpiąc energię z pasji narratora. O samym filmie napisano już tysiące słów - okazuje się jednak, że ciągle można go odkryć na nowo, na nowo o nim rozmawiać. Bawić się nim, cieszyć seansem na dużym ekranie razem z innymi widzami.
Błędów nie popełniają tylko ci, którzy nie próbują, a dzięki "Klątwie Doliny Węży" nasze kino nie tylko wielkim dramatem narodowym stoi. Seans z narracją autorską Łony dowodzi tego po dwakroć.












