Reklama

Czy Hollywood wyjdzie z dołka?

"Superman: Powrót" i druga część "Piratów z Karaibów" to najgorętsze filmowe premiery tego lata. I zarazem ostatnia szansa, by biedniejące w zatrważającym tempie Hollywood wygramoliło się wreszcie z finansowego dołka.

Mizerna kondycja amerykańskiego przemysłu filmowego od dawna już nie jest tajemnicą.

Reklama

Przepastne skarbce Hollywood świecą pustkami. Powód? Od 2002 r. wpływy z premier filmowych utrzymują tendencję spadkową. Nieoficjalnie mówi się, że jeśli najbliższe produkcje okażą się klapą, legendarną fabrykę snów czeka niemiła pobudka i twarde stąpanie po ziemi.

Bo konkurencja nie śpi i rośnie w siłę.

Słaby powrót Supermana

Niestety wstępne notowania "Superman: Powrót" nie napawają amerykańskich producentów optymizmem. Okazuje się, że wielki powrót do kin bohatera wszech czasów nie był aż tak oczekiwanym wydarzeniem, jak wstępnie zakładano.

"Superman: Powrót", który amerykańską premierę miał niespełna kilkanaście dni temu (w Polsce 4 sierpnia), zajął co prawda pierwszą lokatę w tamtejszym box office, ale suma, jaką zarobił na otwarciu, dała mu dopiero piąte miejsce wśród dotychczasowych premier 2006 roku.

Realizacja najnowszego "Supermana" kosztowała producentów ponad 260 mln dolarów, co pozwala umieścić film Bryana Singera na zaszczytnej liście najdroższych produkcji filmowych w historii światowej kinematografii.Tymczasem po pierwszych projekcjach obrazu do kieszeni jego twórców wróciło zaledwie 52,1 mln dolarów.

Znacznie lepiej poradził sobie "X-Men: Ostatni bastion", który w pierwszych dniach zarobił grubo ponad 100 mln oraz kontrowersyjny "Kod Da Vinci", który pierwsze projekcje zakończył wynikiem 77 mln dolarów.

Brawa dla umarlaka

Po falstarcie nowego "Supermana" amerykańska fabryka snów z drżeniem serca śledzi poczynania drugiej części "Piratów z Karaibów". "Skrzynia umarlaka" (polska premiera: 21 lipca), z Johnny Deppem w roli głównej, jest kontynuacją kinowego przeboju, który swoją premierę święcił 3 lata temu. Nakręcony z rozmachem obraz okazał się wielkim sukcesem kasowym. Stał się również przepustką do kariery dla wcześniej mniej znanej Brytyjki, Keiry Knightley, uznawanej dziś za jedną z najzdolniejszych aktorek młodego pokolenia.

Na europejskiej premierze filmu paradowały największe gwiazdy światowego show-biznesu. W londyńskim Odeonie przy Leicester Square 3 lipca pojawili się odtwórcy głównych ról: Johnny Depp, Orlando Bloom, Bill Nighy, Keira Knightley, Natalie Imbruglia, Misha Barton, Charlotte Church, a także znana z serialu "Zagubieni" Evangeline Lilly.

Uroczystą projekcję zakończyły ponoć gromkie brawa.

"Bawiliśmy się jak dzieci, lepiej niż podczas zdjęć do pierwszej części" - żartował tuż przed pokazem Orlando Bloom.

"Ale opowieści, że zrobiliśmy sobie jedynie długie wakacje na Karaibach, to wyłącznie plotki".

Nadchodzi Wenezuelwood

Na wątłej kondycji Hollywood postanowili skorzystać politycy z Ameryki łacińskiej. Zagorzały przeciwnik George'a W. Busha, prezydent Wenezueli Hugo Chávez, ogłosił zmierzch dyktatu amerykańskiej fabryki snów w swoim kraju.

Uznawany za dyktatora polityk postanowił otworzyć studio filmowe, które będzie walczyć z kulturalną potęgą USA w Ameryce łacińskiej.

Zapewnił, że jego rząd w najbliższym czasie przeznaczy 11 mln dolarów na produkcję filmów twórców lokalnych i pochodzących z Ameryki Południowej.

W zestawieniu z budżetem najtańszych amerykańskich produkcji filmowych kwota ma raczej wymiar symboliczny. Podobnie jak apel Chaveza, nawołującego do bojkotu hollywoodzkiej kinematografii. Znany z miażdżącej krytyki wolnego rynku polityk oskarżył Hollywood o przedstawianie Latynosów wyłącznie jako brutalnych przestępców i przemytników narkotyków.

Zaapelował również do młodych widzów, by natychmiast odwrócili się od superbohaterów pokroju "Supermana".

Łukasz Kuźmiński

Dzień Dobry

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: powrót | film | Hollywood

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje