"Notting Hill" to dziś jeden z największych klasyków komedii romantycznych: londyńska księgarnia, przypadkowe spotkanie, przeuroczo nieogarnięty Hugh Grant i Julia Roberts jako najbardziej rozpoznawalna aktorka świata. Problem w tym, że właśnie ten "film w filmie" był dla Roberts wyjątkowo trudny do przełknięcia.
W tamtym czasie była już prawdziwą gwiazdą. Każdy jej krok był komentowany, a wizja zagrania postaci popularnej aktorki brzmiała jak zaproszenie do niekończącej się spirali porównań, żartów i domysłów. Innymi słowy, rola wyglądała jak prosta droga do tego, by widzowie oglądali po prostu "Roberts grającą Roberts".
Największy kłopot był banalny, ale bardzo realny: Anna Scott to gwiazda atakowana przez media, śledzona przez paparazzich i oceniana na każdym kroku. Były to dokładnie te elementy sławy, które potrafią męczyć w prawdziwym życiu. Aktorka chciała uniknąć porównań, obawiając się dodatkowo, że postać zakochanej gwiazdy będzie zbyt "płaska". Julia Roberts bała się, że widzowie nie dostrzegą w niej człowieka, a jedynie adorowany obrazek. A jak w takiej sytuacji szczerze kibicować bohaterce romansu?
Strach przed byciem sobą na ekranie
"Notting Hill" w pewnym sensie prosi aktorkę o odsłonięcie się. Postać Anny ma momenty, w których mówi wprost o samotności, zmęczeniu sławą i potrzebie normalnego kontaktu. To emocje, które widz łatwo utożsamia z realnym życiem Roberts. Stąd brał się lęk, że film - zamiast romantyczną historią - stanie się dla prasy i fanów seansem plotkarskim. Podczas gdy widz miał się wzruszać, tabloidy zyskiwały materiał na nagłówki. Dla aktorki był to mało zachęcający układ.
Ostatecznie rola jednak do niej trafiła, ponieważ scenariusz Richarda Curtisa traktował popularność jak kłopotliwy hałas w tle. Anna Scott nie jest tu bajkową księżniczką, lecz kobietą, która ciągle musi coś udowadniać, uśmiechać się zawodowo i znosić cudze oczekiwania. Tekst dał Roberts przestrzeń, by zagrać człowieka, nie ikonę. Prawdopodobnie właśnie to przechyliło szalę - możliwość stworzenia realnej postaci z krwi i kości.
Julia Roberts i Hugh Grant: Duet, który sprzedał marzenie
Chemia między Roberts i Grantem jest kluczowa dla sukcesu filmu. Ona jest rozchwytywana, on woli chować się za ladą w księgarni. Ten kontrast napędza fabułę, a jednocześnie Roberts gra Annę tak, by nie przytłoczyć ekranowego partnera - robi miejsce na humor, ciszę i drobne zawahania. Dzięki temu całość jest romantyczna, ale nie lukrowa, pozwalając sobie na zwyczajność, która w przypadku takiej gwiazdy była największym ryzykiem.
Ikoniczna scena, w której bohaterka stoi przed Williamem w jego księgarni, obdarowując go dziełem wartym miliony dolarów, również pełna jest niespodzianek. Zanim nakręcono słynną sekwencję z wyznaniem "Jestem tylko dziewczyną", Julia Roberts zdecydowała, że wystąpi w swoich prywatnych rzeczach zamiast w przygotowanej stylizacji.
Do całej akcji zaangażowała swojego kierowcę. Jak wspominała, tego poranka odesłała "wspaniałego Tommy'ego" do swojego mieszkania z dokładną instrukcją: miał wejść do sypialni i wyciągnąć z szafy konkretne ubrania. Kierowca nie zadawał pytań - po prostu szybko zrealizował polecenie. Aktorce nie chodziło o marketingowy trik, lecz o autentyczność. Chciała, by widzowie łatwiej mogli poczuć emocje bohaterki i zrozumieć jej rozterki. W tamtym momencie nie przypuszczała, że właśnie ten fragment "Notting Hill" stanie się jedną z najbardziej ponadczasowych i rozpoznawalnych sekwencji w historii kina.









