Reklama

EFF: Charlotte Rampling symbolem Europy

Krakowskie kino Ars podczas piątego dnia trwania Europejskiego Festiwalu Filmowego (19 maja) przeżywało prawdziwe oblężenie.

Tłumy kłębiące się przy kasach nie chciały jednak oglądać ani najnowszego filmu twórcy "Nagiego instynktu 2" Michaela Caton-Jonesa, ani nowej produkcji Claude'a Leloucha, ani tym bardziej włoskich "Kluczy do domu" sprzed dwóch lat. Tłumy chciały "Kodu Da Vinci".

Reklama

Na szczęście ci, którzy mają już dość Toma Hanksa, Dana Browna, Rona Howarda a nawet samego Leonardo Da Vinci, nie mogli narzekać na brak wrażeń.

Jednym z nich była możliwość obejrzenia na ekranie Charlotte Rampling. Ta najbardziej znana ze słynnej roli w "Nocnym portierze" Liliany Cavani aktorka, wyrasta na prawdziwe uosobienie tego, co charakterystyczne dla kina europejskiego. Co prawda ostatnio mogliśmy ją oglądać w hollywoodzkim "Nagim instynkcie 2", jednak praktycznie cała kariera brytyjskiej aktorki związana jest z europejskimi produkcjami, a o jej niepodważalnej pozycji niech świadczy fakt, że przewodniczyła ona jury tegorocznego Berlinale.

Rampling stała się też cichym patronem tego przeglądu; jako jedyna bodaj wystąpiła w aż dwóch filmach tegorocznej edycji Europejskiego Festiwalu Filmowego: francuskim "Lemingu" oraz włoskich "Kluczach do domu". Te ostatnie - opowieść o trudnej relacji ojca i kalekiego syna - mogliśmy oglądać w piątkowy wieczór w kinie Ars. Rampling gra w "Kluczach do domu" drugoplanową rolę, jednak jej ekranowa obecność jest na tyle intensywna, na tyle sugestywna i tak wymowna, że zapada na długo w pamięć, nie "kradnąc" przy tym filmu głównym aktorom.

Rampling jest też przykładem nowoczesnego aktorstwa bez granic, zwłaszcza językowych. Swobodnie gra zarówno w języku angielskim (wymieniony już "Nagi instynkt 2"), co po francusku (np. u Francois Ozona) i włosku. Jej chłodna, wyniosła uroda każe przypuszczać, że bez trudu poradziłaby sobie także z niemieckIm...

O ile Charlotte Rampling może być uosobieniem filmowej europejskości, o tyle reżyser "Odwagi miłości" Claude Lelouch reprezentuje już tylko samą francuskość. Ale też jest to sama esencja naszych stereotypowych wyobrażeń na temat francuskiego kina. Lelouch, twórca słynnej "Kobiety i mężczyzny" ustalił, bądź tylko idealnie wpisał się w standardy tego, jak o kinie francuskim myśli się na świecie.

Bo jeśli kino francuskie, to koniecznie o miłości, bardzo często podszytej sentymentalizmem, z całą francuską obyczajowością. Koniecznie więc kobieta i koniecznie mężczyzna, a między nimi piętrzące się miłosne komplikacje. Styl filmów Leloucha stał się na tyle charakterystyczny, że utarło się obiegowe określenie "lelouch" na film poruszający podobne łzawo-sentymentalne problemy. Do inspiracji "lelouchami" przyznawał się przy realizacji "5x2" Francois Ozon, także Jacek Borcuch podjął w swych "Tulipanach" próbę rehabilitacji kina "lelouchowskiego".

Najnowszy obraz francuskiego reżysera nie powinien zawieść miłośników starych, poczciwych, "lelouchów". Znów mamy typowo francuską miłosną historię, a właściwie historie - gdyż miłosne rozterki przeżywają wszyscy bohaterowie jego najnowszego filmu. Dodatkową atrakcją powinna być cukierkowa muzyka znanego z kompozycji do "Kobiety i mężczyzny" Francoisa Lai. "Odwaga miłości", zachowując czar niegdysiejszych festiwali San Remo, bawi widza dość zgrabnym scenariuszem i wabi mało znaną w Polsce siostrą Ludvigne Seigner - Mathilde.

W zupełnie inne rejestry przeniósł widzów Michaela Caton-Jones w najlepszym filmie piątkowego zestawienia - opowiadającym o masakrze Tutsi przez Hutu "Shooting Dogs". Poruszający ten sam temat, co goszczący na naszych ekranach "Hotel Ruanda" film Caton-Jonesa to jednak nie tylko filmowa rejestracja jednego z najstraszniejszych ludobójstw naszych czasów; "Shooting Dogs" tak samo skutecznie jak "Ziemia niczyja", lecz przy użyciu o wiele drastyczniejszych środków, ukazuje bezsens i hipokryzję ONZ.

Film Caton-Jones to kronika wydarzeń z 1994 roku, kiedy w stolicy Ruandy Kigali wybuchły zamieszki na tle etnicznym. Stacjonujący w technicznej szkole prowadzonej przez misjonarza Christophera (świetny John Hurt) pokojowy kontyngent ONZ staje się schronieniem dla uciekających przez rzezią ze strony Hutu Tutsi. Kiedy jednak napór dzikich band rozwścieczonych Hutu okrąża bazę ONZ, złożoną głównie z belgijskich żołnierzy, kapitan oddziału dostaje nakaz ewakuacji.

Ruanda to nie tyle plama na nowożytnej historii ludzkości, to także - podobnie jak przypadku bośniackiej Srebrenicy - kompromitacja pokojowych oddziałów ONZ, stacjonujących w zapalnych rejonach świata w celu "pilnowania pokoju". Jeszcze raz okazuje się - a film "Shooting Dogs" pokazuje to z morderczą wyrazistością, że nie o pokój w tym wszystkim chodzi, tylko o zachowanie pozorów.

Tomasz Bielenia, Kraków

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Charlotte Rampling | kino | film | ONZ | charlotte

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje