Mija czas, mijają dekady, a ta nonszalancka historia w ogóle się nie chce zestarzeć. Ani w treści, ani w formie. Ani czarno-białe zdjęcia, nawet kostium nie wydają się aż tak retro, łatwo można bowiem wyobrazić sobie dziewczynę we fryzurce na pazia i bluzeczce w paski i chłopaka, który ponad wszystko kocha swoją stylówkę, nie rozstaje się z kapeluszem (choćby ten mu na oczy się zsuwał) i papierosem. Pali cały czas i wszędzie. Bez opamiętania, bez wytchnienia, ale tytuł przecież zobowiązuje… Nie tylko w kwestii tracenia tchu z powodu dymu.
Jean-Luc Godard nakręcił swój debiut na podstawie pomysłu François Truffaut i Claude'a Chabrola. Inspiracją był artykuł prasowy z pierwszej połowy lat 50. o zakochanym w amerykańskiej studentce Francuzie, który ukradł samochód i zabił policjanta. Późniejszą wersję scenariusza napisał Godard, ale ostateczna forma powstała na planie. Jean-Paul Belmondo i Jean Seberg razem z autorem zdjęć Raoulem Coutardem przekształcili koncept w najbardziej nowoczesny i ponadczasowy klasyk kina. Bo "Do utraty tchu" nadal ma w sobie lekkość, dezynwolturę, które wyrywają ten film - grafomańsko to ujmę - głodnym zębom czasu.

"Dzieło wiekopomne"
Można do opowieści Godarda podchodzić na klęczkach - snuć filmoznawczo-historyczne dywagacje o "kamieniu milowym" w kinematografii. Można rozprawiać o krytykach, którzy złapali za kamery i o wszystkich kontekstach nowej fali - od buntu młodych wobec tradycyjnej narracji wielkich mistrzów, przez fascynację amerykańskim kinem i europejskiej na nie odpowiedzi (w jednej ze scen Belmondo ucina sobie "pogawędkę" z plakatem Humphreya Bogarta) po radykalną zmianę w sposobie filmowania. Lata 60. to bowiem czas definitywnego zrywania z kinem realizowanym w studiach, z użyciem wielkiego, ciężkiego i - w przypadku oświetlenia - generującego wysokie temperatury sprzętu. Szalenie nieporęcznego, kosztownego i po prostu organizacyjnie skomplikowanego w zastosowaniu.
U Godarda wszystko jest "inaczej". Kamera jest dynamiczna - tym szybsza, że połączona z montażem, którego tempa nie powstydziliby się nawet twórcy dzisiejszych hollywoodzkich sensacji. Obraz gna razem z bohaterami przez paryskie ulice i podmiejskie drogi, zagląda do schowka z bronią, do sypialni, łazienek, kuchni, kawiarni (Godard musiał wymyślić sposób na wykorzystanie na potrzeby filmu bardziej czułej błony fotograficznej - mniej oświetlenia, ciemniej - potrzebne większe ISO). "Do utraty tchu" było rewolucją wizualną i narracyjną. Wniosło do kin nową energię.
Efekt był też piorunujący - zaraz po premierze zimą 1960 roku - do kin poszło ponad dwa miliony Francuzów. Długofalowo dzieło okazało się jednym z kluczowych dla nowej fali, pozwoliło innym debiutantom na próbowanie swoich sił za kamerą, wyznaczyło nowe drogi rozwoju dla filmowców na całym świecie (to nie są przesadzone słowa).
Po 23 latach film doczekał się amerykańskiego remake'u. Belmondo, który przed kamerą zaczął występować w latach 50., stał się gwiazdą i jednym z najbardziej rozchwytywanych francuskich aktorów wszech czasów; grał niemal do śmierci. Te same drzwi "Do utraty tchu" otworzyło przed Seberg. Z różnych przyczyn, w tym osobistych i politycznych, ta kariera tak nie wypaliła, niemniej w annałach historii kinematografii pozostaną słowa Truffaut, który nazwał ją "najlepszą aktorką w Europie".
Można tak długo… Wszystkie te konteksty istnieją, są istotne, obudowują "Do utraty tchu" barwnym nimbem, wnoszą je na postument i chcą tam trzymać. Ale Godard tam wcale tkwić nie chce. Nie z powodu historii ponowny seans "Do utraty tchu" potrafi zachwycić. Można naprawdę nic nie wiedzieć o realiach filmowo-historycznych, żeby dać się tej repremierze uwieść.
Sekret prostoty
Historia jest właściwie banalna. Dwoje młodych kochanków, on - Michel - bad boy, rzezimieszek-złodziejaszek (który popełnia niewybaczalny czyn), ona - Patricia - studentka delikatna, zaradna, romantyczna. Sztampa - chciałoby się napisać. Kalka wymęczona przez kulturę nie tylko popularną na milion sposobów. Wędrują przez dni i miejsca w poszukiwaniu siebie nawzajem, własnych niepewności i fascynacji, pragnień, kaprysów, "chemii", ciała i romansu. Łapią chwile. Są - z godziny na godzinę, instynktowni, czarujący. Nic więcej nie potrzeba. Nic więcej, poza momentem "tu i teraz" się nie liczy. Przyszłość jest zbyt mglista, oparta na kruchych snach, zwłaszcza w przypadku Michela, u Patricii rozum zwycięża nad sercem (przynosząc bohaterce życiową przegraną). Może Godardowi i Truffaut to by się w ogóle nie udało, gdyby nie Jean-Paul Belmondo i Jean Seberg, ich improwizacje, fotogeniczność i charyzma?
Odłożywszy wszystko na bok, każdy fakt, kontekst - przed widzem staje ta cudowna, malownicza para. Ich swoboda i naturalność, dialogi prozaiczne, zwykłe, codzienne, gesty i grymasy twarzy, podarta koszula, bałagan w pokoju, nieskończony napis na ścianie - "dlaczego", lekkie dąsy i namiętne pocałunki.
Nie da się od nich oderwać wzroku, razem z nimi tchu nie stracić.
***
Film Jean-Luca Godarda z 1960 roku "Do utraty tchu" wraca po latach na ekrany polskich kin. Produkcja w odrestaurowanej wersji będzie dostępna od 7 sierpnia. Dystrybucją tytułu zajmuje się firma Past Perfect.












