"Taksówkarz" to kino, w którym wszystko jest brudne, nerwowe i intensywne. Nowy Jork pełni tu rolę niemal odrębnego bohatera, a Travis Bickle (Robert De Niro) to człowiek, który coraz bardziej traci kontakt z rzeczywistością. Martin Scorsese buduje ten klimat drobiazgami: spojrzeniami, ciszą, ulicznym hałasem, neonami i napięciem wiszącym w powietrzu. Nagle w tym świecie pojawia się on sam. Bez fanfar i puszczania oka do widza - to nie cameo w stylu "spójrzcie, jaki jestem sprytny", lecz scena mająca wywołać dyskomfort.
Scena, która nie daje o sobie zapomnieć
Najbardziej znane pojawienie się reżysera jest konkretne i łatwe do wskazania: gra pasażera w taksówce Travisa. Martin Scorsese siedzi na tylnym siedzeniu i śledzi wzrokiem swoją żonę, patrząc w stronę okna mieszkania jej kochanka. W tej scenie nie wypowiada ani słowa, ale celowo odwraca głowę tak, aby kamera uchwyciła jego twarz i widz mógł go bez trudu rozpoznać.
Dlaczego to Scorsese zagrał tę rolę? Z opowieści krążących o kulisach wynika, że było to rozwiązanie awaryjne - kogoś brakowało, scena musiała powstać, a reżyser, mając dokładnie w głowie jej ton i energię, po prostu wszedł przed kamerę. Wyszło tak mocno, że trudno sobie wyobrazić inną twarz w tym ujęciu. Co ważne, ta scena nie jest zabawą; dodaje filmowi brudu i paranoi. Pokazuje, że Travis nie wozi po nocach zwykłych klientów, lecz ludzi, którzy wewnętrznie dawno przekroczyli wszelkie granice.
Drugie pojawienie się Scorsese i dlaczego łatwo je przegapić
Druga obecność Scorsese w filmie bywa opisywana jako przypadkowa, gdyż nie jest tak oczywista. Najczęściej mówi się o krótkim mignięciu reżysera w tle - ujęciu, które łatwo przeoczyć, jeśli ogląda się film dla fabuły, a nie w trybie łowcy smaczków. Można go dostrzec, gdy Travis wchodzi do siedziby sztabu wyborczego; Scorsese siedzi wtedy na zewnątrz budynku.
W praktyce to właśnie ten typ filmowej legendy, który żyje dzięki powtórkom. Widzowie zatrzymują kadr, cofają go i dyskutują: "to on czy nie on?". Sama zabawa w poszukiwanie reżysera jest częścią fenomenu "Taksówkarza". Ten film jest tak gęsty od detali, że widzowie lubią go analizować wielokrotnie.
U wielu twórców cameo stanowi podpis: "to moje". U Scorsese jest to raczej efekt stylu pracy. Jego kino często powstaje w biegu, a decyzje na planie podejmowane są szybko, pod wpływem napięcia między realizmem a filmową formą. Jeśli brakowało elementu domykającego scenę, Scorsese potrafił działać natychmiast. "Taksówkarza" kręcono w czasach, gdy nie wszystko było wygładzone jak w dzisiejszych produkcjach. Plan żył, miasto żyło, a film powstawał w warunkach, które same w sobie tworzyły klimat opowieści o nocnej jeździe po brudnych ulicach. Czasem najprostsze rozwiązanie było najlepsze: wejść, zagrać, pchnąć scenę do przodu. Niesamowite jest to, że wpisuje się to w sam klimat filmu - "Taksówkarz" opowiada o świecie, w którym przypadkowe spotkania mogą zmienić życie.
Scorsese ma reputację twórcy, który kocha aktorstwo i energię sceny. Nawet gdy nie stoi przed kamerą, jest obecny w każdym elemencie filmu: w rytmie dialogów, tempie montażu i sposobie budowania napięcia. Jego produkcje często wyglądają tak, jakby ktoś prowadził widza za kołnierz przez ulicę pełną hałasu.










