Reklama

Bond. Najlepszy Bond?

"My name is Bond. James Bond" - te słowa zmieniły wszystko. To właściwie od serii o przygodach agenta 007 można mówić o szaleństwie filmowych cyklów i aktorskich giełdach. Bo Bond to świętość. Już nie narodowa. Raczej kinowa. Kto jest najlepszym Bondem według naszych użytkowników?

To istotne, kto słynne słowa wypowie w kolejnych filmach. Serca kinomanek mają zadrżeć, a w kinomanach wywołać mieszaninę zazdrości i podziwu. Chyba największe dyskusje rozgorzały, gdy wytwórnia ogłosiła, że następcą Pierce'a Brosnana zostanie Daniel Craig. Niecałe 180 cm wzrostu, niebieskie oczy, blond włosy - krótko mówiąc, jak na bondowskie warunki kompletna porażka. Jednak owe "bondowskie warunki" się zmieniły. Wraz z "Casino Royale" agent 007 wszedł w nową erę ekranowych herosów, w którą w filmie Christophera Nolana "Batman - Początek" zdecydowanym krokiem wkroczył człowiek - nietoperz. Ma być mniej bajkowo, mniej kiczowato, bardziej mrocznie i realistycznie. Bond stracił więc swoje gadżety wraz z odejściem Q. Nie ma też uroczej Moneypenny. Pani od pieniędzy jest teraz inteligentniejsza, wygadana i umiejętnie skrada serce tajnego agenta. Zresztą, kto by się oparł pięknej Evie Green.

Reklama

"Casino Royale" okazało się jednak hitem, a krytykowany powszechnie Daniel Craig jednym z najlepszych odtwórców Jamesa Bonda, bo idealnie wpasował się w nową konwencję. Po "007 Quantum of Solace" pojawiły się nawet głosy, że to właśnie jego gra ratuje średni w gruncie rzeczy film, ale o tym przekonamy się już dzisiaj, 7 listopada, kiedy tytuł trafi na ekrany polskich kin.

Co prawda, w naszej ankiecie Craig zdobył jedynie 9 proc. głosów i wylądował na czwartym miejscu, jednak warto docenić talent tego angielskiego aktora. To pierwszy odtwórca 007, który urodził się po tym, jak zaczęto kręcić słynną serię o przygodach superagenta. Dzięki tej roli w 2007 roku znalazł się na 29. miejscu na liście najbardziej wpływowych osób brytyjskiej kultury. Sam stara się zachować dystans do szaleństwa, które rozgorzało po tej roli wokół jego osoby i pilnie strzeże swojej prywatności. Wiadomo tylko, że planuje ślub z amerykańską producentką, Satsuki Mitchell i ma córkę z pierwszego małżeństwa.

Występ w roli 007 nie jest tylko kolejną aktorską fucha. Rola superagenta wywraca do góry nogami całe życie odtwórcy głównej roli. Bondem jest się na ekranie i w życiu. Bond to marka sama w sobie, a aktor go grający musi tę markę reklamować. Garnitury, zegarki, samochody, drinki, wygląd, zachowanie.... Od Craiga, miłośnika gier komputerowych i trampek w każdym możliwym wzorze i kolorze, wymagało to zatem wielu wyrzeczeń i zmian. Nie mówiąc o licznych kontuzjach i częstych wizytach na siłowni. Choć pewnie kwota na koncie z pewnością stanowiła tu przekonującą motywację.

Daniel Craig przyznał kiedyś, że według niego najlepszym Bondem był Sean Connery. Podobnie myślą nasi użytkownicy. To właśnie ten pierwszy odtwórca roli 007 znalazł się na pierwszym miejscu naszej ankiety. Siedmiokrotnie pojawiał się na ekranie jako superagent Jej Królewskiej Mości. Ian Fleming, który swojemu bohaterowi nadał imię po pewnym ornitologu, nie był zachwycony szkockim aktorem. Podobno do "przerośniętego kaskadera" przekonała go dopiero koleżanka, która jadła z nimi lunch. Jej argumenty o seksapilu Connery'ego trafiły do pisarza. Do roli 007 jego najsłynniejszy jak dotąd odtwórca odnosi się z pewną dozą sceptycyzmu.

"Jedyne, czego naprawdę potrzebujesz, to kondycja rugbysty, żeby przetrwać 18 tygodni pływania, bicia się i duszenia" - stwierdził kiedyś Connery.

W 1969 roku nadeszła pierwsza rewolucja. W rolę brytyjskiego agenta wcielił się Australijczyk - George Lazenby. W naszej ankiecie znalazł się na ostatnim miejscu, z marnym 1 proc. głosów. Nie ma się jednak czemu dziwić, bo i aktor z niego był raczej marny. Rolę dostał tylko dlatego, że podobno strzygł włosy jak Connery i był do niego podobny (sic!). Dorabiał jako model w reklamach i o aktorstwie miał raczej słabe pojęcie. Jednak na castingu nakłamał o swoim doświadczeniu zawodowym i barwnym epizodzie kierowcy rajdowego. Widać ten jeden raz zagrał dobrze i tym sposobem pojawił się w "W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości", gdy 007 po raz pierwszy i ostatni się żeni.

Australijczyka zastąpił szybko Roger Moore, który podobnie jak Connery siedmiokrotnie pojawiał się w serii o agencie 007. Sławę zdobył już wcześniej jako "Święty" Simon Templar. Tajną karierę zaczął dość późno, bo w 1973 roku gdy zagrał w "Żyj i pozwól umrzeć" miał już 45 lat. Skończył, gdy miał 57. Moore stworzył agenta, który częściej wykorzystywał siłę słowa. Nienagannie ubrany, wygładzony, zamiast nabojami wolał strzelać inteligentnymi ripostami. Jego Bond był lekki, łatwy i przyjemny. Może to z powodu codziennej dawki ręcznie zwijanych cygar Montecristo (zwijanych na udzie!), które zagwarantował sobie w kontrakcie?

Jednak w naszej ankiecie ten angielski aktor znalazł się na trzecim miejscu. Wyprzedził go bowiem pewien Irlandczyk. Brosnan. Pierce Brosnan Choć trzeba przyznać, że panowie idą w przysłowiowy "łeb w łeb". To nie zaskoczenie, bo styl gry Brosnana był często porównywany do tego prezentowanego przez słynnego "Świętego". Zresztą to właśnie Brosnan miał zastąpić Moore'a w roli superagenta. Przeszkodził mu kontrakt na serial "Remington Steele". Dlatego w kolejnych dwóch "pomoorowskich" Bondach pojawił się Walijczyk, Timothy Dalton. Ten teatralny aktor zaproponował 007 z lekką nutką goryczki, a "Licencja na zabijanie" stała się jedną z najbardziej brutalnych części o agencie.

W końcu na scenę wkroczył Brosnan i pojawił się w kolejnych czterech filmach. Okazał się godnym następcą "klasyka w bondowskiej tradycji" - samego Seana Connery'ego. Dowcip, urok osobisty, klasa i elegancja. Krótko mówiąc, kusił "smakiem i aromatem, z lekką nutką dekadencji". Takie połączenie męskości Connery'ego z czarem Moore'a.

Kolejne pokolenie fanów agenta 007 w większości przyzwyczaiło się, że Bond to Brosnan. On chyba zresztą też, bo gdy nagle został poinformowany, że wypada z gry, przeżył szok. Zresztą jak rzesze jego fanek, które starały się grzecznie nie dostrzegać, że przystojny, acz mający już swoje lata Irlandczyk, w świecie bondowskich, coraz bardziej kiczowatych i wymyślnych gadżetów zaczyna wyglądać, jak "mały, duży chłopiec z problemem wieku średniego". Brosnan zamiast u psychoanalityka, załamanie psychiczne postanowił wyleczyć... śpiewając (jak mu wyszło, każdy słyszał) w duecie Meryl Streep. Jak na brytyjską etykietę przystało, swojemu następcy życzył jak najlepiej. I tym sposobem nastała era Craiga. Daniela Craiga. I jeszcze potrwa. Przynajmniej w kolejnych filmach. Dwóch filmach.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: 007 Quantum of Solace | moore | craig | aktor | brosnan | connery | najlepszy | Bond

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje