Reklama

Reklama

"C.K. Dezerterzy": Hit na 7 milionów widzów

Czesi mają Szwejka, a Polacy "C.K. Dezerterów". Tak samo kultowych i uwielbianych.

Wojskowy psychiatra zwraca się do por. von Nogaya, pokazując mu po raz n-ty rysunek przedstawiający dorodną przedstawicielkę drobiu: "Niech się pan dobrze przypatrzy. Twierdzi pan kategorycznie, że to nic innego, jak tylko stworzenie nazywane kurą?". Von Nogay: "Twierdzę kategorycznie, że to jest osioł!". Tę pamiętną scenę widzowie obejrzeli po raz pierwszy 22 września 1986 r. - trzy lata po zniesieniu stanu wojennego.

Jak to często bywa, pomysł na film zrodził się przypadkiem. Jeden ze studentów Studium Scenariuszowego w Łodzi zaproponował na zajęciach, że w ramach ćwiczenia napisze adaptację zapomnianej przedwojennej powieści Kazimierza Sejdy "C.K. Dezerterzy". Wykładowca przeczytał książkę i doszedł do wniosku, że szkoda jej na studenckie ćwiczenie - podrzucił pomysł reżyserowi Januszowi Majewskiemu.

Reklama

Trwał marazm lat 80. Jeszcze dobrze pamiętano niedawno zakończony stan wojenny, kiedy to na ulice miast wyjechały czołgi i transportery opancerzone, a wojsko przejęło pełnię władzy. Przez pierwsze tygodnie telewizja prezentowała głównie filmy wojenne i propagandowe programy. Oficjalnie krzewiono kult armii i służb mundurowych, które - delikatnie mówiąc - nie cieszyły się wtedy nadmierną sympatią narodu. Duch i wymowa komedii "C.K. Dezerterzy" były zaprzeczeniem wszystkiego, co próbowała wmówić ludziom ówczesna władza. Ale to właśnie państwo sfinansowało film, który uderzał w propagowane wartości. Uprzedzając fakty i zmieniając chronologię wydarzeń: społeczeństwo znakomicie przyjęło film "C.K. Dezerterzy" i zrozumiało jego przesłanie, czego nie można do końca powiedzieć o ówczesnych rządzących.

Na spotkaniu z filmowcami generał Wojciech Jaruzelski powiedział do reżysera: "Ależ pan sobie użył na wojsku! Na szczęście nie było to nasze wojsko". Na to jeden z siedzących przy stole filmowców wyprowadził generała z błędu: "Panie generale, przecież c.k. armia to symbol wszystkich armii świata! On sobie żarty stroi z ducha każdej armii". Na to generał uśmiechnął się dobrodusznie i po ojcowsku pogroził filmowcowi palcem: "No, no! Niech pan nie donosi".

Zdjęcia do "C.K. Dezerterów" rozpoczęto w koszarach twierdzy Modlin. Dziś Janusz Majewski uważa, że do sukcesu filmu przyczynił się duch tego historycznego miejsca i... szampan. "Tknięty szczęśliwym odruchem przyniosłem pierwszego dnia zdjęciowego z domu ogromne naczynie szklane w kształcie kielicha - wspomina reżyser. - Wlaliśmy tam kilka butelek szampana i potem wszyscy obecni na planie, aktorzy, statyści, do najmłodszego elektryka, musieli wypić łyk za pomyślność filmu. Mimo wesołego nastroju wszyscy byliśmy jakoś wewnętrznie skupieni, wręcz wzruszeni. Mogło to wyglądać jak jakaś tajemnicza, sekretna komunia, jak obrzęd zjednoczenia się grupy ludzi dla osiągnięcia zamierzonego celu, chociaż był to tylko toast".

Początkowo reżyser marzył o wielkiej międzynarodowej koprodukcji z udziałem Czechów, Węgrów, Włochów, Austriaków, a nawet Izraela. Skończyło się na marzeniach i partnerstwie Węgrów. Praca w kraju bratanków okazała się nie tylko owocna, ale i bardzo przyjemna. W tamtych czasach w Polsce krążył taki dowcip: "Już niedługo w Polsce będzie jak na Węgrzech, na Węgrzech z kolei będzie jak w Szwecji, a w Szwecji jak nigdzie". Rzeczywiście, Węgry w tamtych czasach cieszyły się dobrobytem i obfitością towarów na półkach. Filmowców z Polski umieszczono w pięciogwiazdkowym hotelu Hyatt Atrium nad brzegiem Dunaju.

"W sklepach wszystkiego było w bród - wspomina reżyser. - Zwłaszcza delikatesowe sklepy spożywcze oferowały towary dawno u nas niewidziane, w ogromnym wyborze i relatywnie niedrogie. Używaliśmy sobie więc na całego, jedli świetne kolacje w pięknych restauracjach, piliśmy dobre trunki". Wkrótce okazało się, że w hotelu goszczą również panie z popularnego zespołu tanecznego z Polski. Kiedy rozpoznały aktorów z kraju, urządziły na ich cześć prawdziwą balangę, która powtórzyła się kolejnego wieczora. Jak wspomina reżyser, intensywne życie towarzyskie sprawiło, że mężczyźni z jego ekipy wyglądali przy śniadaniu "jak grządka sałaty".

W Polsce ceniono węgierskie filmy, natomiast sami Węgrzy mieli do rodzimej kinematografii stosunek, delikatnie mówiąc, ambiwalentny. Przekonała się o tym ekipa "C.K. Dezerterów" w czasie zdjęć na małym dworcu kolejowym na obrzeżach Budapesztu. Gdy filmowcy zamknęli na jakiś czas dostęp do dworca, szybko zgromadził się tłum i agresywnie zaczął domagać się otwarcia. Ludzie coś krzyczeli. Polacy od tłumacza dowiedzieli się, że najczęściej padały zdania w stylu: "Znowu robicie jakiś gówniany węgierski film?! Marnujecie nasze pieniądze!". Na prośbę reżysera wytłumaczono protestującym, że film kręci ekipa z Polski. Nastawienie tłumu uległo diametralnej zmianie - ludzie stali się uprzejmi i życzliwi. Tym samym potwierdziły się jednocześnie dwa przysłowia: "Polak, Węgier, dwa bratanki..." oraz "Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju".

Trudno wymienić drugi polski film, który w swojej obsadzie miałby tyle nazwisk wybitnych aktorów. Główną rolę, freitra Kani, reżyser powierzył Markowi Kondratowi, którego talent odkrył przed laty, kręcąc "Zaklęte rewiry". To przy okazji tamtego filmu Roman Wilhelmi powiedział, że Marek gra jak anioł.

Fantastycznym partnerem Kondrata okazał się Wiktor Zborowski, dla którego rola Żyda Habera była przełomowa. Prawdziwe aktorskie perły pojawiają się w tym filmie także w rolach drugoplanowych i niewielkich nawet epizodach: Wojciech Pokora, Zbigniew Zapasiewicz, Mariusz Dmochowski, Krzysztof Kowalewski, Edward Dziewoński, Marek Bukowski. W roli madame Elli oglądamy legendarną Kalinę Jędrusik. Na Węgrzech najwięcej autografów rozdał Leon Niemczyk, który zagrał niewielki epizod cholerycznego żandarma.

Aktorskim odkryciem filmu okazał się Jacek Sas-Uhrynowski, który tak udanie wcielił się w postać włoskiego jeńca Baldiniego, że zyskał nawet sympatię Włochów za oceanem, gdzie zresztą na kilka lat pozostał. Po powrocie do Polski zajął się biznesem i dlatego nie dowiemy się, jak rozwinąłby się jego aktorski talent. W filmie wystąpili również aktorzy z Czechosłowacji i Węgier, wśród nich dobrze znany Polakom ze "Szpitala na peryferiach" Josef Abrhám.

W roku premiery film obejrzało w kinach 7 mln widzów. W czasie licznych powtórek "C.K. Dezerterów" w telewizji liczba ta kilkakrotnie wzrosła. W 1998 r. Janusz Majewski nakręcił "Złoto dezerterów", kontynuację swojego wielkiego kinowego przeboju.

W piątek, 15 stycznia 2016, do kin trafił najnowszy film Janusza Majewskiego "Excentrycy, czyli po słonecznej stronie ulicy".

Życie na Gorąco Retro
Dowiedz się więcej na temat: C. K. Dezerterzy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje