Murphy urodził się i wychowywał w Nowym Jorku. Razem ze starszym bratem, zmarłym w 2017 roku Charlesem, był wychowywany przez samotną matkę. Gdy ta zachorowała, przez rok mieszkał u rodziny zastępczej. Jak wyznał, wtedy wypracował poczucie humoru, które pozwoliło mu radzić sobie z otaczającym go światem. Zainspirowany występami Richarda Pryrora postanowił zostać komikiem. Debiutował na scenie w wieku szesnastu lat. Wkrótce regularnie występował w klubach komediowych.
Eddie Murphy. W wieku 20 lat był już gwiazdą
Gdy Murphy miał 19 lat, stał się członkiem obsady popularnego programu komediowego "Saturday Night Live". Format mierzył się z problemami, od kiedy opuściły go jego dawne gwiazdy, między innymi Dan Aykroyd, Bill Murray i John Belushi oraz pomysłodawca Lorne Michaels. Komik został zaangażowany do małych ról i epizodów. W pierwszym odcinku szóstego sezonu pojawił się w zaledwie jednym skeczu, w tle. Odświeżone "Saturday Night Live" przyjęto bardzo negatywnie. Wielu dziennikarzy i widzów stwierdziło, że bez Michaelsa i oryginalnej obsady program nie ma sensu. Niektórzy zaczęli go nazywać "Saurday Night Dead".

11 kwietnia 1981 roku Murphy dostał pierwszą większą rolę - wcielił się w koszykarza Raheema Abdula Muhammeda, który protestował przeciwko przymusowi angażowania do drużyny białych zawodników. Po zakończeniu sezonu producenci zwolnili niemal całą obsadę. Szybko doszli do wniosku, że Murphy był jedną z niewielu zalet ostatnich odcinków. Z tego powodu dali mu jeszcze więcej czas u ekranowego w sezonie siódmym.
Murphy szybko stał się najpopularniejszym członkiem obsady. Komik zachwycił publiczność parodią piosenkarza Jamesa Browna oraz powracającym skeczem będącym parodią programu edukacyjnego dla dzieci pana Rogersa. Występował w nim jako pan Robinson i tłumaczył oglądającym, jak przetrwać w getcie i nie dać się złapać wymiarowi sprawiedliwości.

Eddie Murphy uratował program "Saturday Night Live"
Między skeczami w "Saturday Night Live" Murphy rozwijał karierę filmową. Jego debiutem miała być komedia sensacyjna "48 godzin", w której wystąpił u boku Nicka Nolte'ego. Podczas zdjęć namówił aktora, by ten pojawił się w programie jako gospodarz odcinka. Nolte przyjął propozycję. Jego występ miał być emitowany 11 grudnia 1982 roku. Jednak gdy widzowie włączyli wieczorem telewizory, przywitał ich Murphy. "Nick i ja bardzo się zżyliśmy. Wiele się od niego nauczyłem. Rozwinąłem się jako aktor. To wspaniały gość. Gdy tego lata siedzieliśmy w studiu Paramount, zaprosiłem go do 'Saturday Night Live', a on odpowiedział: 'Jasne, Eddie, dla ciebie wszystko'. Taki z niego gość. Gdy Nick przyleciał tutaj i wysiadł z samolotu, wyrzygał się na moją koszulkę. Pomyśleliśmy, że może być chory i nie da rady dziś wystąpić. Jednak wy włączyliście dziś telewizory, by zobaczyć gwiazdę filmu '48 godzin' jako gospodarza i, niech to szlag, zobaczycie! Ja to poprowadzę! Na żywo, z Nowego Jorku, to 'Eddie Murphy Show'!" - powiedział. Był pierwszą i jedyną osobą w historii programu, która otrzymała dedykowany sobie odcinek, gdy była członkiem głównej obsady. W 1984 roku ogłosił, że opuszcza obsadę "Saturday Night Live". "Nie mogę się doczekać" - przyznał w rozmowie z "Rolling Stone". "Nie lubię tego programu, nie uważam też, że jest on zabawny. Nie znoszę go".
Według wielu dziennikarzy Murphy był kluczową osobą w historii "Saturday Night Live", która pozwoliła formatowi przetrwać gorsze czasy. Jego relacja z nim była przez większość czasu nie najlepsza. W jednym ze skeczy w 1995 roku komik Davis Spade wskazał na zdjęcie Murphy'ego i krzyknął: "spójrzcie, spadająca gwiazda". Miało to miejsce chwilę po premierze "Wampira w Brooklynie", który zebrał negatywne recenzje. "To zapiekło" - mówi Murphy w dokumencie "Jestem Eddie". "Zraniono moje uczucia. To tak, jakby uczelnia, którą ukończyłeś, robiła sobie z ciebie żarty. Z mojej kariery, a nie z tego, jaki byłem zabawny. Gdyby coś podobnego pojawiło się teraz i dotyczyło innego członka obsady ['Saturday Night Live'], któremu kariera nie wyszła, nie przeszłoby". W grudniu 2019 roku Murphy pojawił się jednak jako gospodarz odcinka "Saturday Night Live", za co otrzymał nagrodę Emmy.
Eddie Murphy walczył o rolę w "Gliniarzu z Beverly Hills" z Sylvestrem Stallone'em
"48 godzin" przyniosło Murphy'emu Złoty Glob za najlepszy debiut. Świetnie przyjęto także jego rolę w "Nieoczekiwanej zmianie miejsc" Johna Landisa. Wkrótce otrzymał propozycję występu w "Pogromcach duchów" Ivana Reitmana. Odrzucił ją z powodu możliwości angażu do innego dobrze zapowiadającego się filmu - "Gliniarza z Beverly Hills" Martina Bresta. Komik był faworytem producentów Jerry'ego Bruckheimera i Dona Simpsona. Nie wiedział jednak, że szefowie wytwórni Paramount woleliby obsadzić w roli głównej Sylvestra Stallone'a. Z aktorem zawarto nawet niecodzienną umowę - miał otrzymać wynagrodzenie bez względu na to, czy ostatecznie wystąpi w filmie. Zachęcony tym Stallone przyjął ich ofertę. Chciał jednak przepisać scenariusz.
Gwiazdor "Rocky'ego" usunął niemal wszystkie wstawki humorystyczne. Następnie zaczął dopisywać kolejne sceny akcji. Stallone porównywał później swoją wersję "Gliniarza z Beverly Hills" do sceny otwierającej "Szeregowca Ryana". Jednak obaj producenci nie byli fanami jego wizji. "Budżet się podwoił. Nie mogliśmy wydać tyle pieniędzy" - wspominał Bruckheimer. Charles Proser, który przepisywał scenariusz, żartował, że w wersji Stallone'a w fabule znajdował się tylko aktor i wielka spluwa. Z kolei Simpson śmiał się, że aktor umieścił w tekście bardzo dużo sekwencji treningowych, w których skupiał się na swojej imponującej muskulaturze.
Bruckheimer i Simpson zdecydowali się na podstęp. Od znajomych dowiedział się, że Stallone był zainteresowany zabiegami odmładzającymi. Dzięki pomocy przyjaciół sprawił, że aktor znalazł się na szczycie listy przyjąć u jednego ze szwajcarskich lekarzy. Aktor poleciał do Europy, by poddać się serii zabiegów, a tymczasem praca nad "Gliniarzem z Beverly Hills" mogła iść naprzód bez jego udziału. Tym samym rola Axela Foleya trafiła oficjalnie do Eddiego Murphy'ego. Stallone wykorzystał większość swoich niezrealizowanych pomysłów w "Kobrze" z 1985 roku.

Po przegranej na Oscarach Eddie Murphy opuścił galę
W późniejszych latach Murphy'ego spotykały ogromne sukcesy jak "Książę w Nowym Jorku", "Gruby i chudszy" oraz seria "Shrek", w której użyczył swego głosu Osiołkowi. Na przełomie wieków aktor wystąpił jednak w wielu nieudanych produkcjach, między innymi "Showtime", "Pluto Nash" i "Ja szpieg". Wydawało się, że gwiazda Murphy'ego zaczyna gasnąć.
W 2006 roku swą premierę miał musical "Dreamgirls" Billa Condona. Murphy zagrał w nim starzejącego się piosenkarza, inspirowanego Jamesem Brownem. Jego rola spotkała się z bardzo dobrym przyjęciem. Wyróżniono go Złotym Globem i nagrodą Gildii Aktorów za występ drugoplanowy.
"Dreamgirls" przyniosły mu także pierwszą w karierze nominację do Oscara. Murphy był zdecydowanym faworytem. Akademia nagrodziła jednak Alana Arkina za występ w "Małej miss". Chwilę po wręczeniu statuetki Murphy opuścił ceremonię. Wielu dziennikarzy zarzuciło mu, że nie potrafił udźwignąć przegranej. W wywiadzie dla "Entertainment Weekly" Murphy zdradził, dlaczego zdecydował się wyjść z oscarowej gali.

"Byłem na Oscarach, przegrałem, a ludzie zaczęli klepać mnie po ramieniu" - wspominał komik. "Clint Eastwood podszedł i mnie poklepał. Pomyślałem: o nie, nie, nie będę tego wieczoru tym gościem. Chodźmy stąd. Nie wybiegłem z płaczem. Po prostu nie chciałem być facetem, któremu wszyscy okazują współczucie".
Murphy zdradził także, że był pod ogromnym wrażeniem występu Arkina, który zmarł 29 czerwca 2023 roku. "Jeff Katzenberg [dawny szef wytwórni DreamWorks] zaprosił mnie na pokaz 'Małej miss' jakieś sześć miesięcy przed jej premierą. Obejrzałem ten film, obejrzałem Alana, a po wszystkim obróciłem się do Jeffa i - nie byłem wtedy do niczego nominowany - dosłownie powiedziałem mu: 'To jest jeden z tych występów, które ukradną komuś Oscara'. Powiedziałem dokładnie te słowa. Wiedziałem, że może ukraść komuś Oscara. A potem ukradł go mnie" - śmiał się Murphy. Zaraz sprecyzował, że użył metafory o kradzieży jedynie dla żartu.
Przegrana Murphy'ego była ogromnym zaskoczeniem. Analitycy wskazywali, że w czasie głosowania do kin wszedł film "Norbit", w którym aktor wcielił się w trzy postacie - głównego bohatera, jego dominującą żonę oraz pana Wonga, pochodzącego z Chin dyrektora sierocińca, w którym wychowywał się protagonista. Produkcja spotkała się ze skrajnie negatywnym przyjęciem. Wielu uważało, że cyniczna i wulgarna komedia kosztowała Murphy'ego Oscara. Rok później aktor otrzymał za nią trzy Złote Maliny - po jednej za każdy ze swoich występów. Mimo to po latach bronił filmu. "Napisałem scenariusz do 'Norbita' z moim bratem Charlie'em i oboje uważaliśmy, że jest zabawny" - mówił w rozmowie z "Complex".










