Reklama

Filmowe powroty po latach. Czy Polacy umieją to robić?

Nowe odsłony "Pitbulla" przyciągnęły do kin miliony widzów, ale spotkały się z surowymi ocenami krytyków

Do trzech razy sztuka

Mniej udane były losy kultowego "PitBulla", który choć w 2005 roku przemknął przez polskie kina bez echa, po latach zbudował sobie status filmowej legendy. Zaowocowało to emitowanym w latach 2005 - 2008 serialem, a także powrotem po 8 latach, który wzbudził wśród widzów bardzo mieszane odczucia.

Reklama

Na pomysł kontynuacji wpadł reżyser oryginału Patryk Vega, prezentując w 2016 i 2018 roku dwa tytuły z serii: "Nowe porządki" i "Niebezpieczne kobiety". O ile pierwsza z produkcji mogła spodobać się fanom "jedynki" ze względu na sentyment, powrót Bogusława Lindy czy Andrzeja Grabowskiego i sprawną realizację, o tyle "Niebezpieczne kobiety" były już oczywistym "skokiem na kasę". Rezultat był jednak imponujący - odpowiednio 1,4 i 2,8 miliona widzów. Tymi filmami Patryk Vega zapoczątkował trwający do dziś trend, dzięki któremu każdy z jego filmów, dzięki otaczającym produkcję kontrowersjom, gromadzi widownię powyżej miliona widzów. Poziom realizacji spada jednak z filmu na film, coraz bardziej osuwając twórczość Vegi w kierunku pastiszu.

Po ogromnym sukcesie "Niebezpiecznych kobiet" wiadome było, że seria będzie kontynuowana - wszystkich zaskoczył jednak konflikt między producentem a reżyserem, który sprawił, że Patryk Vega zrezygnował z realizacji kolejnej części. W jego buty wszedł Władysław Pasikowski, który w 2018 roku zaprezentował światu "Ostatniego psa" z osławioną "rolą" piosenkarki Doroty "Dody" Rabczewskiej. Wraz odejściem Vegi z udziału w "Ostatnim psie" zrezygnowali jednak m.in. Maja Ostaszewska i Piotr Stramowski, co poskutkowało koniecznością znalezienia nowych aktorów. Na powrót do serii zdecydował się Marcin Dorociński, ponownie wcielając się w "Despero". Filmowy rezultat był niezaprzeczalnie lepszy, niż wcześniejsze próby Vegi - lecz wciąż daleki od tego, czego mogliby oczekiwać fani. Może więc "PitBull" nigdy nie powinien powrócić?

Mniej niż zero

Patryk Vega był odpowiedzialny nie tylko za zniszczenie legendy "PitBulla" - to jeszcze można było mu wybaczyć, bo "PitBull" to w końcu jego "dziecko"... Zabrał się jednak także za niszczenie cudzych legend - a konkretnie: legendy Hansa Klossa. Bohater (a właściwie dwóch bohaterów) 14-odcinkowego serialu "Stawka większa niż życie" z lat 60., serii opowiadań i komiksów oraz przedstawień Teatru Telewizji, w którego wcielił się Stanisław Mikulski, powrócił do kin w 2012 roku w filmie "Hans Kloss. Stawka większa niż śmierć". Reżyserował Vega, a nad scenariuszem pracował późniejszy reżyser "Ostatniego psa" - Władysław Pasikowski.

Połączone siły obu panów na nic się zdały. "Stawka większa niż śmierć" to prawdopodobnie jedna z najgorszych kontynuacji, jakie kiedykolwiek zafundowali nam filmowcy. Chaos, kicz, niepotrzebna próba naśladowania Hollywood i oderwane od rzeczywistości pomysły stały się znakami rozpoznawczymi filmu Vegi. Na ekranie wypadł słabo nawet gwiazdor "Zimnej wojny" Tomasz Kot - jako młody Hans. Na całe szczęście, premiera filmu zakończyła się wielkim fiaskiem - mimo zainwestowanych milionów, "Stawkę większą niż śmierć" zobaczyło zaledwie 200 tysięcy widzów. Więcej powrotów nie będzie.

O jeden most za daleko

W tym roku oprócz "Odwróconych" historyczny sukces osiągnęła komedia Kordiana Piwowarskiego "Miszmasz, czyli Kogel-Mogel 3". Kontynuację hitów z 1988 i 1989 roku zobaczyło w kinach ponad 2,3 miliona widzów. Niesmak jednak pozostał jeszcze większy niż po "Stawce większej niż śmierć". Dwie pierwsze części "Kogla-Mogla" charakteryzowały się dynamiką, sprawnie zarysowanymi bohaterami, (mniej lub bardziej) zabawnymi dialogami i niepowtarzalnym nastrojem PRL-owskich produkcji. Trzecia, choć scenariusz napisała do niej autorka oryginału Ilona Łepkowska, okazała się zaprzeczeniem zasad, które wyniosły poprzedniczki na piedestał.

Wtórna historia, papierowi bohaterowie, wymuszone żarty i żerowanie do bólu na legendzie poprzedników sprawiają, że seans "Miszmaszu" dla fanów "jedynki" i "dwójki" jest bolesnym przeżyciem. Niewykorzystany potencjał zgromadzonych na planie gwiazd - zarówno tych, które znamy z oryginału (Grażyna Błęcka-Kolska, Katarzyna Łaniewska czy Ewa Kasprzyk), jak i nowych (Anna Mucha, Maciej Zakościelny, Aleksandra Hamkało) oraz zdecydowanie zbyt częste przekraczanie granicy żenady to wady, których nie sposób wybaczyć. Co prawda, w absurdalnej konwencji świetnie odnajdują się pojedynczy aktorzy (jak Katarzyna Skrzynecka), a sentyment sprawia, że na sercu na widok znanych twarzy robi się cieplej, to seans trzeciego "Kogla-mogla" rodzi jedno zasadnicze pytanie: po co? (Choć patrząc na frekwencję w kinach, odpowiedź nasuwa się sama...). Wniosek jest jeden: do pewnych pomysłów chyba lepiej nie wracać.


INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje