Reklama

Debiut na miarę Roberta Altmana

"Bardzo rzadko w polskim kinie pojawia się debiut tak dojrzały warsztatowo jak "Zero'" - tak Łukasz Maciejewski ("Dziennik") rozpoczyna swoją recenzję filmu Pawła Borowskiego, nazywając go "debiutem na miarę Roberta Altmana".

Krytyk "Dziennika" nie jest w swym zachwycie odosobniony. "Chociaż widziałem ten film kilka tygodni temu w Gdyni, ciągle nie potrafię się od niego uwolnić. A nie tylko w przypadku debiutów nie zdarza mi się to często" - Paweł T. Felis ("Gazeta Wyborcza") reaguje bardziej emocjonalnie.

Reklama

Krytycy zwracają uwagę na konstrukcję "Zera". "Borowski nowej formuły nie wymyśla, ale dajmy spokój szufladkom. 'Zero' zachwycać może scenariuszowo-narracyjną precyzją (drobne wyjątki potwierdzają tylko regułę), ale jego siłą jest przecież coś innego - Borowski nieustannie ten balon formalnej gry przekłuwa, na przekór przyjętej zasadzie powierzchownego chwytania ułamków cudzych życiorysów, wchodzi w nie głęboko, do granic emocji" - pisze dalej Felis.

Maciejewski również docenia błyskotliwość filmu.

"Borowski zdobył się na coś, co w polskim kinie pozostaje w zasadzie terra incognita. Pokazał wielowątkową, wymagającą niesłychanej precyzji, osadzoną w wyrazistym kontekście czasowym i narracyjnym historię, której nie powstydziłby się Robert Altman. Co więcej, niczego przy tym nie zgubił: kilkanaście wątków przeplata się wzajemnie, powtarza refrenowo - i to wszystko naprawdę ma sens" - pisze na łamach "Dziennika".

Zauważa jednak, choć film "jest bolesny, mocny i prawdziwy", to jednak "nie ma siły katharsis. Bohaterowie pozostają za szybą. Nie będzie oczyszczenia".

Nieczuła na formalną zręczność "Zera" pozostała jednak Martyna Olszowska, która w swej recenzji na stronach INTERIA.PL pyta retorycznie: "Po co ta zabawa opowieścią, 'techniką' narracji, skoro brakuje ciekawej konkluzji?".

I kontynuuje: "Wniosek, iż świat jest zły, zamieszkiwany przez złych ludzi, są bogaci i ci biedni, na których skupia się cała niesprawiedliwość świata, ludzie się nawzajem zdradzają, nienawidzą i kochają, a czasem jedno przypadkowe zdarzenie może odmienić ich życie - to cokolwiek za mało, a może za dużo".

Zobacz zwiastun filmu "Zero":

Kolejną polska premierą tygodnia jest "Mniejsze zło" doświadczonego Janusza Morgensterna. "Nie jest to film nieudany, ale..." - tak w skrócie można scharakteryzować stosunek polskiej krytyki do "Mniejszego zła".

"Trzeba przyznać, że 'Mniejsze zło' nakręcone jest w sposób nieco staroświecki, że inscenizowana przeszłość chwilami drażni realizacyjnym fałszem, że - m.in. poza fenomenalną parą Anna Romantowska (żona) i Janusz Gajos (mąż) - ekran wypełniają głównie pozbawione psychologicznego rysu postaci-typy, a niektóre wątki (romans Kamila z aktorką graną przez Magdalenę Cielecką) są całkowicie niewiarygodne i urwane tak, jakby twórcy nagle o nich zapomnieli" - zwraca uwagę Paweł T.Felis ("GW").

Magdalena Michalska ("Dziennik") obwinia film za rolę Lesława Żurka. "Najnowszy film Janusza Morgensterna ma ciekawy pomysł, intrygująca perspektywę spojrzenia na historię i fantastyczne epizody. Brakuje mu jednego - aktora, który udźwignąłby główną rolę... Lesław Żurek roli nijakiego oportunisty nie podołał". Recenzentka zauważa jednak, że "udało się Morgensternowi zrobić przewrotny i interesujący portret przełomu lat 80. i 90. Udało się uchwycić dwuznaczność tamtych czasów, grę, w której wszyscy, nawet mimowolnie uczestniczyli".

O uczuciu niedosytu po seansie filmu pisze zaś Martyna Olszowska na stronach INTERIA.PL. "Mniejsze zło" "nie jest filmem nieudanym. Choć w finale pozostawia widza z poczucie nienasycenia, ze świadomością, że tak, jak bohaterowie dzięki swojemu konformizmowi prześlizgiwali się przez zawirowania historii, tak Morgenstern, nie wykorzystując potencjału podejmowanej problematyki, chwilami prześlizguje się po historii swojej".

Zobacz zwiastun filmu "Mniejsze zło":

Mniej jednomyślności wykazali krytycy oceniając najnowszy film Joe Wrighta "Solista".

"Raczej 'Duet', ale też grający fałszywie" - aforystycznie rozpoczął Paweł Mossakowski ("Wyborcza").

"Film brytyjskiego reżysera jest przedsięwzięciem ambitnym, ale niestety zdecydowanie nieudanym. Ma być to historia tzw. dziwnej przyjaźni (tym dziwniejszej, że 'przyjaciele' nie mają ze sobą tak naprawdę kontaktu) oraz - pokrzepiająca na swój sposób - opowieść o próbie przywrócenia społeczeństwu wegetującego na jego marginesach geniusza. W rzeczywistości mówi tylko to, że czynienie dobra zawsze napotyka swoje limity" - pisze Mossakowski.

Filmu broni z kolei Wojtek Kałużyński ("Dziennik"), zwracając uwagę na "konwencję wielkomiejskiej ballady".

"Z jednej strony poetyckiej, uciekającej się do symboli, metafor i muzycznych miniatur. Z drugiej prozaicznie ascetycznej kierującej się ku obrazom ulicznej wegetacji 90-tysięcznej armii bezdomnych z Miasta Aniołów. Udało mu się [reżyserowi] uniknąć sentymentalizmu, obronić się przed schematyzmem, nie wpłynąć na mielizny kina społecznie zaangażowanego" - zauważa krytyk, ale nie przeczy, że "są tu momenty przesłodzone, kiczowate, optymizm zakończenia przychodzi zbyt łatwo".

Krystian Zając na stornach INTERIA.PL nazywa z kolei film Wrighta kinem "niewykorzystanej szansy".

"Wright stara się opowiadać o różnych dręczących obie postacie problemach, starając się zabrać głos w każdej podjętej w swoim obrazie kwestii. W efekcie po seansie ma się wrażenie jakby nie mówił nic znaczącego o żadnej z nich. Reżyser nie stawia kropki nawet w najważniejszym w jego filmie pytaniu: czy artysta powinien posiadać twórczą wolność nawet za cenę bezdomności, czy też powinien dać się "uczłowieczyć" i tym samym wkomponować w społeczeństwo" - pisze Zając.

Zobacz zwiastun filmu "Solista":

Spodobała się krytykom francuska "Serafina".

"Film Martina Provosta nie ma ambicji odkrywania jakiś nowych horyzontów, nie kombinuje, nie udziwnia, nie wymyśla niczego nowego. To film do bólu wręcz klasyczny w formie, opowiedziany po bożemu, skupiony na samej ciekawej historii, zwyczajnych bohaterach, dyskretnym nastroju, przejrzystej intrydze, malowniczej scenerii" - pisze ostrożnie Wojtek Kałużyński ("Dziennik").

Na podobieństwo do filmu o Nikiforze Krzysztofa Krauze zwraca z kolei uwagę Paweł T.Felis ("GW").

"Film Martina Provosta opowiadany jest w rytmie głównej bohaterki - akcja toczy się niespiesznie, dialogi padają rzadko, dominuje aura przaśnej tajemnicy, której wyjaśnić nie sposób. Porównania z 'Moim Nikiforem' są nieuniknione, chociaż film Krzysztofa i Joanny Krauze był jednak bardziej chropowaty, przyziemny i mocniej akcentował rolę opiekuna Nikifora".

"Nadmierny estetyzm, wyciszona i wygładzona narracja mogą w przypadku 'Serafiny' nieco nużyć: w pamięci zostaje jednak twarz Yolande Moreau, jej zniszczone ręce i sposób, w jaki ze zdobytych najróżniejszymi sposobami materiałów wyczarowuje nimi niczym artysta alchemik kolory i faktury" - konkluduje krytyk.

Zobacz zwiastun filmu "Serafina":

Przejechano się za to na całego po filmowej biografii znanego rapera "Notorious".

"Można by podejrzewać, że wśród muzycznych biografii "Notorious" czymś się wyróżnia, skoro film zaproszono na festiwal filmowy do Berlina. Nic z tego - w Berlinie film przemknął niezauważony, a spora grupa tych, którzy przyszli na pokaz, czym prędzej z niego uciekała" - pisze Paweł T. Felis ("GW") i rozwijając myśl zauważa, że "film George'a Tillmana jr. jest dziwaczną i ciężkostrawną historią o zakompleksionym w dzieciństwie chłopaku, który postanowił udowodnić światu, że jest kimś - a dowodem miała być kasa (zdobywana m.in. dzięki handlowaniu narkotykami), najlepsze laski (sam bohater, delikatnie mówiąc, cierpiący na otyłość, do przystojniaków nie należał), no i rzecz jasna muzyka, a raczej wysyłane z siebie w zatrważającym tempie hiphopowe mądrości (skądinąd ciekawa rzecz, że i panowie, i panie najlepiej rymują po udanym seksie)".

Wojtek Kałużyński ("Dziennik") zadowala się krótkim: "raper wagi ciężkiej, film wagi muszej". Docenia jednak aktorstwo filmu "Bronią tego pomnika aktorzy. Woolard balansujący między dziecinną niewinnością, a bezmyślnym okrucieństwem jest znakomity, Bassett w roli tragicznej matki wręcz wzorcowa, a i drugi plan potrafi błysnąć talentami. Była szansa, by hip-hopowe legendy zderzyć z rzeczywistością albo chociaż jakąś jej wersją. Niestety ta jest tutaj wyłącznie pozorowana, niewolniczo podporządkowana ikonografii, mitologii, raperskiemu sznytowi, a w dodatku patetycznie gloryfikująca do bólu banalne stereotypy".

Zobacz zwiastun filmu "Notorious":

Kolejną premierą tygodnia jest "Granice miłości" debiutującego scenarzysty Guillermo Arriagi ("Babel").

"Jak zawsze przy filmach o tak zagmatwanej strukturze, prześladuje mnie pytanie: co by było, gdyby tak uprościć i przedstawić ekranowe wydarzenia w porządku chronologicznym, po Bożemu? Czy nie wylazłby przypadkiem banał? Czy 'Granice miłości' nie ocierałyby się wówczas o zwyczajną operę mydlaną?" - zastanawia się Paweł Mossakowski ("GW").

bardziej rzeczowa jest juz Magdalena Michalska ("Dziennik"). "'Granice miłości' poszły w tym samym niedobrym kierunku, który wyznaczył "Babel" - alineranych, nadętych i niewiele znaczących zabaw pod płaszczykiem pseudofilozoficznych dywagacji o nieprzewidywalnych kolejach ludzkiego losu. Zabrakło wyszukanej i oryginalnej koncepcji, które stanowiły o sile najlepszych scenariuszy Meksykanina. Pozornie niezależne historie w przewidywalny sposób zaplatają się w całość, krążącą banalnie wokół tematu potrzeby miłości i możliwości odkupienia win" - wylicza recenznentka, dodając, że "film, przypominający koślawą kopię greckiej tragedii, ma jedną zaletę - grę Charilze Theron".

Na piękne zdjęcia i nastrojową muzykę zwraca za to uwagę Krystioan Zając (INTERIA.PL): "'Granice miłości' są pięknie fotografowane, przyciągają uwagę zwłaszcza długie nieruchome sekwencje. Towarzyszy im dodatkowo nastrojowa muzyka autorstwa znakomitego Hansa Zimmera"

Ale "całość wydaje się przypominać jedynie pięknie opakowane, niemal zupełnie puste w środku pudełko"

"Arriaga jako reżyser jest monotematyczny i przewidywalny, a jego obraz choć na pewno nie jest zupełnie nieudany, nie jest też w stanie na dłużej zagościć w pamięci widza" - konkluduje Zając.

Zobacz zwiastun filmu "Granice miłości":

Najgorsze noty ze wszystkich premier tygodnia osiągnął zdecydowanie "Gamer" z Gerardem Butlerem.

"'Gamer' łączy elementy antyutopii, kreując wizję dekadenckiej apokalipsy tu i ówdzie zapożyczoną, niespójną. Intelektualnie zmierzyć się z technopolem twórcy nie zdołali, ale nadali mu plastyczny kształt przekonująco demonizujący sztuczne raje. Szkoda tylko, że ich film nie tylko udaje grę komputerową, ale długimi momentami się w nią zamienia. Pomysłowo to nakręcone, ale jednak żenująco słabe" - żałuje Wojtek Kałużyński ("Dziennik").

O wiele bardziej radykalny w swoim osądzie jest Paweł T. Felis ("GW"): "Nie pamiętam (choć pamięć może mnie mylić), żebym oglądał na ekranie podobnie przeciągnięte do granic wytrzymałości sekwencje strzelanek: nudne to śmiertelnie, idiotyczne niebotycznie, wlokące się w nieskończoność" - pisze recenznet i puentuje: "Dla tych, którzy do maniaków komputerowo-aktorskich rozwalanek nie należą, seans katorga".

Do poprzednich dziełreżysereskiego tandemu Neveldine-Taylor nawiązuje z kolei Bartosz Stoczkowski na stronach INTERIA.PL.

"Mark Neveldine i Brian Taylor to twórcy, którzy wprowadzają mnie w konfuzję za każdym razem kiedy sięgam po jeden z ich filmów. 'Patologia' była tyleż wtórna, co i głupia. Tymczasem przepięknie nawiązujące do popkultury zjadaczy gier wideo obie części 'Adrenaliny', mimo że nierówne, aż skrzyły się od świetnych pomysłów i rozwiązań montażowych w manierze MTV. 'Gamer' wypada na tle szalonej odysei Cheva Cheliosa blado, nie jest jednak obrazem, którego nie dałoby się zmęczyć, jeżeli tylko uzbroimy się w duży popcorn, napój i brak potrzeby głębszej refleksji nad tym, co widzimy na ekranie" - pisze Stoczkowski.

Zobacz zwiastun filmu "Gamer":

Przedostatnią w premier tego tygodnia jest wyróżnione Europejską Nagrodą Filmową "Odgłosy robaków - zapiski mumii".

"To nie jest autentyczna relacja z głodówki, tylko adaptacją noweli japońskiej pisarki, Shimady Masahiko. A jednak 'Odgłosy robaków - zapiski mumii' ogląda się ze ściśniętym gardłem... " -zauważa Wojtek Kałużyński ("Dziennik"), zmieniając przy okazji płeć japońskiemu pisarzowi.

Paweł Mossakowski ("GW") zauważa, że "film jest czymś w rodzaju inscenizowanego dokumentu. Bardzo zresztą niezwykłego, i w swojej zawartości, i formie". Nie powstrzymuje się jednak od delikatnej przestrogi: "Uprzedzam, że rzecz jest bardzo specyficzna i przeznaczona dla publiczności lubiącej podobne osobliwości".

Nieco więcej o samym obrazie pisze Kałużyński: "Film, o ile damy się wciągnąć w pułapkę gry z realistyczną konwencją, ma siłę wręcz hipnotyczną. Rytmicznie zmieniające się obrazy, coraz bardziej halucynacyjne obrazy elektryzują i przyciągają. Liechti nie tylko przekracza granice filmu dokumentalnego, ale granice kina w ogóle, zbliża się do tajemnicy i poza przekraczaniem tabu ma do powiedzenia coś znacznie ważniejszego o współczesnym życiu i współczesnej śmierci".

Zobacz zwiastun filmu "Odgłosy robaków - zapiski mumii":

Na koniec film, którego nikt z recenzentów nie widział - "Piła VI".

"Kolejne części 'Piły' od kilku lat są jedną z najbardziej strzeżonych tajemnic - również przed dziennikarzami. Podobno dla zmylenia tropów nawet scenariusz 'Piły VI' nosił nazwę 'Evolution III', żeby nowi członkowie obsady nie wynieśli ważnych informacji poza plan. Nieco dziwi ten obsesyjny lęk przed wyciekiem, bo czy naprawdę scenariusz w tej kasowej serii jest tak istotny? Fanów serii i tak zachęcać nie ma sensu, podobnie jak nie ma sensu przeciwnikom tego typu 'rozrywki' wizyty w kinie odradzać" - bezradnie rozkłada recenzenckie ręce Paweł T. Felis ("Wyborcza").

Patryk Zwoliński z 'Dziennika" już czeka z kolei na... siódmą część.

"Filmy z serii 'Piła' oferują troszkę więcej niż samo wyrzynanie 426 osób bez jakiegokolwiek celu i sensu, dlatego też trzymajmy kciuki w nadziei, że oprócz hektolitrów krwi, dziesiątków powyrywanych palców, zębów czy paznokci zobaczymy całkiem udany horror/thriller/kryminał nawiązujący do pierwszych dwóch najlepszych części 'Piły' i że szczęśliwe zakończenie doprowadzi do powstania 'Piły' siódmej".

Zobacz zapowiedź filmu "Piła VI":

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Borowski | odgłosy | zapiski | krytyk | debiut | dziennik | film

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje