Reklama

Reklama

"Epitafium dla Barbary Radziwiłłówny": O jedną królową za dużo

Na ten historyczny film nauczyciele nie musieli organizować zbiorowych wyjść. Uczniowie gremialnie z własnej woli kupowali bilety, by zobaczyć wdzięki pięknej Anny Dymnej. Natomiast nastoletnie dziewczyny i kobiety w każdym wieku z wypiekami na twarzy śledziły królewski romans z udziałem przystojnego Jerzego Zelnika.

Kinowy film "Epitafium dla Barbary Radziwiłłówny" był pokłosiem zrealizowanego dwa lata wcześniej z rozmachem serialu "Królowa Bona". Po zmontowaniu serialu okazało się, że zostało mnóstwo niewykorzystanych materiałów. Zmarnować je byłoby po prostu grzechem! Reżyser Janusz Majewski znalazł proste rozwiązanie: trzeba zrobić film o legendarnym romansie Zygmunta Augusta i Barbary Radziwiłłówny. Jeden co prawda już był, bo w 1936 r. Józef Lejtes nakręcił film "Barbara Radziwiłłówna" z Jadwigą Smosarską w roli tytułowej. Ale obraz ten, choć niezwykle popularny przed wojną, trącił już myszką - nadszedł czas, by opowiedzieć tę historię od nowa.

Reklama

Pozornie wszystko wydawało się łatwe: po prostu jeden z wątków pobocznych serialu stanie się głównym w filmie. Ale ten logiczny z punktu widzenia reżysera pomysł zawierał, jak się okazało, pułapkę, której nikt się nie spodziewał. W serialu, jak wiadomo, tytułową rolę królowej Bony zagrała wielka gwiazda teatru Aleksandra Śląska. I zrobiła to tak perfekcyjnie, że dla większości Polaków legendarna królowa na zawsze zyskała twarz słynnej aktorki. W filmie kinowym postać królowej Bony siłą rzeczy stawała się drugoplanowa. A to się mogło "monarchini" bardzo nie spodobać...

Reżyser miał już za sobą jedno przegrane starcie z gwiazdą podczas kręcenia serialu. Otóż 50-letnia wówczas Aleksandra Śląska uparła się, że zagra w scenach, w których Bona ma 20 lat. "Młodość?! Co za problem? - powiedziała. - Ja ci zagram młodość!". Myślała kategoriami teatralnymi. W teatrze 50-latka może zagrać młodość, w filmie to w zasadzie niemożliwe. Przekonała się o tym ekipa serialu i sama pani Aleksandra, która mimo heroicznych wysiłków charakteryzatorek i oświetleniowców nijak nie wyglądała na 20-latkę. Umiała to jednak przyznać - patrząc na zrealizowany już materiał, rzuciła w stronę ekranu: "Stare pudło!".

Decyzja o wykorzystaniu serialowych materiałów do filmu, w którym główne role reżyser przewidział dla Anny Dymnej i Jerzego Zelnika, stała się zarzewiem kolejnego konfliktu. Aleksandra Śląska napisała list otwarty do redakcji "Filmu", w którym protestowała przeciwko tej decyzji. I śmiertelnie obraziła się na reżysera. Nie pomogły nawet mediacje z udziałem Janusza Warmińskiego, męża gwiazdy i dyrektora teatru Ateneum w jednej osobie.

Akcja "Epitafium" rozpoczyna się po śmierci Barbary Radziwiłłówny. Niemal przez miesiąc kondukt pogrzebowy z udziałem Zygmunta Augusta przemieszcza się z Krakowa do Wilna, gdzie królowa, zgodnie ze swym życzeniem, ma zostać pochowana. W drodze do Wilna Zygmunt August wspomina szczęśliwe chwile spędzone z ukochaną. Komentatorem wydarzeń jest grany przez Krzysztofa Kolbergera poeta Anonimus (postać fikcyjna), który w kluczowym momencie filmu mówi fragment wiersza Czesława Miłosza: "Jest taka cierpienia granica, za którą się uśmiech pogodny zaczyna". Dziś to tylko piękny i mądry wers. W 1981 r., w stanie wojennym, cytowanie poety, który jawnie krytykował generała Jaruzelskiego i jego poczynania, było śmiałym gestem. Ale to nie patriotyczno-polityczne składniki były głównym przysmakiem tej filmowej uczty.

Opowieść o wielkiej, sięgającej aż poza grób miłości, pozwalała milionom widzów oderwać się od szarości dnia codziennego. Wisienką na torcie były pięknie fotografowane sceny erotyczne. W PRL-u erotykę dawkowano bardzo oszczędnie, dlatego każdy taki przypadek wywoływał sensację. Numer tygodnika "Ekran" z fotosem z filmu na okładce, na którym Anna Dymna kąpie się z Jerzym Zelnikiem w drewnianym cebrze, a w kłębach pary widać nagie torsy w bieliźnie, rozszedł się w ciągu jednego dnia.

W filmie znalazła się też pamiętna scena łóżkowa, która okazała się trudnym przeżyciem dla Jerzego Zelnika. "Wymyśliliśmy, że zrobimy to w szerokim łożu, umieszczając kamerę wysoko nad nim, a kochającą się parę nakryjemy wiotkim jedwabiem, tak aby było widać tylko ich kształty, ale przesłonięte delikatną tkaniną - wspominał reżyser. - Anka przyszła pierwsza, w szlafroku, zrzuciła go już, siedząc na łóżku, i zręcznie wśliznęła się pod tkaninę. Jurek przyszedł strasznie speszony, zdjął szlafrok i w slipkach wlazł pod prześcieradło, trzymając się od niej z daleka"- dodał Majewski, precyzując, że nie chodziło mu o uchwycenie "ruchów frykcyjnych", tylko "momentu szczytu".

Największym problemem okazały się jednak... slipki Jerzego Zelnika. W trakcie kręcenia sceny nagle operator kamery krzyknął do ekipy: "Majtki Jurka prześwitują!". Czerwona bielizna aktora była widoczna pod delikatną tkaniną. "Jurek robi się czerwony jak te nieszczęsne majtki, Anka chichocze w poduszkę". Z pomocą koledze przyszła właśnie Dymna, która wykorzystując moment zamieszania, szybko ściągnęła Zelnikowi bieliznę, po czym wysunęła rękę, w której trzymała slipki, spod kołdry i zawołała do garderobianej: "Haniu, kochanie, zabierz majtki pana Zelnika!". Aktor jeszcze jakiś czas wyglądał na bardzo spiętego, ale w końcu udało się nakręcić tę piękną scenę. Podczas towarzyskiego spotkania 20 lat później wyznał reżyserowi, że to nie sama nagość go tak deprymowała, ale poczucie, że coś prywatnie zaczyna iskrzyć między nim a Anną Dymną, która w tym czasie była w związku z kimś innym. On zresztą też nie był wolny.

Trudno się dziwić emocjom Jerzego Zelnika. Anna Dymna topiła serca mężczyzn pod każdą szerokością geograficzną. Podczas wizyty aktorki w Tokio, gdzie prezentowano "Epitafium", do szaleństwa zakochał się w niej japoński tłumacz i zaprosił ją i Janusza Majewskiego do ekskluzywnej restauracji, gdzie specjalnością były wijące się robale. Japończyk, chcąc zademonstrować swoje oddanie, osobiście usiłował podać żyjątko aktorce do ust. Anna Dymna nie doceniła gestu i, zzieleniała na twarzy, uciekła do łazienki. Japończykowi nie udało się zdobyć serca pięknej Polki.  W czasie pożegnania na lotnisku rzucił się ze szlochem na... Janusza Majewskiego. Łzy Japończyka z powodu odrzuconej miłości były tak rzęsiste, że koszula reżysera przemokła. Potem w samolocie musiał przebrać się w podarowane mu kimono i w takim stroju doleciał aż do Moskwy, gdzie artystów z Polski czekała przesiadka.

Piotr K. Piotrowski

Życie na Gorąco Retro

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama