Reklama

"Faraon": Mija 50 lat od premiery filmu Jerzego Kawalerowicza

By ochronić sprzęt przed rozpalonym słońcem, przykrywano kamery płótnem, ale to stwarzało nowe zagrożenie: lubiły się pod nimi kryć olbrzymie, włochate pająki i skorpiony. Praca w tych warunkach nie była łatwa, a reżyserowi trudno było ocenić efekt kręconych ujęć. By temu zaradzić... zatrudniono kursujących codziennie gońców. "Goniec leciał z Buchary do Taszkientu. Z Taszkientu do Moskwy, z Moskwy do Warszawy i z Warszawy do Łodzi - do laboratorium, (...). Oni to wywoływali, chowali gdzieś, a z kopią roboczą goniec wracał do Kawalerowicza. I dopiero wtedy można było zobaczyć, czy coś z tego wyszło, czy nie" - wspomina Ryszard Ronczewski, grający oficera Eunane.

Reklama

Do historii kina przeszła scena jego biegu przez pustynię. Najpierw ekipa tkwiła w upale, bo "zatrudnione" do poprzedniego ujęcia skarabeusze odmówiły współpracy i nie chciały toczyć swej kulki. A potem... "Temperatura piasku była bliska 60 stopni, nogi miałem poparzone. Dwa dni to robiliśmy, nie wiem już, ile razy. (...) Skonstruowano platformę na grubych, miękkich oponach. Na niej był balkonik, na którym stał Witold Sobociński. Miał na ramieniu kamerę z bardzo dużą kasetą, bo musiała się tam zmieścić taśma na całe ujęcie. Platformę z tym wszystkim ciągnęli radzieccy żołnierze na sznurach. I musieli równo biec".

Pomiędzy operatorem a biegnącym aktorem umocowany był patyk, by odległość była zawsze ta sama, co do centymetra, by kamera nie straciła ostrości. Tę najdłuższą w historii kina niemontowaną scenę pokazuje się do dziś w szkołach filmowych całego świata.

Dowiedz się więcej na temat: Faraon

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje