Reklama

Czy szokowanie widzów ma sens?

"Dawno nie widziałem czegoś tak głupiego i obrzydliwego" - napisał o "Nocnym pociągu z mięsem" jeden z recenzentów. Inny udowadnia, że horror ten to "coś więcej niż jedynie próba zaspokojenia niezdrowych instynktów wielbicieli filmowej grozy". Kto ma rację?

"NOCNY POCIĄG Z MIĘSEM"

Reklama

"Dawno nie widziałem czegoś tak głupiego i obrzydliwego - do biletu powinny być dołączane papierowe torebki. Historia jest zupełnie absurdalna (czego poetyka sennego koszmaru nie usprawiedliwia) i oferująca rozwiązanie rodem z tandetnej mitologii, dialogi są komicznie nieudolne, aktorstwo (zwłaszcza Leslie Bibb, grającej ambitną dziewczynę Leona) - na poziomie świetlicowym, a lepsze efekty specjalne można uzyskać na domowym komputerze. Nie wsiadać!".
Paweł Mossakowski, "Gazeta Wyborcza"

"Oparty na opowiadaniu Clive'a Barkera Nocny pociąg z mięsem to - jak na współczesną ofertę krwawego kina grozy - propozycja zaskakująco udana. (...) Hollywoodzki debiut japońskiego speca od kina akcji Ryuheiego Kitamury z jednej strony jest klasycznym horrorem, nastawionym przede wszystkim na szokowanie widzów hektolitrami rozlanej krwi, z drugiej jednak korzystnie wyłamuje się z nieciekawego schematu ustanawianego ostatnio przez kolejne Piłyhostele. Historia Leona próbującego rozwikłać niebezpieczną zagadkę Mahogany'ego jest czymś więcej niż jedynie próbą zaspokojenia niezdrowych instynktów wielbicieli filmowej grozy. To w jakimś stopniu metafora horroru jako gatunku: uporczywego poszukiwania w kinie przerażenia, niewytłumaczalnej fascynacji śmiercią i dekompozycji ciała".
Jakub Demiańczuk, "Dziennik"


"CAFE DE LOS MAESTROS"

"Siła Café de los Maestros leży nie w formie (bardzo tradycyjnej), nawet nie do końca w fantastycznej muzyce, choć oczywiście filmu słucha się znakomicie. W dokumencie Santaollali (nie on go podpisał, ale był duchem całego przedsięwzięcia) najciekawsze są momenty, gdy widzimy, w jaki sposób muzyka powstaje. Jak pojawia się błysk w oku, jak kolejni bohaterowie wpadają w trans, jak cieszą się ze wspólnego grania - i jak to wspólne granie ich zmienia. Aż trudno mi uwierzyć, że ja to napisałem - mówi w filmie kompozytor. Ale właśnie dziś, kiedy tango zdaje się należeć do wszystkich, ta podróż do źródeł ma głęboki, w dodatku pełen bezpretensjonalnego wdzięku, sens".
Paweł T.Felis, "Gazeta Wyborcza"

"Do tanga nie trzeba dwojga. Wystarczy jeden film. Dokumentalne Cafe de los Maestros momentami chwyta za serce bardziej niż pełna pasji milonga w towarzystwie wyjątkowo zdolnego i przystojnego tancerza.(...) Argentyńczycy twierdzą, że tango to ich tradycja. Mieszkańcy Urugwaju wskażą raczej na siebie. W Cafe de los Maestros wszyscy są jedną wielką rodziną zjednoczoną w czasie występu w słynnym Colon Theater w Buenos Aires".
Ewelina Kustra, "Dziennik"


"SPOTKANIA NA KRAŃCACH ŚWIATA"

"Herzog, który nakręcił film na zlecenie Discovery Chanel, z góry uprzedza, że nie interesuje go kolejny konwencjonalny dokument o puchatych pingwinach (robiąc aluzję do nagrodzonego Oscarem, ale chyba niezbyt przez siebie cenionego Marszu pingwinów). I dotrzymuje słowa. Nawet gdy na owe pingwiny się natknie (co na Antarktydzie jest nie do uniknięcia), to nie skupia się na ich rytuałach godowych i quasi-rodzinnych wartościach, ale zadaje ich badaczowi kłopotliwe pytania w rodzaju: Czy istnieją pingwiny geje?".
Paweł Mossakowski, "Gazeta Wyborcza"

"Każdy dokument ma jego autorski stempel. Nie można go pomylić. Wczorajszy krnąbrny ateusz sztuki filmowej, Werner Herzog w fabułach, chcąc nie chcąc, musi akceptować większe (Niezwyciężony) lub mniejsze (Operacja Świt) kompromisy, lecz w dokumencie jest ciągle tym samym irytującym i fascynującym gnojkiem, któremu się wydaje, że posiadł wszystkie rozumy świata. Z pozycji mędrca na bohaterów swoich filmów wybiera zawsze cherlawych wizjonerów, niemal pozbawionych rozumu w kategoriach racjonalnych, ale obdarzonych geniuszem niedefiniowalnym, dwuznacznym i intrygującym. Taki był zakochany w groźnych niedźwiedziach bohater Grizzly Mana, tacy są ludzie opętani Antarktydą w Spotkaniach na krańcach świata".
Łukasz Maciejewski, "Dziennik"


"POZWÓL MI WEJŚĆ

"Pozwól mi wejść to nie tyle horror, co raczej sympatycznie perwersyjna gra z horrorowym schematem. Czasem pływają tu w basenie odgryzione ręce, czasem leje się krew, ale w gruncie rzeczy film Alfredsona mówi nie o wampirach, ale o tych wszystkich nadwrażliwych i poniżanych, którzy z trudem znajdują sobie miejsce w świecie (że niedoskonałym, to mało powiedziane). Dzięki temu, że 12-letni Oscar (Hedebrant) spotka na swej drodze wampirzycę, stanie oko w oko z tą przedziwną metaforą wolności, która dziwnie pachnienic nie waży. I wyciągnie z tego spotkania lekcję".
Paweł T.Felis, "Gazeta Wyborcza"

"Ta historia jest zagrana na półtonach. Sceny są celowo niedomknięte, niepointowane. cały czas trzeba pamiętać, ze ten dziecięcy romans wampirzycy i wyalienowanego wrażliwca rozgrywa się wprawdzie w dekoracjach rodem z horrorów (krew, ukąszenia, posoka, ciemny las), ale jest przede wszystkim opowieścią o spotkaniu dwóch samotności".
Łukasz Maciejewski, "Dziennik"


"NOCE W RODANTHE"

"Jest pięknie i jest tragicznie, a przede wszystkim wzniośle. Matka może uczyć buntowniczą nastolatkę, że miłość to stan, w którym chce się być dla kogoś lepszym i w którym czujesz, że wszystko możesz. Córka, która wcześniej reagowała na matkę alergicznie, słucha uważnie, a nawet popłakuje. Cudowne przemiany bohaterów są tu na porządku dziennym, banalny obraz miłosnego kiczu wypiera to, co w historii najbardziej wiarygodne. Zostają cudne obrazki, sporo ckliwej muzyki i łzy na chusteczce. A zapowiadało się naprawdę nieźle...".
Paweł T.Felis, "Gazeta Wyborcza"

"Noce w Rodanthe to gorzka miłosna historia. Dobrze skrojona, przejmująco fatalistyczna i z wdziękiem zagrana. (...) Choć film wyszedłspod ręki kinowego debiutanta - George'a C. Wolfe'a - widać w nim rzemieślnicza, wprawna rękę. Schemat nieraz powielany przez filmowców eksploatowany jest z dużym wdziękiem, z wykorzystaniem najlepszych wzorców gatunku (np. finał jak z Love story, spacery po plaży i przypadkowość relacji jak z Kobiety i mężczyzny). Wszystkie składniki melodramatu są na miejscu - i w odpowiednim robi się wesoło, w odpowiednim smutno, nawet deszcz zaczyna padać w stosownej chwili".
Magdalena Michalska, "Dziennik"


"BLIZNA 3D"

"Choć ten horror został nakręcony w nowej, trzywymiarowej technologii., jego fabuła wydaje się dobrze znana. (...) Film wchodzi bez pokazu prasowego. Z pewnością nie jest on dla mnie: nie znoszę scen tortur, nawet w jednym wymiarze, a co dopiero w trzech. Ale zobaczę i ogwiazdkuję za tydzień".
Paweł Mossakowski, "Gazeta Wyborcza"

"Makabra w trzech wymiarach bywa tak samo nudna jak w dwóch. Co z tego ,że możemy sobie w Bliźnie popatrzeć na krwawe sceny tortur w 3D, skoro wypruwanie flaków ani nie szokuje, ani nie przeraża, ani nawet nie niepokoi. Im bardziej się reżyser Jed Weintraub stara, by było makabrycznie, tym bardziej wydają się jego patenty całkowicie zbędnymi ozdobnikiem. Fabułka została wymyślona tylko po to, by stworzyć jakiś pretekst do stopniowej eliminacji kolejnych bohaterów drugiego planu, zanim przyjdzie czas na danie główne".
Wojtek Kałużyński, "Dziennik"

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: horrory | nocny | dziennik | Gazeta Wyborcza | Sens | film

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje