Reklama

Kino polskie w 2019 roku: W cieniu gdyńskiego skandalu

Paweł Pawlikowski (L) przegrał Oscary, Agnieszka Holland (C) poległa w Berlinie, Bartosz Bielenia (P) został pominięty w Gdyni

Środowisko filmowe jednogłośnie sprzeciwiło się tej decyzji. Gildia Reżyserów wyraziła swoje zaniepokojenie i zarzuciła organizatorom festiwalu rezygnację z artystycznych priorytetów. Członkowie Zespołu Selekcyjnego zrezygnowali ze swojego udziału w Radzie Programowej. Kulisy odrzucenia filmów przybliżył Wojciech Marczewski, członek Komitetu Organizacyjnego.

Reklama

"Organizatorzy festiwalu na zebraniu Komitetu uznali, że cztery z tych ośmiu wybranych przez Zespół Selekcyjny filmów są niewystarczająco profesjonalne, żeby znaleźć się w konkursie" - mówił w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej". Zaznaczył, że sprzeciwił się tej decyzji z powodu obowiązującej dotychczas umowy. "Przewodniczący Komitetu (...) potwierdził co prawda, że taka ustna umowa była zawarta, ale że była to 'miękka umowa'. (...) Decyzja o wyłączeniu tych czterech filmów została podjęta i uznana za zgodną z regulaminem" - relacjonował Marczewski.

W obliczu kryzysu prezes Stowarzyszenia Filmowców Polskich Jacek Bromski zaapelował do prezesa Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej Radosława Śmigulskiego oraz dyrektora FPFF w Gdyni Leszka Kopcia o dołączenie filmów będących przedmiotem sporu do konkursu głównego. W końcu ponownie zebrano Komitet Organizacyjny, podczas którego poszerzono selekcję o cztery dzieła. "Podejmując tę decyzję w trybie wyjątkowym, Komitet Organizacyjny 44. FPFF kierował się dobrem polskiego środowiska filmowego, a także festiwalu, który jest najważniejszą doroczną prezentacją aktualnego dorobku polskiej kinematografii" - głosiła informacja prasowa. Kilka dni później z konkursu głównego zniknął "Żużel". Twórcy tłumaczyli, że nie uda im się ukończyć dzieła do czasu festiwalu.

Wydawało się, że pożar został ugaszony. Niestety, była to tylko pierwsza z kontrowersji towarzyszących festiwalowi w Gdyni. Umieszczenie w konkursie głównym nieudanych filmów, między innymi "Kuriera" Władysława Pasikowskiego i "Ciemno, prawie noc" Borysa Lankosza, wywołał pytania o proces selekcji. Zawiodły także niektóre produkcje, które miały swą premierę w trakcie festiwalu, przede wszystkim "Czarny mercedes" Janusza Majewskiego i "Legiony" Dariusza Gajewskiego. Skarżono się także na chaos organizacyjny.

Podczas festiwalu doszło do spotkania Gildii Reżyserów, podczas którego twórcy debatowali o kształcie wydarzenia. Przygotowano propozycję nowego regulaminu, zaapelowano także o przywrócenie funkcji dyrektora artystycznego i niezależność Zespołu Selekcyjnego od Komitetu Organizacyjnego. Ostro o obecnym kształcie festiwalu wypowiadał się Paweł Pawlikowski. "Od kiedy przyjeżdżam do Gdyni, mam poczucie znużenia, niechęci, cynizmu: ten festiwal nie ma twarzy, nie ma gospodarza, brakuje dobrej energii. Przyjeżdżamy, bo nie ma innego festiwalu, a nie dlatego, że dzieje się tu coś ważnego. A przecież to wreszcie czas, kiedy świat zauważa polskie filmy, a nasze kino jest w świetnej formie" - mówił reżyser "Zimnej wojny".

Do największego nieporozumienia doszło, gdy na dzień przed pierwszym pokazem z programu festiwalu zniknął znajdujący się w konkursie głównym "Solid Gold" Jacka Bromskiego. Wycofano go na prośbę producenta, Telewizji Polskiej, z powodu nieprzejścia ostatniej kolaudacji. Wcześniej pojawiły się informacje o politycznych wątkach filmu, które miały stawiać w niekorzystnym świetlne polityków opozycji. Zaprzeczył im koproducent Akson Studio, natomiast aktorzy i twórcy zaapelowali, by ich praca nie była wykorzystywana w partyjnej wojnie.

Do sprawy szybko odniósł się Jacek Bromski, reżyser "Solid Gold". "Rozumiem, że skoro nie wyraziłem i nadal nie wyrażam zgody na przemontowanie filmu i jego propagandowe wykorzystanie przed wyborami, TVP SA wywarło nacisk na producenta filmu, aby wycofać mój film ze wszystkich zaplanowanych pokazów festiwalowych, także z tych, na które bilety zostały już sprzedane. Bardzo żałuję, że festiwalowa publiczność nie będzie mogła zobaczyć filmu w nieocenzurowanej wersji" - pisał w oświadczeniu.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje