Reklama

Kino kocha Batmana

Kino XXI wieku oszalało na punkcie komiksu. Ale czy z rysunkowej historii w ogóle da się zrobić dobry film? - zastanawia się w "Gazecie Wyborczej" Konrad Godlewski. Komiks i film są rówieśnikami. "Oblany ogrodnik" (1895), jeden z pierwszych filmów braci Lumiere jest "ekranizacją" sześciokadrowej historyjki rysunkowej.

Jednak w tym rodzeństwie szybko okazało się, kto jest silniejszy - kiedy na początku XX wieku drukowane w gazetach komiksowe paski w stylu "Żółtego Brzdąca" ("Yellow Kid") tylko rozbawiały, to film podbijał wyobraźnię odbiorcy nowo narodzonej obrazkowej kultury. "Fantomas" (1913), "Znak Zorro" (1920), "Trzej muszkieterowie" (1921), czy "Robin Hood" (1922) to pierwsze ikony superbohaterów.

Reklama

Autonomiczni herosi komiksu - jak Dick Tracy, Flash Gordon czy Superman - narodzili się pod ich wpływem dopiero w latach 30.

Kino (wespół z telewizją) szybko się o nich upomniało.

Flash Gordon trafił przed kamerę już w 1936 roku, Dick Tracy w 1937 roku, a Superman w 1941 roku.

Tę pierwszą falę ekranizowanych komiksów cechowała nonszalancja, z jaką filmowi scenarzyści traktowali rysunkowe źródło.

O "Kapitanie Ameryce" zekranizowanym w 1944 roku mówiono, że tylko imię kapitana zgadza się z komiksem.

Tę epokę kończą "Batman" (1966) i "Barbarella"(1968).

Ubranego w wypchany trykot Batmana Stephen King nazwał po latach "koszmarnym pop-Batmanem", a komiksowa kosmonautka Barbarella, która stała się symbolem wyemancypowanej kobiecości (nie stroniła od przygód z mężczyznami, a nawet androidami i kosmitami), w filmie Rogera Vadima została zamieniona w... nieuświadomioną dziewicę.

Z pietyzmem do komiksowego pierwowzoru odniosło się pokolenie filmowców, które doszło do głosu pod koniec lat 70.

Reżyserzy, tacy jak George Lucas, Richard Donner czy Steven Spielberg, sami wychowali się na komiksach, co łatwo zauważyć, oglądając "Gwiezdne wojny" z 1977 roku, "Supermana" (1978), "Flasha Gordona" (1980) i "Conana Barbarzyńcę" (1981). Pod koniec tej epoki już nawet dekoracje zaczęto stylizować na komiks, o czym świadczą "Batman" (1989) i "Dick Tracy" (1990).

Od tego czasu ekranizacje komiksów są nieodłączną częścią filmowego biznesu.

Rozwój animacji komputerowych sprawił, że od końca lat 90. mamy kolejną falę takich obrazów. Na ekran trafiają kolejne legendy: "Blade" (1998), "X-MEN" (2000), "Spider-Man" (2002), "Daredevil" (2003), "Hulk" (2003) czy "Liga niezwykłych dżentelmenów" (2003).

"Teraz znowu mamy modę na wielkie widowiska, jak Matrix, czy Władca Pierścieni. Komiksowe filmy też mają swoje sequele - powstaje piąty Batman, trzeci Blade. Będziemy dręczeni kontynuacjami, aż się znudzimy" - przewiduje w "Gazecie Wyborczej" Jerzy Szyłak, znawca filmu i komiksu z Uniwersytetu Gdańskiego.

"I wtedy znienacka pojawi się coś, co nas pozytywnie zaskoczy swą świeżością i odmiennością" - dodaje Szyłak.

Czy ekranizacja komiksu w ogóle może być dobrym filmem?

Zdaniem Jerzego Szyłaka istnieją dwa rodzaje takich obrazów. Pierwszy to próba zmierzenia się z komiksową legendą, upchnięcie w dwugodzinnym filmie bogactwa wypracowanego przez ukazującą się od kilkudziesięciu lat serię.

"Udaje się to rzadko, bo zadaniem reżysera jest wybranie najciekawszych wątków i sposobu ich opowiedzenia" - mówi "Gazecie Wyborczej" badacz.

Ostatnie ekranizacje potwierdzają tę trudność. "Liga niezwykłych dżentelmenów", czy "Hulk", które nawet nieźle się zaczynają, ulegają przekleństwu widowiskowości, tonąc w niekończących się sekwencjach pościgów i feerii wybuchów.

Najnowszą na polskich ekranach próbą zmierzenia się z legendą są "Najlepsi z najlepszych" Louisa-Pascala Couvelaire.

To ekranizacja niezwykle popularnej, ukazującej się we Francji od 1957 roku serii "Michel Vaillant" koncentrującej się na wyścigach samochodowych. Jak wszystkie filmy tego gatunku, dopracowany od strony wizualnej obraz razi banalnością postaci. Ratuje go pełna zwrotów akcji fabuła, dzieło Luca Bessona.

Jest jeszcze drugi typ komiksowego filmu: taki, który z pierwowzoru czerpie tylko atrakcyjną fabułę. Tutaj dobre filmy trafiają się częściej.

"Ostatnimi przykładami mogą być satyryczna komedia Ghost World (2000), czy gangsterski epos Droga do zatracenia (2002). Wielu widzów nawet nie wie, że to zekranizowane komiksy" - mówi "Gazecie Wyborczej" Jerzy Szyłak.

Chociaż w Polsce komiks nadal jawi się jako parias kultury, na Zachodzie fascynacja tym medium znajduje swój wyraz w głównym nurcie kina. Hołd komiksom złożył Kevin Smith w "Pogoni za Amy" (1997), a "American Splendor", historię autora obyczajowego komiksu, nagrodzono w tym roku Oscarem.

Komiks, który w przeszłości wiele z kina zaczerpnął, ciągle ucieka przed nim w grę z konwencją plastyczną i fabularną, wszak powołano go do parodii, obnażania absurdu i sztampy.

Zdaniem Jerzego Szyłaka podszyte satyrą komiksowe postaci w wykonaniu aktorów wyglądają niedorzecznie i jedyną zaletą komiksowych filmów bywa ich widowiskowość.

Próg ten udało się pokonać twórcom "Batmana", "Powrotu Batmana", czy "Maski", które nie udawały, że to, co przedstawiają, jest umowne - od bohaterów po dekoracje.

Uwielbienie, jakim cieszą się wydawane od lat serie, ciągle skłania kino do podejmowania rękawicy rzuconej przez rysowników.

Filmowcy przymierzają się nawet do ekranizacji awangardowego "Sin City" Franka Millera. Czy przeniesienie na ekran komiksu, którego kadry wypełnione są wieloznacznymi, czarno-białymi plamami, jest możliwe - będziemy się mogli przekonać już wkrótce.

Na pewno zobaczymy jeszcze niejeden zekranizowany komiks, bo może i "Najlepsi z najlepszych", czy "Liga niezwykłych dżentelmenów" zachwycają dziś w Polsce tylko garstkę miłośników, ale kto nie wybrałby się na ekranizację "Thorgala" - pisze w "Gazecie Wyborczej" Konrad Godlewski.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: niekochana | Kochanie | \ Film | batman | liga | filmy | komiks | kino | Kocha | film

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje