"Czujecie się zagubieni w labiryncie? Nie szukajcie z niego wyjścia"
"Logika tej historii jest logiką snu. Czujecie się zagubieni w labiryncie? Nie szukajcie z niego wyjścia" - to zdanie z prologu "Procesu" Orson Welles wyciął. Zbyt wiele mówiło o strukturze jego filmowej wersji najsłynniejszej powieści Franza Kafki. Dezorientacja tym, co dzieje się na ekranie, miała u widza zanikać stopniowo - tak jak u oskarżonego bohatera, Józefa K.
"Proces" jest książką szalenie trudną do ekranizacji. Tak, jak trudny do zrozumienia i zdefiniowania jest sam Kafka, o czym przecież opowiadała w swoim ostatnim filmie Agnieszka Holland. "Proces" próbowano "ugryźć" na różne sposoby. W 1993 roku na podstawie scenariusza pisarza Harolda Pintery powstała najbardziej poprawna wersja z Kylem MacLachanem w roli Józefa K. i Anthonym Hopkinsem. Swoją wersją (bliższą klimatowi filmu Holland) nakręcił też Steven Soderbergh. Jego "Kafka" (1991) z Jeremym Ironsem jest hybrydą "Procesu" i biografii jej autora. Można też uznać, że "Brazil" Terry'ego Gilliama jest połączeniem "Roku 1984" Orwella z dusznym obrazem kafkowskiej biurokracji. Martin Scorsese też czerpał z paranoicznego nastroju powieści Kafki w swoim niedocenianym "Po godzinach" (1985).
To jednak Orson Welles nakręcił wersję najdoskonalszą i jednocześnie najbardziej odrębną od oryginału. Jego film z 1962 roku nigdy nie był szeroko rozpowszechniany w Polsce. Dopiero teraz, po 64 latach od światowej premiery, trafia do naszych kin.
"Proces": najbardziej autobiograficzny film Orsona Wellesa
"Proces" jest filmem bardzo wellesowskim. Opowieść o Józefie K. (Anthony Perkins), który budzi się rano i dowiaduje, iż jest o coś oskarżony, to tak naprawdę rozliczenie Wellesa z własną złością wobec Hollywood. "To nie tyle adaptacja, ile film inspirowany książką, w której moim współpracownikiem i partnerem jest Franz Kafka" - mówił reżyser. Filmowy Józef K. jest nie tylko zagubionym w surrealistycznym gąszczu oskarżeń urzędnikiem, ale przede wszystkim człowiekiem, którego chce zniszczyć system.
Orson Welles, który po filmie "Obywatel Kane" (1942) został okrzyknięty geniuszem, całe życie walczył z decydentami w Hollywood. O budżety, o niezależność tworzenia oraz uznanie, które systematycznie zabierano mu w zemście za jego ciągłe rewolucyjne wizjonerstwo z początków kariery. "Jego zbrodnią jest poddanie się systemowi, który niszczy jego indywidualność. A jednak próbuje z nim walczyć. Nie mogłem podpisać się pod dziełem sugerującym ostateczną kapitulację człowieka" - mówił po latach Welles o Józefie K. Sam w "Procesie" wcielił się w rolę adwokata. Znamienne więc, że właśnie ten film nazwał najbardziej autobiograficznym.
"Proces" był powrotem Wellesa do kina po czterech latach od nakręcenia arcydzieła noir, czyli "Dotyku zła" (1958). Był to ostatni hollywoodzki film, o którego kształt musiał walczyć z producentami. Ci brutalnie przemontowali jego wizję i dokręcili nowe sceny. Postawiono go przed faktem dokonanym i nie mógł już wycofać swojego nazwiska z filmu. Welles napisał 58-stronnicowy list, w którym zawarł wszystkie zmiany, które należy wprowadzić, by "Dotyk zła" miał swój zamierzony kształt. Film w wersji reżyserskiej wprowadzono do kin dopiero po jego śmierci.
Ed Wood miał powiedzieć, że Hollywood jeszcze będzie musiało przeprosić Wellesa. Tak też się stało, gdy dostał on pośmiertnego Oscara za całokształt twórczości, a festiwal niezależnego kina Sundance ustanowił nagrodę jego imienia. Netflix dokończył zaś po czterech dekadach jego ostatni film "Druga strona wiatru" (2018). Welles stał się ikoną dla każdego twórcy kina niezależnego oraz tych, którzy walczą w obronie swoich autorskich wizji. "Proces" jest emanacją tej walki.

Gwiazdy w obsadzie: Anthony Perkins, Jeanne Moreau i Romy Schneider
Producent "Procesu" Alexander Salkind tym zresztą przekonał Wellesa do wejścia w projekt. Reżyser miał mieć wolną rękę i solidny w tamtym czasie budżet 1,3 mln dolarów do wydania. Na dodatek w obsadzie poza znanym z "Psychozy" Alfreda Hitchcocka Anthonym Perkinsem, znalazły się takie nazwiska, jak Jeanne Moreau i Romy Schneider.
Oczywiście, jak to zawsze w przypadku filmów Wellesa, budżet szybko się skończył (tajemniczy inwestorzy z Włoch, Francji i Niemiec nie byli tak pewną firmą, jak hollywoodzkie studia) i tworzący na wygnaniu (zdjęcia do "Procesu" powstały w Paryżu i ówczesnej Jugosławii) reżyser "Damy z Szanghaju" musiał uruchomić swoją niezwykłą wyobraźnię, by obraz w ogóle powstał. Świat Józefa K. osadził na pustym paryskim dworcu Gare d'Orsay, który posłużył jako gigantyczna, industrialna sceneria biurowa. Modernistyczna architektura blokowisk w komunistycznym Zagrzebiu pomogła Wellesowi zbudować labirynt, w którym oskarżony K. powoli się zatapia.
Przez brak pieniędzy i taśmy filmowej długą scenę, w której do Józefa K. przychodzą policjanci, kręcono tylko dwa razy. Perkins mocno się w niej stresował, co ostatecznie przysłużyło się opowieści o zaszczutym człowieku. Rola Perkinsa do dziś wzbudza kontrowersje. Znany z kreacji psychopatycznego Normana Batesa aktor jest jako Józek F. inni niż ten w powieści. Kryje się w nim niepokojący mrok i tajemnica, której skromny gryzipiórek u Kafki jest pozbawiony. Możliwe, że w Hollywood Wellesowi nie pozwolonoby zatrudnić Perkinsa, ale w Europie producenci starali się wynagrodzić mu wszelkie niedogodności. Dlatego też reżyser uznał "Proces" za swój najlepszy film, bo nakręcony według jego wizji.
"Proces" Orsona Wellesa w Polsce w szerokiej dystrybucji po raz pierwszy
Oglądając "Proces" pierwszy raz w Polsce na wielkim ekranie widać niezwykłe wizjonerstwo Wellesa. Czarno-biały surrealistyczny ekspresjonizm rodem z "Dotyku zła" w zrekonstruowanym cyfrowo "Procesie" prezentuje się majestatycznie. Zaskakujące kąty ujęć kręconych przez operatora Edmonda Richarda przypominają pomysłowość finału "Damy z Szanghaju". Tam mieliśmy labirynt luster. W "Procesie" widzimy labirynt przytłaczającej machiny systemu. Ponury Zagrzeb i kolorowy Paryż zlewają się w jedną krainę, po której snuje się Józef K. w nietypowym wykonaniu Perkinsa. Raz jest neurotyczny i zamknięty w sobie, a innym razem ekspresyjny i arogancki. Barok systemu przenika się z minimalizmem mieszkania Józefa K., zaś groza przechodzi w groteskę. Sam Welles jest teatralny w roli adwokata i jednocześnie daje Perkinsowi pole do własnej interpretacji postaci. Ta niezwykła mieszanka styli tworzy zupełnie wyjątkowy klimat interpretacji kafkowskiego koszmaru.
Czyż taka nie była cała kariera człowieka, który rzucił świat na kolana "Obywatelem Kanem", by potem musieć udowodniać całe życie wszystkim, że zasługuje na uznanie? Nie przez przypadek Welles nigdy nie dokończył swojego filmu o Don Kichocie. Cóż, sam nim był, walcząc z wiatrakami hollywoodzkiego systemu. Józef K. walczył natomiast z absurdalnymi oskarżeniami. Tak jak Welles uciekając ostatecznie przed systemem, który docenił go dopiero po śmierci.
"Przede wszystkim postać Józefa K. w filmie tak naprawdę nie stacza się, a na końcu z pewnością się nie poddaje" - mówił w wywiadzie dla BBC. Czy Welles też się nie poddał?













