Kino lotu nad kukułczym gniazdem

Drugi dzień 22. Warszawskiego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego nareszcie przyniósł "filmy o ludziach, filmy dla ludzi". I choć w sobotę, 7 października, otwarto towarzyszącą festiwalowi już od 5 lat kolejną panoramę kina niemieckiego, to ten dzień bezdyskusyjnie należał do czeskiej kinematografii. Zarówno "Szaleni" Jana Svankmajera, jak i "Szczęście" Bohdana Slamy zadają kłam pogłoskom o kryzysie w kinie naszych południowych sąsiadów.

Najnowszy film weterana czeskiego kina, eksperymentatora i surrealisty Jana Svankmajera "Szaleni" przyjechał do Warszawy jako oficjalny kandydat Czech do przyszłorocznego Oscara. Zdumiewają nas nasi sąsiedzi zarówno filmami, które kręcą, jak i decyzjami swego narodowego instytutu filmowego, który do walki o nagrodę Akademii desygnuje tak odważne, a przede wszystkim niehollywoodzkie dzieło.

Reklama

Zrealizowani częściowo techniką animacji "Szaleni" to bowiem, jak w słowie wstępnym zaznacza sam reżyser, "infantylny hołd złożony Edgarowi Alanowi Poe", a także wykładnia kilku konceptów zaczerpniętych z filozofii markiza de Sade'a. Kiedy do tej i tak wystarczająco wybuchowej mieszanki dodamy fabułę, która rozgrywa się w szpitalu dla umysłowo chorych, otrzymamy surrealistyczno-libertyńską wersję "Lotu nad kukułczym gniazdem".

Bohaterem "Szalonych" jest wracający z pogrzebu swej obłąkanej matki Jean Berlot (znany czeski aktor Pavel Liszka), który miewa koszmary, będące wyrazem jego lęku przed powtórzeniem losu swej zmarłej matki. Kiedy niespodziewanie otrzymuje od pewnego markiza zaproszenie na jego zamek, a przy tym mimowolnie zostaje wciągnięty do prowadzonej przez niego gry, odkryje całą dwuznaczność podziału na moralne i niemoralne (kto jest dobry?) oraz na normalne i nienormalne (kto zna prawdę?).

Figlarny obraz Svankajera jest także hołdem złożonym filmowemu horrorowi, "ze wszystkimi jego wątpliwymi zaletami", i choć humor czeskiego surrealisty nie zawsze bywa lekkostrawny, to dla przykładu toast, który markiz wznosi za zdrowie Berlota, a który brzmi: "Za twoje zdrowie.... psychiczne", jest w równej mierze przednim żartem, co mottem całego filmu. Razem z towarzyszącym toastowi mefistofelicznym śmiechem markiza.

Temat choroby umysłowej przewija się też w drugim pokazanym w sobotę czeskim obrazie, nagrodzonym w zeszłym roku w San Sebastian Złotą Muszlą "Szczęściu" Bohdana Slamy. "Czy ten naród zawsze musi pakować się w kłopoty?" - pyta główną bohaterkę jej pracujący w Stanach Zjednoczonych chłopak. Pytanie to jest kluczowym dla zrozumienia tego filmu, który równie dobrze mógł (powinien?) powstać w Polsce. Główna bohaterka, pracująca w supermarkecie Monika, rezygnuje z upragnionego wyjazdu do USA, gdyż postanawia zaopiekować się dziećmi swej koleżanki i sąsiadki, która wylądowała w wariatkowie.

Film Slamy nie koncentruje się jednak tylko na jednej postaci, swym zainteresowaniem obdarzając członków aż trzech mieszkających w jednym bloku rodzin. "Szczęście" nie jest jednak historią trzech rodzin, lecz opowieścią o jednej wielkiej rodzinie, którą można też nazwać narodem. Zarówno bowiem Monika, jak i jej sąsiad Tonik (znów charakterystyczny Pavel Liszka), czy mieszkająca nad nimi Dasza - są unurzani w tym, co wyraża zadane już pytanie: "Czy ten naród zawsze musi pakować się w kłopoty?"

Gorzki smak przewrotnego tytułu filmu Slamy to bolesna akceptacja swej narodowej, społecznej oraz rodzinnej tożsamości, na przekór wiatrom historii i wbrew przeciwieństwom losu. I tej prostej prawdy nam, polskiemu kinu dalej brakuje, a Czesi nadal stawiają jej dzielnie czoła. I to im zazdrościmy poczucia humoru, a nie na odwrót.

Przez najbliższe dni będziemy mogli także sprawdzić jak wygląda kinematografia innych sąsiadów Polski, Niemców. "Requiem" Hansa-Christiana Schmida to pierwszy obraz tej obfitej w tym roku sekcji, w którym reżyser pokazywanych w Warszawie trzy lata temu "Świateł" kontynuuje współpracę z polskim operatorem Bogumiłem Godfrejówem; to także kolejny z sobotnich filmów, eksplorujący temat zdrowia psychicznego.

Tym razem jednak w tej opartej na autentycznej historii fabule chodzi o religijne opętanie. Przypadek Anneliese Michel z Mittelberga, 21-letniej dziewczyny opętanej przez szatana, stał się już kanwą hollywoodzkich "Egzorcyzmów Emily Rose"; Hans Christian Schmid daleki jest jednak od rozdymania swej historii do niebotycznych rozmiarów, poprzestając na intymnym wymiarze w opisie szaleństwa głównej bohaterki (realistyczna kreacja Sandry Hueller).

Zdjęcia Bogumiła Godfrejowa nie uwodzą tak, jak w przypadku filmu Sławomira Fabickiego "Z odzysku", który zaprezentowany zostanie w niedzielę, a których operatorem także był Godfrejów (dostał zresztą za nie nagrodę w Gdyni). Ich przybrudzone znerwicowanie świetnie jednak oddaje wewnętrzny stan opętania przez niepodatną na medyczne wyjaśnienia siłę.

Wydarzeniem niedzieli (8 października) będzie prezentacja polskiego kandydata do Oscara - "Z odzysku" Sławomira Fabickiego a dzień później (9 października) Warszawę odwiedzi Darren Aronofsky, który spotka się z publicznością i zaprosi ją na swój najnowszy film "Źródło". Warszawski Międzynarodowy Festiwal Filmowy potrwa do 15 października, wtedy poznamy laureatów wszystkich konkursów oraz zwycięzcę plebiscytu publiczności.

Tomasz Bielenia, Warszawa

Dowiedz się więcej na temat: PLL LOT | szczęście | filmy | film | kino | NAD

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje