Reklama

Kino erotycznego skandalu

Weźmy najsłynniejszą erotyczną scenę lat. 90. - w "Nagim instynkcie" Sharon Stone pokazuje Michaelowi Douglasowi, że nie ma bielizny - i porównajmy ją z fragmentem "Intymności" (2000) Patrice'a Chereau, w której Kerry Fox bierze do ust penisa ekranowego partnera, a zrozumiemy, jak zmienił się sposób eksploatacji przez współczesne kino granic obyczajowej poprawności.

O najbardziej kontrowersyjnych scenach erotycznych w kinie ostatniej dekady - pisze Tomasz Bielenia

Reklama

Patrice Chereau, Michael Winterbottom, Lukas Moodysson, Larry Clark, Vincent Gallo - dla każdego, kto w choć minimalnym stopniu interesuje się współczesnym kinem, nie są to anonimowe nazwiska. Dwaj pierwsi to laureaci Złotego Niedźwiedzia - najwyższego wyróżnienia festiwalu w Berlinie. Pochodzący ze Szwecji Lukas Moodysson uznawany był kilka lat temu za najbardziej utalentowanego skandynawskiego twórcę, następcę Larsa von Triera. Amerykański reżyser Larry Clark, być może z powodu zbytniej powszechności swojego nazwiska, to najmniej znana postać z wymienionej grupy. Któż jednak nie słyszał o jego słynnym debiucie "Dzieciaki"? Wreszcie Vincent Gallo - enfant terrible współczesnego kina. Aktor, ale też reżyser. Autor największego skandalu w historii festiwalu w Cannes.

Co łączy tych twórców? Nie należą do żadnego filmowego nurtu, dzielą ich artystyczne wrażliwości. Każdy z nich musiał jednak choć raz w swojej karierze tłumaczyć się, że jego twórczość to coś więcej niż pornografia.

Premiera "Intymności" Patrice'a Chereau na festiwalu w Berlinie w 2001 roku to ważna data. Można uznać, że film francuskiego reżysera - uznanego twórcy teatralnego i operowego - wyznacza pewną granicę, od której możemy mówić o kinie "nowej seksualności". Co prawda Lars von Trier nakręcił swoich obrazoburczych "Idiotów" w 1998 roku, zaś już trzy lata wcześniej po drugiej stronie Oceanu medialną burzę wywołały "Dzieciaki" Larry'ego Clarka - jednak to od nagrodzonego Złotym Niedźwiedziem filmu Chereau zaczęła się publiczna dyskusja na temat sposobów pokazywania seksu we współczesnym kinie.

Mój boże, toż to fellatio!

Przypomnijmy - zrealizowana w Londynie z brytyjskimi aktorami "Intymność" to historia erotycznego związku nieznajomych: kobiety i mężczyzny, którzy regularnie spotykają się w obskurnym domu tego ostatniego wyłącznie po to, by uprawiać seks. Krytyka od razu ogłosiła film Chereau nowym "Ostatnim tangiem w Paryżu", dostrzegając narracyjne podobieństwo "Intymności" z głośnym w latach 70. obrazem Bernardo Bertolucciego. Różnica między tymi obrazami jest jednak dość oczywista: Marlon Brando i Maria Schneider tylko "grali", gwiazdy "Intymności" - cenieni brytyjscy aktorzy Mark Rylance i Kerry Fox - seks przed kamerą uprawiali naprawdę. W recenzjach filmu Chereau tym, co najbardziej emocjonowało krytyków (głównie amerykańskich) nie była próba opisania przez francuskiego twórcę kondycji współczesnego człowieka, tylko scena, w której Kerry Fox robi Rylance'owi fellatio.

"Sceny erotyczne w filmie zaczynają się tam, gdzie w innych filmach się kończą" - mówił Chereau, którego film oparty jest na prozie Hanifa Kureshiego. "W książce jest zdanie: 'Jeżeli seks jest sposobem na spotkanie i poznanie drugiej osoby, to co on o niej wie?'. I to jest istota mojego filmu, tajemnica dwóch ciał, tajemnica tego, co je łączy" - komentował francuski reżyser. Najważniejszy amerykański krytyk - Roger Ebert - nazwał sceny erotyczne Chereau "krótkim, brutalnym, anonimowym seksem". Na Wyspach prasa nie pozostawiła jednak na Chereau oraz na Kerry Fox suchej nitki. Charlotte Raven nazwała "Intymność" na łamach "Guardiana" "zamaskowanym porno". Ciśnienia nie wytrzymał ówczesny partner aktorki - dziennikarz Alexander Linklater, który w emocjonalnym artykule przyznał się do zazdrości podczas oglądania filmu, rozpoczynając publiczną debatę na temat zasadności pokazywania tak dosadnych scen erotycznych w kinie.

Tłumaczył się też reżyser - "O wiele prościej jest wykrzyknąć: 'O mój boże, toż to fellatio!', niż porozmawiać o filmie. Cóż mogę zrobić? Dochodzimy do kwestii poziomu współczesnego dziennikarstwa. To poważny problem dla mojego filmu, ponieważ wiele osób przyznało w rozmowie ze mną, że nie pójdą na 'Intymność' po tym, co przeczytali. Myślę jednak, że czas działa na moją korzyść. Jeśli ktoś pójdzie na mój film za pięć lat, będzie zdumiony czytając tamte recenzje" - mówił Chereau.

Zobacz zwiastun filmu "Intymność":

Najgorszy film w historii

Dwa lata po premierze "Intymności" na Berlinale, inną wielką kinową imprezą w Europie - festiwalem w Cannes - wstrząsnął kolejny skandal. Premiera prezentowanego w konkursie głównym "Brown Bunny" w reżyserii Vincenta Gallo przeszła do historii z powodu niezwykłego zachowania festiwalowej publiczności, która masowo opuszczała w trakcie seansu galową salę Theatre Lumiere, ci zaś, którzy dotrwali do końca projekcji, wybuczeli obraz Gallo, pozostawiając odtwórczynię głównej roli - Chloe Sevigny - we łzach. Oliwy do ognia dolał wspominany już guru amerykańskiej krytyki filmowej Roger Ebert, który w recenzji "Brown Bunny" nazwał obraz Gallo "najgorszym filmem w historii festiwalu".

Co rozsierdziło canneńską widownię? Opowiadającv o podróży przez USA pewnego motocyklisty (w tej roli sam reżyser) "Brown Bunny" był filmowym eksperymentem, testującym cierpliwość widza niezwykle długimi ujęciami. Film Gallo zawiera np. zrealizowaną w jednym ujęciu scenę, w której widzimy odjeżdżającego na swym motocyklu w głąb ekranu bohatera, który powraca w to samo miejsce po - bagatela! - kilkunastu minutach. W tym czasie widzowie obserwują pustą drogę. Najwięcej kontrowersji wzbudziła jednak scena seksu oralnego z udziałem wspomnianej Chloe Sevigny oraz Gallo (Sevigny była w czasie realizacji zdjęć partnerką reżysera). Aktorka opowiadała w wywiadach, że ekranowe fellatio nie było udawane.

Rok później broniła "Brown Bunny": "To wstyd, co ludzie piszą o tym filmie, mimo że go nawet nie widzieli. Kiedy go obejrzą, wszystko nabierze sensu. To kino artystyczne. Ten film powinien być wyświetlany w przestrzeniach muzealnych. To trochę jak kino Andy'ego Warhola" - mówiła Sevigny.

W istocie, zwiastun "Brown Bunny", poprzez zastosowanie efektu podzielonego obrazu, nawiązywał do słynnego dzieła Warhola "Chelsea Girls". Nie zrobiło to jednak wrażenia na aktorskiej agencji Williama Morrisa, która jeszcze przed canneńską premierą zerwała współpracę z Sevigny.

Film Gallo pokazywany był w Ameryce w skróconej wersji. Reżyser wyciął prawie 30 minut, zostawił jednak kluczową scenę seksu oralnego. Kiedy Roger Ebert zobaczył film ponownie już po montażowym retuszu, zmienił zdanie co do oceny "Brown Bunny" i swojej recenzenckiej rubryce dał filmow Gallo cztery z pięciu gwiazdek. Opiniotwórczy francuski magazyn filmowy "Les Cahiers du Cinéma" zaliczył "Brown Bunny" grupy najlepszych filmów 2004 roku, a międzynarodowi krytycy filmowi przyznali obrazowi w tym samym roku nagrodę FIPRESCI na festiwalu filmowym w Wiedniu, doceniając "śmiałą eksplorację tematów pragnienia i żalu oraz radykalne odejście od tendencji panujących we współczesnym kinie".

Kiedy już w Cannes zdążono zapomnieć o całym zamieszaniu, do tematu "Brown Bunny" wróciła francuska reżyserka Claire Denis, która ujawniła, że penis, który widzimy w filmie Gallo, to w istocie proteza, którą zabrał on z planu jej filmu "Trouble Every Day", gdzie grał główną rolę.

Zobacz zwiastun filmu "Brown Bunny":

Big Brother i pornografia

Szwedzki twórca Lukas Moodysson był na początku wieku uważany za jednego z najbardziej obiecujących europejskich reżyserów. Polscy widzowie znają z kin jego: "Fucking Amal", "Tylko razem", czy "Lilja 4-ever", które w subtelny i popularny sposób opowiadały o problemach - także erotycznych - współczesnej młodzieży. Radykalny zwrot w stylistyce Moodyssona nastąpił jednak w 2004 roku wraz z premierą "Dziury w sercu".

Początkowo reżyser planował zrealizować swój film w USA, mając nadzieję na sportretowanie amerykańskiej branży porno. Ostatecznie porzucił pierwotne plany i nakręcił "Dziurę w sercu" w rodzinnej Szwecji. Rodzimi cenzorzy ostemplowali film Moodyssona specjalnym ostrzeżeniem przed "niepokojącymi obrazami". To pierwszy taki przypadek w Szwecji od czasu premiery głośnego filmu "Salo, czyli 120 dni Sodomy" Pier Paolo Pasoliniego w 1976 roku.

Fabuła "Dziury w sercu" opowiada historię trójki bohaterów, którzy zamknięci w obskurnym pokoju zajmują się realizacja filmów porno. Przypatruje się temu niepełnosprawny syn jednego z nich. Film wywołał w Szwecji sporo kontrowersji, które dotyczyły dosłownych przedstawień sytuacji erotycznych: sceny seksu analnego, masturbacji przy użyciu szczoteczki do zębów, czy zbiorowej kopulacji. Według reżysera niektóre z tych scen nie były symulowane.

W zamierzeniu Moodyssona "Dziura w sercu" miała być krytyką społeczeństwa konsumpcyjnego, wychowywanego na programach typu reality show. "Chciałem połączyć świat 'Big Brothera' ze światem biznesu pornograficznego. Myślę, że pornografia jest czasem lepsza od telewizji. Kiedy ktoś odpada z 'Big Brothera', popada w natychmiastowe zapomnienie. To się nie zdarza w branży porno. Rozmawiałem niedawno z osobą, która powiedziała mi, że nigdzie nie spotkała tak życzliwych ludzi, jak wśród pracowników przemysłu pornograficznego. Możecie sobie wyobrazić jej życie. Myślę więc, że w pewien sposób branża porno ponosi winę za to, co dzieje się obecnie kinie, telewizji czy muzyce" - twierdził Moodysson, dodając, że jego film diagnozuje symptomy kulturowej degradacji współczesnego świata.

Kino jest jednak bezradne w konfrontacji z rzeczywistością. "Próbowałem wymyślić coś, czego jeszcze dotąd nie widziałem, napisałem więc scenę w której jeden z bohaterów wymiotuje do ust swojej koleżanki. Dzień po tym, jak to napisałem, przeglądałem w internecie stronę, która jest pornograficznym odpowiednikiem hollywoodzkiego magazynu 'Variety'. Ktoś pisał tam o podróży do Rio, gdzie miał uprawiać z dziewczyną seks w helikopterze krążącym nad miastem, a następnie zwymiotować jej do ust. Pomyślałem: 'Wymyśliłem to wczoraj, a wy już to robicie?!'.

Zobacz zwiastun filmu "Dziura w sercu":

Obsceniczne, artystyczne

Amerykański reżyser Larry Clark mógłby być starszym kuzynem Moodyssona. W jego twórczości także centralne miejsce zajmuje problematyka seksualności nastolatków. W przekraczaniu obyczajowych barier jest jednak bardziej konsekwentny od szwedzkiego twórcy. Clark zadebiutował głośnymi "Dzieciakami" (1995) - wstrząsającym, narkotykowo-erotycznym obrazem współczesnej amerykańskiej młodzieży (w filmie wystąpiła m.in. Chloe Sevigny). W swych kolejnych filmach reżyser obsesyjnie wracał do podjętej w "Dzieciakach" tematyki.

Zrealizowany w 2002 roku "Ken Park" wzbudził jeszcze więcej kontrowersji, niż debiut Clarka. Obraz został zakazany w Australii z powodu zbyt dosłownych scen erotycznych. Kiedy w ramach protestu przeciwko decyzjom władz zorganizowano jednak pokaz "Ken Parka", interweniować musiała policja. Obraz nigdy nie trafił też do amerykańskich kin. Po premierze na festiwalu Telluride nie znalazł się żaden dystrybutor zainteresowany wprowadzeniem "Ken Parka" na amerykańskie ekrany.

W 2006 roku Clark został zaproszony do udziału w wyjątkowym projekcie filmowym. "Destricted" miał być zbiorem krótkich filmów, w których uznani reżyserzy i artyści wizualni mieli eksplorować zależność między sztuką i pornografią. Oprócz Clarka w projekcie wzięli również udział: Matthew Barney (autor głośnego cyklu "Cremaster"), argentyński reżyser Gaspar Noe (ten od "Nieodwracalnego") oraz brytyjska artystka Sam Taylor Wood. Segment zrealizowany przez Clarka był najdłuższy, trwał ponad 30 minut. Był również najbardziej szokującym momentem "Destricted". Amerykański twórca postawił nader ważne pytanie: jak ludzie urodzeni po 1990 roku, którzy trafili na okres boomu wideo, a którego nieodłącznym elementem był rynek filmów pornograficznych, postrzegają seks? Czy pornografia stanowi dla nich jakiś wyznacznik a jeżeli tak, to jaki? Clark przeprowadza wywiady z młodymi mężczyznami, mówiącymi o swoich doświadczeniach z filmami porno oraz o swych seksualnych marzeniach, po czym wybiera jednego, który wydaje mu się najodpowiedniejszy do tego, by przed kamerą spróbować swych sił jako aktor porno.

Quentin Thomas, prezydent przyznającej kategorie wiekowe British Board of Film Classification (BBFC), przyznał, że film był tak "obsceniczny, że normalnie otrzymałby kategorię R18" (przeznaczoną dla twardej pornografii). Dodał jednak, że BBFC uznało, że jest to "dzieło artystyczne", które stawia sobie inne cele, niż kino porno. Nie zmienia to faktu, że "Destricted" zawiera najdłuższą "zakazaną" scenę erotyczną, jaką BBFC dopuściło na ekrany brytyjskich kin.

"Nigdy nie byłem fanem porno. Każdy kto urodził się po 1990 roku, czy chciał tego, czy nie, wychowywał się jednak na filmach pornograficznych. Sam mam dzieci, wiem więc jak to jest. Kiedy oglądasz filmy porno, zanim jeszcze pierwszy raz pójdziesz do łóżka z dziewczyną, wydaje ci się, że tak się to właśnie robi. Ci wszyscy chłopcy myślą, że powinni skończyć na twarzy dziewczyny" - ostrzega Clark.

Zobacz zwiastun filmu "Destricted":

Piosenki i seks

Kiedy Michael Winterbottom przystępował w 2005 roku do realizacji "9 songs", przyświecały mu zupełnie inne cele, niż wszystkim wspomnianym twórcom. Brytyjskiego reżysera zainspirowała powieść uznanego i kontrowersyjnego francuskiego pisarza Michela Houellebecqa, "Platforma". "To fantastyczna książka, naładowana seksem. Zastanawiałem się, jak to możliwe, że książce wolno być tak odważną, a filmowi nie wypada..." - retorycznie pytał Winterbottom.

Z ekranizacji "Platformy" nic nie wyszło, bowiem Houellebecq postanowił dość ekscentryczny warunek: zgodzi się na kinową adaptację swojej książki pod warunkiem, że... sam ją wyreżyseruje.

Winterbottom wykorzystał jednak pierwsze wrażenie z zetknięcia z "Platformą" i postanowił nakręcić oryginalny film.

"Tyle filmów to historie miłosne, dlaczego więc nie nakręcić love story, pokazując ludzi uprawiających seks? Dlaczego kręcąc romantyczny film unikamy obrazów, pokazujących ludzi uprawiających seks? Wydaje mi się to perwersyjne. W pewnym sensie można powiedzieć, że zainspirowały mnie wszystkie filmy, które unikały seksu, włącznie z tymi, które sam nakręciłem" - przyznał Winterbottom.

"9 songs" powstało niezwykle spontanicznie. Winterbottom nie miał scenariusza. Pomysł na film był prosty: wychodzimy od dwójki ludzi w łóżku uprawiających seks. Trzeba było tylko znaleźć aktorów, którzy zgodzą się uprawiać seks przed kamerami. Z Kieranem O'Brienem Winterbottom pracował już wcześniej przy produkcji "24 Hour Party People", Margo Stilley wystąpiła wcześniej na ekranie jedynie jako statystka, a pracowała głównie jako modelka. Od początku olbrzymią wagę przykładano do tego, żeby aktorzy czuli się swobodnie i bezpiecznie. Krótki okres prób przed rozpoczęciem zdjęć dał im szansę poznania się i zdecydowania, czy chcą nadal ze sobą pracować. Niektóre ze scen nakręconych podczas prób znalazły się w filmie.

Winterbottom skonstruował swój film w ten sposób, że sceny seksu między głównymi bohaterami przeplatane są fragmentami koncertów, na które uczęszcza ekranowa para. Powstała bezpretensjonalna mieszanka seksu i rock'n'rolla.

Zobacz zwiastun filmu "9 songs":

Seks jako coś pozytywnego

Rok później amerykański reżyser John Cameron Mitchell kontynuował dzieło Winterbottoma, realizując film "Shortbus", który podbił festiwal w Sundance. Opowieść o grupie nowojorskich swingersów, poszukujących seksu w wielkim mieście, przekraczała jakiekolwiek granice pokazywania seksu na ekranie. Co więcej - była... komedią.

"Ten film prowokuje do zadawania pytań: 'Dlaczego nie zacząć pokazywać seksu w amerykańskim filmach w sposób głęboki, a jednocześnie zabawny? Dlaczego nasza seksualność tak bardzo nas przeraża?" - pytał retorycznie reżyser i dodawał: "Widzę narastającą pruderyjność w amerykańskim kinie, na którą chciałbym zwrócić uwagę opinii publicznej".

Mitchell zauważył, że od początku wieku zaobserwować można powrót zainteresowania kina tematyką ludzkiej erotyki. Wcześniejszy erotyczny boom kino przeżyło w latach 70., kiedy swoje przekraczające tabu filmy kręcili: Bernardo Bertolucci, Nagisa Oshima, czy Pier Paolo Pasolini.

- Reżyserzy ponownie zaczynają poszukiwać seksualnej szczerości, jak to miało już miejsce w latach 60' i 70'. Zarazem martwi mnie jednak fakt, iż większość nowych filmów to ponure i pozbawione humoru produkcje. Seks jawi się jako coś negatywnego i jest postrzegany przez wszystkich podobnie, jak kiedyś przez chrześcijańskich konserwatystów - zauważył Mitchell.

Kiedy przypomnimy sobie słynny esej Umberto Eco "Jak rozpoznać porno?", w którym włoski pisarz z humorem wyznacza kryteria pozwalające bezbłędnie odróżnić film pornograficzny od "wielkiego, ponadczasowego arcydzieła", szybko zrozumiemy, że zabójcza ironia autora "Imienia róży" jest dziś coraz bardziej aktualna. Pod adresem każdego z opisywanych w tym tekście tytułów padały zarzuty o szerzenie pornografii. Wydaje się jednak, że kino jest od nas mądrzejsze i najzwyczajniej w świecie tylko reaguje na społeczne i obyczajowe zmiany, zachodzące we współczesnym świecie. Przypomnijmy sobie słowa Patrice'a Chereau, który mówił o fatalnej recepcji "Intymności": "Jeśli ktoś pójdzie na mój film za pięć lat, będzie zdumiony czytając tamte recenzje". Spróbujmy jeszcze raz spojrzeć na słynną scenę z "Nagiego instynktu". Kto się jeszcze jest w stanie oburzyć?

Sharon Stone w słynnej scenie z "Nagiego instynktu":

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Stone | Vincent | filmy | Cannes | intymność | obraz | sceny | Pornografia | FOX | kerry | erotyczne | brown | porno | seks | kino | film

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje