Reklama

Im więcej gwiazd, tym lepiej?

We wtorek w Nowym Jorku odbyła się premiera filmu "Jedz, módl się, kochaj", na której nie mogło zabraknąć odtwórczyni głównej roli - Julii Roberts. Choć mówi się, że aktorka nie ma sobie równych, w najnowszych produkcjach Hollywood gwiazd jest tyle, że jeśli nie klasą to liczebnością mają nad Roberts przewagę.

W tym samym czasie, kiedy w kinach pojawi się "Jedz, módl się, kochaj", ekrany będą pękały od tuzinów gwiazd występujących w dwóch konkurencyjnych dla filmu Roberts produkcjach: "Niezniszczalni" oraz "Scott Pilgrim kontra świat". Tak duża liczba gwiazd to albo przypadek, albo nowy trend.

Reklama

Produkcje Hollywood coraz częściej "napakowane" są twarzami z pierwszych stron gazet, choćby wspomnieć takie filmy jak "Harry Potter" czy ostatni przebój kinowy - saga "Zmierzch".

Zdaniem Roberta J.Thompsona, założyciela Bleier Center for Television and Popular Culture na uniwersytecie w Syracuse, ta liczebność gwiazd to nie przypadek. "Być może w kinematografii zachodzą poważne zmiany. Filmy mają coraz bardziej skomplikowane, wielowątkowe fabuły, więcej bohaterów a to pociąga za sobą wzrost zapotrzebowania na gwiazdy" - tłumaczy Thompson.

Nie zgadza się z nim producent "Scott Pilgrim kontra świat", Marc Platt. "Ja nie wiem, czy cokolwiek się zmienia. Nasz film to historia przeniesiona z komiksu o tym samym tytule na wielki ekran. Tak się składa, że główny bohater - Scott musi walczyć z siedmioma konkurentami o ukochaną, tak więc potrzebowaliśmy tylu złych charakterów w filmie" - komentuje Platt.

Jego zdaniem to, że więcej znanych aktorów częściej pojawia się na ekranach spowodowane jest dwoma czynnikami - obniżeniem honorariów oraz spadkiem ilości produkowanych filmów. "Wielu aktorów po prostu chce iść do pracy" - wyjaśnia Platt.

To było widocznie podczas ostatniej konwencji Comic-Con International w San Diego, podczas której Edgar Wright, reżyser "Scott Pilgrim" musiał przedstawić grupę aż trzynastu członków obsady, m.in. Michaela Cerę ("Juno") i Anna Kendrick ( "Zmierzch").

Zobacz zwiastun filmu "Scott Pilgrim kontra świat":

Tego samego dnia, aktorów z "Niezniszczalnych" prezentował Sylvester Stallone. Na konwencji pojawiła się jedynie połowa z imponującej liczby gwiazd filmu, m.in. Dolph Lundgren ("Rocky IV") Terry Crews ("Terminator:Ocalenie:") oraz Bruce Willis.

Willis promował również swój film "Red", w którym znalazło się tyle gwiazd, że nie był w stanie ich wszystkich wymienić. "Wydaje mi się, że w filmie gra około 75 aktorów" - powiedział Willis wymieniając m.in. Helen Mirren, Morgana Freemana, Johna Malkovicha i Richarda Dreyfussa.

Grupowe filmy pojawiały się w Hollywood kilkakrotnie na przestrzeni wieku. Zaczynając od "Kolacji o ósmej" z lat 30. po "Ostatnią audycję", filmu z 2006 roku, w którym wystąpili m.in. Meryl Streep, Lindsay Lohan, Tommy Lee Jones i Kevin Kline.

Zdaniem historyka filmu, Davida Thompsona, takie produkcje się zdarzają, ale nie są uznawane za specyficzne dla amerykańskiego kina."To nie idzie w parze z pojęciem supergwiazdy, który przecież zrodził się w USA" - tłumaczy Thompson i dodaje "Jeśli takie zmiany rzeczywiście mają miejsce, mają one zapewne związek ze wzrostem popularności filmów typowo telewizyjnych, z wieloma bohaterami, które nagle z domowych odbiorników wskoczyły na wielkie ekrany". Co więcej, zdaniem Thompsona im więcej zróżnicowanych etnicznie i wiekowo bohaterów w filmie, tym do szerszej widowni on trafi.

Jednak, jak podkreśla Roger Ebert, długoletni krytyk filmowy, wiele znanych twarzy nie zapewnia sukcesu, jeśli film nie jest wart oglądania. "Rozmiar obsady nie czyni filmu ani lepszym ani gorszym" - podsumowuje Ebert.

INTERIA.PL/PAP

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: tych | świat | film | filmy | Nie | Hollywood | 'Gwiazdy'

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje