Reklama

10 lat temu zmarł Jerzy Stefan Stawiński

Jerzy Stefan Stawiński

Odebrał przedwojenne wychowanie inteligenckie, co znaczyło "przede wszystkim przyzwoite zachowanie i poziom moralny. Wykluczone było okazać się aferzystą, dorobkiewiczem, oszustem. To nowe państwo było nasze i nie wolno było go oszukiwać". Istotnym elementem wychowania były podróże; w pamięć młodzieńca wryła się wyprawa z rodzicami z 1937 r. - w Paryżu oglądali Wielką Wystawę Powszechną, sławną z tego, że pawilon hitlerowskich Niemiec z wielkim orłem na swastyce mieścił się dokładnie naprzeciwko pawilonu sowieckiego z rzeźbą kołchoźnicy i robotnika - reprodukowaną potem przez Mosfilm.

Reklama

Żywił kult munduru. Podczas I wojny jego ojciec dosłużył się stopnia majora w Legionach Polskich, w okresie międzywojennym mundur wiązał się z prestiżem. "Bardzo chciałem iść do wojska, żeby służyć ojczyźnie". Po wielekroć usiłował zdefiniować tę mentalność, w której wzrósł. "Nosiłem w sobie mit walki o niepodległość (wychowali mnie na legendzie powstania styczniowego) - który w kanale upadł".

Maturę zdał we wrześniu 1938 r., w wieku 16 lat. Zapisał się na prawo i od razu dostał odroczenie, gdyż ubrano go również w wymarzony mundur - Szkoły Podchorążych Łączności w Zegrzu. Okoliczności sprawiły, że na studia wrócił dopiero w 1947 r.

Podczas kampanii wrześniowej przekazywał rozkazy dla artylerii. "Były one bardzo żałosne, bo jedna bateria miała wystrzelić pięć pocisków na Marki, a cztery na Ząbki. (...) Było wiadomo, że to tylko gest, bo nie miało to znaczenia militarnego, ale nie wypadało, żeby takie państwo padło po dwóch tygodniach. Był to honorowy akt" - gorzko oceniał Wrzesień, za który dostał Krzyż Walecznych, mając 18 lat.

Do konspiracji trafił w marcu 1940 r. Szkolił rówieśników; utworzył oddział łączności. Z kilku oddziałów powstał pułk; jego zespół m. in. produkował odbiorniki UKF. W 1942 r. jego ojciec zginął w Oświęcimiu "Matka zmarła niedługo po nim. Ona go tak kochała, że nie mogła bez niego żyć" - ocenił. Młodzieńcowi została tylko babcia.

Stawiński czekał na wybuch powstania. "Nie miałem też świadomości pomyłki. Działaliśmy do końca. Dopiero jak nas przyparli czołgami do paru uliczek, zaprzestaliśmy. Nie wiem, czy to morale, honor, czy wychowanie" - opowiadał.

26 września, ostatniego dnia ewakuacji Mokotowa, Stawiński wprowadził do kanału ok. 130 osób, z czego 70 swych podkomendnych, by dostać się do Śródmieścia. "Przygotowałem przecież to powstanie i ciągle tych ludzi ratowałem. Z trzema znalazłem się cudem w Śródmieściu, straciwszy wszystko, za co byłem odpowiedzialny" - wspominał.

Poczucie winy ścigało go przez lata. "Jak się ma 23 lata i prowadzi się swoich ludzi kanałami, to ten ktoś, kto wchodził na Mokotowie i ten, kto wychodził w Śródmieściu - nie był tym samym człowiekiem" - zauważył prof. Hendrykowski.

W kanałach był tłum. Niemcy rzucali granaty, zamykali przejścia. Z relacji Stawińskiego wynika, że w okolicach kolektora wybuchła samobójcza panika, której poddała się część jego podwładnych. "Początkowo pełzaliśmy na czworaka, gęsiego, w pojedynkę, bo nie mogły minąć się dwie osoby. (...) Były tam też postaci siedzące, jakichś starszych ludzi, którzy tylko jęczeli. Jęki były spotęgowane przez echo, co stwarzało straszne wrażenie" - wspominał Stawiński.

Dowiedz się więcej na temat: Jerzy Stefan Stawiński

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje