"Top Gun": nikt takiego sukcesu nie wróżył
"Top Gun: Maverick" (2022) zarobił na całym świecie prawie półtora miliarda dolarów, co najlepiej pokazuje, jak ważne miejsce w historii kinematografii ma ten tytuł. 40 lat temu, gdy na ekrany wchodził oryginalny "Top Gun" (1986), nikt takiego sukcesu nie wróżył.
Film kosztował zaledwie 15 milionów dolarów i w obsadzie miał wówczas dwóch aktorów, którzy byli obiecujący, ale daleko im było do statusu gwiazd. Tom Cruise pojawił się już wówczas u Francisa Forda Coppoli ("Wyrzutki") i zagrał w popularnych filmach "Taps" oraz "Ryzykowny interes", ale wciąż był traktowany jako jeden z wielu młodych aktorów, którzy pojawili się na początku lat 80. w Hollywood. Val Kilmer natomiast miał na koncie tylko dwie role (m.in. w "Prawdziwym geniuszu") i nie miał nawet takiej pozycji jak Cruise, Charlie Sheen, Patrick Swayze, Sean Penn, Matt Dillon, Rob Lowe czy Mickey Rourke, którzy byli wtedy nowymi twarzami amerykańskiego kina.
Brak wielkich gwiazd na pokładzie mógł być zrekompensowany nazwiskiem reżysera. Tony Scott był jednak wówczas znany tylko z dwóch rzeczy. Był młodszym bratem Ridleya Scotta, który osiągnął już sukcesy takimi filmami, jak "Oby. Ósmy pasażer Nostromo" i "Blade Runner" oraz wyreżyserował jeden dziwaczny film o wampirach z Dawidem Bowie, Catherine Denueve i Susan Sarandon w głównych rolach. Dziś mroczna i pełna niejednoznaczności "Zagadka nieśmiertelności" jest dziełem kultowym, ale wówczas dostała sporo złych recenzji i nie odniosła zbyt wielkiego sukcesu komercyjnego.
Jednak producenci Jerry Bruckheimer i Don Simpson byli na tyle zachwyceni filmem oraz reklamami, jakie Scott kręcił m.in. dla szwedzkiego producenta samochodów Saab (w jednej reklamie samochód tej marki ściga się z myśliwcem Saab 37 Viggen), że zaproponowali mu wyreżyserowanie "Top Gun". Reżyser bez wielkiego hitu na koncie i obsada bez gwiazdorskiego nazwiska w filmie akcji o pilotach myśliwców - to mógł być przepis na katastrofę. "Top Gun" stał się jednak dla trampoliną dla kariery nie tylko Toma Cruisa, ale też Vala Kilmera, który w następnych kilku latach zagrał w "Willow", "The Doors", "Tombstone" czy "Świętym". Jego ostatnią rolą przed śmiercią była kreacja umierającego Icemana. Symboliczne. Tony Scott stał się jednym z najciekawszych reżyserów kina sensacyjnego, kręcąc takie hity, jak "Giniarz z Beverly Hills 2", "Karmazynowy przypływ", "Ostatni Skaut" czy "Prawdziwy Romans" na podstawie scenariusza Quentina Tarantino.
Jak to się stało, że "Top Gun" odniósł tak wielki sumces?
Co takiego sprawiło, że opowieść o rywalizacji dwóch młodych pilotów: Pete'a "Mavericka" Mitchella (Cruise) i Toma "Icemana" Kazansky'ego (Kilmer) zarobiła 350 milionów dolarów, choć krytycy wcale nie byli entuzjastycznie nastawieni do filmu?
"Top Gun" pojawił się w kinach w specyficznym czasie. Był to okres reaganowskiego optymizmu i dyktatu maczyzmu uosobionego przez Arnolda Schwarzeneggera i Sylvestra Stallone oraz całej grupy mistrzów sztuk walki na czele z Chuckiem Norrisem. Opowieść o odważnych, niepokornych i zabójczo przystojnych amerykańskich pilotach, którzy pędzą ratować Amerykę w F-14 Tomcat, niczym kowboje na swoich rumakach, idealnie wpisywała się w czas, gdy USA przeważała szalę zwycięstwa na swoją stronę w starciu z ZSRR, zaś neoliberalizm gospodarczy święcił swoje triumfy.
"Top Gun" to też pomysłowo nakręcony film. Scott był wizjonerem kina akcji i mając wsparcie amerykańskiego wojska, mógł pozwolić sobie na odważne eksperymenty z ujęciami wewnątrz kokpitu, jak i na zewnątrz myśliwców. W 1986 roku robiło to wielkie wrażenie, ale również dziś film Scotta ogląda się świetnie, mimo braku dzisiejszej technologii CGI. A może właśnie dzięki temu?
Tom Cruise jako Maverick: buntownik, który zdobywa świat swoją zuchwałością
Oliver Stone w wywiadzie dla Playboya w 1988 roku nazwał "Top Gun" filmem faszystowskim, który umacniał militaryzm i prawicową propagandę ery Reagana. "Top Gun" miał premierę kilka miesięcy przed jego "Plutonem", który w 1987 roku zdobył 4 Oscary, w tym za najlepszy film i dla najlepszego reżysera. Nie można wyobrazić sobie dwóch bardziej różniących się od siebie filmów wojennych. Stone, weteran z Wietnamu, nakręcił film radykalnie uderzający w patriotyczne tony, które były immanentną częścią uniwersum "Top Gun".
Istnieje plotka, że Tom Cruise przyjął rolę w "Urodzonym 4 lipca" (1989), czyli drugiej części wietnamskiej trylogii Stone'a, dlatego że "Top Gun" rzeczywiście spowodował szturm młodych Amerykanów do służby wojskowej. Chęć służenia w lotnictwie wojskowym wzrosła po premierze filmu o 500%. Cruise chciał pokazać, że nie każdy żołnierz jest Maverickiem, wojna nie jest przygodą i często kończy się na wózku inwalidzkim.
Cruise za rolę dostał nominację do Oscara, ale w świadomości masowej widowni zapisał się jako Maverick. Dlaczego? Bo ta postać dawała nadzieję na zwycięstwo. Pokazywała, że można być buntownikiem i zdobywać świat swoją zuchwałością. Maverick to postać na wskroś wyjęta z mitologii Ameryki, gdzie wszystko jest możliwe i każdy ma równe szanse. Wiemy, że to mit, ale Tom Cruise w okularach RayBan Aviator ten mit doskonale umacniał.

Nie tylko widzowie czekali na kontynuację przygód Mavericka
Tom Cruise jest dziś ostatnią wielką gwiazdą kina, która potrafi jednoosobowo pociągnąć całą machinę promocyjną filmu. Dowodem tego jest franczyza "Mission Impossible", ale też sukces drugiej części "Top Gun" w 2022 roku.
Pierwszy film był na wszystkie sposoby parodiowany (na czele z "Hot Shots!" Jima Abrahamsa) i mimo romantycznego wątku z postacią graną przez Kelly McGillis dorobił się teorii o ukrytych homoseksualnych podtekstach (takie analizy propagował zresztą sam Quentin Tarantino). Wydawało się też, że po wojnach w Afganistanie i Iraku czas na optymistyczne i patriotyczne wojenne kino minął bezpowrotnie. Okazało się jednak, że nie tylko widzowie czekali na kontynuację przygód Mavericka, ale też krytycy byli znacznie łaskawsi dla sequela niż ich starsi koledzy dla oryginału.
Tony Scott miał reżyserować sequel w 2013 roku, ale po jego niespodziewanej śmierci projekt zawieszono. Joseph Kosiński wszedł w jego buty z wielką gracją i szacunkiem, co pozwoliło franczyzie na dalsze rozwijanie skrzydeł.
Co z trzecią częścią? Powstanie "Top Gun 3"?
Ogłoszono właśnie, że trzeci film będzie miał premierę w 2028 roku. Czy również osiągnie sukces? Nie mam żadnych wątpliwości, że tak.
"Top Gun: Maverick" pojawił się w kinach po pierwszej burzliwej kadencji Donalda Trumpa, po końcu globalnej pandemii, ale jeszcze przed wojną na Ukrainie. Świat wtedy potrzebował optymizmu. Teraz potrzebuje go jeszcze bardziej.














