Alina Janowska: Spadające majtki, pies i Gniazdo

Bez niej świat polskiej rozrywki byłby uboższy. Występowała w teatrach, kabaretach, grała w filmach i serialach...

W latach 40. i 50. w Alinie Janowskiej kochały się miliony mężczyzn

"Pierwszy występ był w remizie. Miałam 7 lat. Tańczyłam taniec cygański z tamburynem. Układ własny, muzyka kradziona. Tańczę i czuję, że spadają mi majtki. Zrozumiałam, że moja kariera wisi na włosku. A właściwie na gumce od majtek. Przerwałam taniec: 'Bardzo przepraszam, zaraz wrócę'. I wybiegłam do domu. Wróciłam z agrafką. Trwał już następny skecz, ale ja się nie przejmowałam, wskoczyłam na scenę i zakończyłam taniec: tam tara tam! I ukłon" - wspominała swój taneczny debiut Alina Janowska.

W jej domu rodzinnym było gwarno i wesoło. Ojciec, Stanisław, z wykształcenia był inżynierem rolnikiem. "Nauczył mnie dyscypliny i odpowiedzialności. Był wymagający, zasadniczy, a jednocześnie kochający, dowcipny. Kazał się nam gimnastykować i myć w zimnej wodzie!" - mówiła o nim aktorka. Mama Marcelina, obiecująca śpiewaczka operowa, zrezygnowała z kariery dla rodziny. "Miałam szczęśliwy dom, pełen miłości" - zapewnia Janowska.

Reklama

Szczęśliwe czasy skończyły się wraz z nadejściem wojny. Nim Alina ukończyła 20 lat, miała już na koncie pobyt w obozie jenieckim Stalag I B Hohenstein. Cudem uratowana przed wywózką na roboty, w 1942 r. za pomoc żydowskiej rodzinie wylądowała na Pawiaku. Nawet tam nie zapominała o tańcu. "Ćwiczyłam w łaźni albo w celi, w ukryciu, żeby się nie narazić na karę" - zdradziła po latach. Była łączniczką w Powstaniu Warszawskim. "Raz w życiu, podczas powstania, z głodu zjedliśmy pekińczyka. Z kaszą i fasolką z puszki. Żal psa, ale ludzi też" - wspominała.

Po śmierci ojca Alina pomagała mamie i bratu, ucząc tańca i rytmiki i występując w teatrzykach. Za kulisami łódzkiego Teatru Syrena zaproponowano jej pierwszą rolę w filmie "Zakazane piosenki". "Nosiłam w nim pożyczony beret. Strasznie żałowałam, że musiałam go oddać. Niewiele miałam wtedy własnych ubrań" - mówiła. Niezbyt często też jadła normalne posiłki.

Wykorzystał to Tadeusz Pluciński. Przynosił jej kanapki i przez żołądek trafił do serca ślicznej dziewczyny. Ale choć prosił ją o rękę, nie byli sobie pisani. Wyszła za nieśmiałego plastyka Andrzeja Boreckiego, który - zakochany po uszy - codziennie czekał na nią pod teatrem. Byli ze sobą 7 lat, doczekali się córki Agaty. "Nasza niezgodność charakterów, usposobień i zainteresowań była wręcz modelowa" - oceniła po latach aktorka.

Na miłość życia musiała poczekać jeszcze trzy lata. Gdy na jej drodze pojawił się szablista Wojciech Zabłocki, przepadła z kretesem. Posunęła się nawet do fortelu: oświadczyła mu, że ma bilety na "Zaćmienie". A gdy sportowiec zgodził się pójść z nią na ten film... "Wdarłam się do kierownika kina i wymusiłam miejsca!" - wspomina ze śmiechem artystka. Do dziś są z Zabłockim małżeństwem, mają dwoje dzieci: Michała i Kasię.

W latach 60. jej kariera ruszyła z kopyta. Pani Alina zagrała w "Samsonie" Andrzeja Wajdy i podczas festiwalu w Wenecji pierwszy raz poczuła się jak prawdziwa gwiazda, bo zagraniczne dziennikarki zachwyciły się jej kreacją. "A ja na ciuchach kupowałam amerykańskie kiecki z dżetami i u krawcowej prosiłam o przeróbkę według własnoręcznie narysowanego projektu" - zdradza.

Szersza publiczność pokochała ją dzięki serialowi "Wojna domowa". Janowskiej najbardziej zapadła w pamięć scena, która zresztą pogrzebała produkcję. "W jednym z odcinków uczyłam psa siusiać na gazetę. Niestety, na tygodnik 'Kultura'. Naczelny pisma, ideolog partyjny, zarządził, by autorce scenariusza wytłumaczono , że z serialem koniec, bo... niepedagogiczny".

Sukcesy odnosiła nie tylko w Polsce. W 1966 r., nie znając języka, podbiła serca publiczności paryskiej Olimpii. "Poprosiłam tłumacza, by teksty najpierw nagrał powoli, a drugi raz normalnie. Wykułam je jak papuga. Potem recytowałam ludziom znającym francuski i sprawdzałam, czy śmieją się przy puencie" - wspomina. Do sławy zawsze miała ogromny dystans. "Wracałam kiedyś z urzędu. Wlekłam się obładowana tobołami, papierami, a tu jakaś kobiecina woła: 'Pani Alino, pani jest moją wielbicielką'! Aż ją uściskałam. Nie grozi mi samozachwyt. Znam zbyt dużo swoich wad" - przyznaje.

Mieszkańcy Żoliborza do dziś pamiętają, jak ona - gwiazda - szła pochylona, zbierając z ulicy papierki. "Kiedyś pogadałam z milicjantami: Dajcie mi swoją 'sukę' i tubę do przemawiania. Ubrałam kwiecistą spódnicę, na głowę chustkę, wzięłam do ręki moją amerykańską szczotkę (bo ja, jak jestem za granicą, to tylko szczotki przywożę). Wlazłam na dach 'suki', by nie spaść, kazałam się przywiązać do antenki, podjeżdżałam pod każdy dom i śpiewałam przez głośnik wymyślone przeze mnie kuplety na temat zamiatania i higieny. Ludzie wybuchali śmiechem, ale... zaczynali sprzątać" - wspomina aktorka.

Dzięki jej inicjatywie powstały ośrodki dla dzieciaków "Gniazdo". Zaczęło się od wypadku, który spowodowali znudzeni chłopcy - kradli i podbili babci klozetowej oko. Poszła do dyrektorki szkoły i zadeklarowała, że chce się zająć dzieciakami po lekcjach. "Dostałam okropną piwnicę. Ale nie złamałam się. Biegałam, darłam pazurami mury, kleiłam na kolanach linoleum. I powstało pierwsze 'Gniazdo'. Nazwa miała być synonimem domu, ciepła, przytulenia" - mówi.

Od kilku lat niezapomniana Eleonora ze "Złotopolskich" nie pokazuje się publicznie. Cierpi na postępującą w szybkim tempie chorobę Alzheimera. Zajmuje się nią ukochany mąż. Jedyne pocieszenie to słowa Andrzeja Strzeleckiego: "Alina mogłaby swym życiorysem wypełnić kilka innych".

JL

Dowiedz się więcej na temat: Alina Janowska

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje