"Gwiezdne wojny": ryzykowny projekt
W 1977 "Gwiezdne wojny" były ryzykownym projektem. Alec Guinness dołączył do tego projektu jako człowiek z zupełnie innej bajki, klasycznie wykształcony aktor, z imponującym dorobkiem filmowym i teatralnym, przyzwyczajony do ról, w których liczy się niuans.
Guinness zagrał mentora oszczędnie, bez nadęcia i bez nachalnej magii. Jego Kenobi jest wiarygodny, bo brzmi, jakby naprawdę widział w życiu zbyt dużo, by biegać po pustyni i krzyczeć do młodego bohatera. W świecie pełnym efektów specjalnych wniósł coś, czego nie da się dokleić w postprodukcji - autorytet.
Alec Guinness często dawał do zrozumienia, że dialogi w filmie uważał za słabe i irytujące. Nie chodziło o pogardę dla widzów, tylko o zderzenie gustów. On lubił kino, które buduje się słowem i precyzją, a tu dostał kosmiczną baśń napędzaną tempem i obrazem.
Najbardziej przeszkadzało mu jednak poczucie, że jedna rola zaczęła zasłaniać wszystkie inne. Dla fanów to brzmi jak herezja, ale dla aktora z takim życiorysem mogło być po prostu męczące.
"Gwiezdne wojny": autograf za obietnicę, że nie obejrzysz filmu ponownie
Najbardziej znana anegdota z Guinnessem jest dość komediowa. Do aktora podszedł młody fan i z dumą oznajmił, że widział "Gwiezdne wojny" mnóstwo razy. Poprosił o autograf. Guinness miał odpowiedzieć mniej więcej tak: podpisze, ale tylko jeśli chłopak obieca, że już nigdy więcej nie obejrzy tego filmu.
Brzmi ostro? Właśnie dlatego ta historia krąży w świecie fanów od lat. Jest w niej typowy dla Guinnessa suchy humor i zmęczenie tematem. I jest też zderzenie dwóch światów. Po jednej stronie fan, dla którego film jest skarbem. Po drugiej aktor, który ma wrażenie, że "Gwiezdne wojny" przykleiły mu etykietę na resztę życia.
"Gwiezdne wojny": instynkt do biznesu i negocjacji
Choć Alec Guinness nie był fanem "Gwiezdnych wojen", miał świetny instynkt do negocjacji. Zamiast wziąć wyłącznie standardową gażę, wywalczył udział w zyskach. Kiedy film stał się hitem, jego wynagrodzenie urosło do rozmiarów, o których większość aktorów może tylko marzyć.
Najciekawsze jest to, że dystans Aleca Guinnessa wcale nie zniszczył roli w świadomości fanów. Wręcz przeciwnie. Jego Obi-Wan ma w sobie coś wyjątkowego: spokój człowieka, który nie musi udowadniać, że jest ważny. Fani kochają Kenobiego za mądrość, ale też za nutę tajemnicy, jakby zawsze wiedział więcej, niż mówi.
Dlatego Kenobi stał się fundamentem całej opowieści. Nawet jeśli Guinness nie chciał być kojarzony z Jedi, to bez niego "Nowa nadzieja" nie byłaby tym, czym jest.
"Gwiezdne wojny": zadziorny dopisek na marginesie
Alec Guinness potrafił opowiadać o pracy przy filmie w swoim stylu: z dystansem i ostrym poczuciem humoru. Wspominał poprawki dialogów, tempo pracy i baśniowy klimat produkcji tak, jakby opisywał niezwykłą wycieczkę, na którą dał się namówić, ale nie zamierza robić z niej sensu życia. Mimo tego narzekania robił swoje.
Anegdota o autografie za obietnicę "nie oglądaj więcej" jest jak mały, zadziorny dopisek na marginesie największego hitu popkultury.
Zobacz też: Opuścił projekt życia po osobistej tragedii. Po latach mógł do niego wrócić











