Andrzej Konopka ukończył Wydział Aktorski Akademii Teatralnej w Warszawie, a swoje umiejętności rozwijał na deskach stołecznych scen, m.in. w Teatrze Powszechnym i Teatrze Nowym. Widzowie mogą go kojarzyć z ról w popularnych serialach, takich jak "Wataha", "Znaki", "Belfer", "Król", "Wzgórze psów" czy "Przesmyk". Występował także w uznanych produkcjach filmowych, m.in. "W imię…" Małgorzaty Szumowskiej czy "Chłopi" DK i Hugh Welchman.
Podczas 23. edycji festiwalu BellaTOFIFEST w Toruniu Andrzej Konopka był członkiem jury w Międzynarodowym Konkursie Pierwszych i Drugich Filmów Pełnometrażowych ON AIR. Wraz z Gabrielą Muskałą, Jowitą Budnik, Piotrem Trojanem, Anną Maliszewską i Tomaszem Wasilewskim oceniał 12 wyjątkowych filmów z całego świata. W tym roku doceniono aż cztery filmy, jednak tylko jeden mógł otrzymać prestiżową statuetkę. Za najlepszy film w konkursie ON AIR uznano "Lesson Learned" (reż. Bàlint Szimler).
Andrzej Konopka dla Interii. "Bardzo chciałbym, żeby ktoś odkrył we mnie tę wrażliwą stronę"
Justyna Miś, Interia: Jesteśmy na MFF Bella TOFIFEST. Dlaczego, w pana opinii, jest to festiwal wyjątkowy?
Andrzej Konopka: - Dla mnie jest wyjątkowy, dlatego że po raz pierwszy występuję w roli jurora. Mam poczucie niezwykłego ciężaru tej funkcji. Generalnie jestem dość przeciwny traktowaniu sztuki w kategoriach sportowych. Uważam, że tego się tak nie da przełożyć: ze sportu, w tym przypadku do kina. Czuję wagę bycia jurorem i z tego względu ten festiwal jest dla mnie szczególny. A oprócz tego jestem pierwszy raz na dłużej w Toruniu. Jestem zachwycony tym miastem, ludźmi, którzy tu mieszkają, ale też tymi, którzy tworzą ten festiwal. Zostałem zaproszony do jury przez Kafkę Jaworską, panią dyrektor festiwalu, i naprawdę jestem zachwycony atmosferą, która tu nieustannie panuje. Bardzo dużo ludzi, gości tutaj przyjeżdża. Biorąc pod uwagę, że to sezon wakacyjny i każdy ma jakiś plan na wypoczynek, to jest naprawdę bardzo cenne. To znaczy, że ludziom się tu podoba i chętnie tu przyjeżdżają. A przy tym nie ma takich strasznych nerwów, jakie czasami bywają na innych festiwalach, związanych z rywalizacją czy czymkolwiek innym. Tego tutaj nie czuję. Chociażby z tego powodu ten festiwal jest szczególny.
Czy będąc członkiem jury, ocenia pan filmy według innych kryteriów niż na przykład w czasie wolnym?
- Na pewno bycie jurorem to przede wszystkim ogromna przyjemność. Lubię kino, gram w kinie i lubię oglądać to, co robią inni, więc to jest ogromna frajda. Ale też bycie jurorem to odpowiedzialność, obowiązek by w miarę uczciwie wobec siebie samego przeanalizować te filmy. Jeśli podejmujemy decyzję o przyznaniu nagrody, to żeby ona miała głębsze powody, jakieś umocowanie. Dla mnie podstawowym kryterium, którym się mimo wszystko kieruję jako juror, są po prostu moje emocje. Krótko mówiąc: jeśli oglądam film, to po seansie zadaję sobie pytanie: "Czy ten film coś ze mną zrobił? Czy coś we mnie zmienił? Czy wzbudził emocje?". Czasami są takie filmy, które działają od razu, wtedy człowiek wychodzi z kina roztrzęsiony. Ale są też filmy, które mają tzw. opóźniony zapłon. Ja to sobie tak na swój użytek sprawdzam i stosuję przy ocenie filmu. Czy film według mnie – podkreślam: według mnie – był dobry, czy może po prostu do mnie nie trafił. To jest moje podstawowe kryterium. Oczywiście jako aktor siłą rzeczy patrzę wyjątkowo czepliwie i wnikliwie na aktorstwo.
Czy wśród filmów konkursowych, które dotąd pan obejrzał, trafił się taki, który wywołał wyjątkowo silne emocje?
- Tak, był taki film, moim zdaniem bardzo mocny. Nie mogę tutaj zostawiać żadnych tropów, bo chcę działać w kooperacji z innymi członkami jury, ale tak, był taki film. I były też dwa–trzy inne, które zadziałały z opóźnieniem. Obejrzałem już chyba około siedem filmów, jeszcze kilka przede mną, i jestem bardzo ciekawy kolejnych. To naprawdę trudne, bo jako jury możemy przyznać tylko jedną nagrodę w tym konkursie. A chciałoby się powiedzieć: ten film był bardzo dobry, ale w innym podobało się coś innego. Niestety, nie mamy takiej możliwości - takie są zasady tego konkursu, więc tym bardziej ten "wyrok" musi być wyważony.
A czy zauważa pan nowe trendy w kinie po obejrzeniu tych filmów konkursowych?
- Na pewno w wielu filmach to kobiety są bohaterkami, są postawione w centrum wydarzeń. Poza tym jeden film szczególnie zapadł mi w pamięć. Skojarzył mi się z niedawnym głośnym serialem na jednej z platform – zarówno on, jak i ten film, były o szkole. Uważam, że właśnie teraz powinno się mówić o szkole, bo coś złego się dzieje. Nie tylko w Polsce, ale ogólnie w Europie, a może i na świecie. Bardzo się cieszę, że miałem okazję obejrzeć film, który pokazuje szkołę jako miejsce kształtowania człowieka, to było bardzo cenne. Były też ze dwa filmy dotyczące spuścizny postkomunizmu. To dla mnie bardzo ciekawe. Jako pięćdziesięcioparoletni facet pamiętam komunizm i interesuje mnie, jak to wygląda w innych krajach.
Jakie kino pan lubi prywatnie?
- To bardzo zależy od nastroju. Czasami mam taki wieczór, że mówię sobie: "Dziś nie ma żartów, oglądamy prawdziwe kino". To niesamowite, że internet daje teraz tyle możliwości obejrzenia dobrych filmów. Dobre festiwale mają swoje kanały, gdzie można je legalnie obejrzeć. Nawet siedząc na kanapie, można obejrzeć wartościowe kino. Jeśli mam wieczór w takim właśnie nastroju, sięgam po filmy ambitne, festiwalowe. Bywają też wieczory, kiedy po prostu chcę zapomnieć o wszystkim, skoncentrować się na niezbyt zajmującej historii i po prostu odpocząć. Bardzo lubię kino osobiste, niekoniecznie za wielkie pieniądze, opowiadane przez reżyserów, którzy często są też autorami scenariuszy. Kino autorskie, czasami bardzo kameralne, skupiające uwagę na rzeczach, na które na co dzień nikt nie zwraca uwagi. Ktoś po prostu postanawia skierować kamerę na ten konkretny problem, na tę konkretną sytuację i to dla mnie bardzo ciekawe doświadczenie.

Mam wrażenie, że panuje przekonanie, iż ludzie nie chodzą już do kina, bo mamy dostęp do najróżniejszych platform streamingowych. Ja się z tym nie zgadzam, wszystko zależy od filmu. Są seanse, gdzie sala jest pusta, ale na najgłośniejszych produkcjach – pełna. Co pan o tym myśli?
- Myślę, że "kultura kina" to nie tylko duży ekran i doskonałe nagłośnienie, bo te rzeczy są dziś dostępne także w domu. Jeśli ktoś chce, może zainwestować w ekran, głośniki, słuchawki i będzie miał świetne warunki. Najważniejszym elementem kultury kina jest dla mnie oglądanie filmu we wspólnocie. To jest sedno kina. Oddycha się z innymi ludźmi, słychać, co "wisi w powietrzu", jak zapada cisza. To niesamowite, że śmiejemy się razem, wzruszamy się razem, czasem wstydzimy się swoich łez, kiedy zapala się światło. To jest właśnie dla mnie istota kina – wspólnota przeżycia. To prawda, że są też filmy, które lepiej obejrzeć w zaciszu domowym, żeby osobiście przeżyć daną historię. Kameralne, intymne, kino bardzo osobiste.
Przed panem kilka premier: "Heweliusz", "LARP", "Dom dobry". Czy planuje pan teraz odpoczynek, czy kolejne projekty są już w drodze?
- O dziwo upomniał się o mnie teatr. Lipiec miał być dla mnie wakacyjnym miesiącem, a dostałem propozycję zagrania w Teatrze Telewizji. Będzie to bardzo ciekawe. Robimy klasykę klasyki, czyli Moliera, jego "Tartuffe" w tłumaczeniu Jerzego Radziwiłowicza i w reżyserii Tadeusza Kabicza. Bardzo dobra obsada. To był też powód, dla którego się zgodziłem. Potem jadę do Teatru STU w Krakowie, żeby przygotować premierę spektaklu, który oficjalnie pokażemy w październiku. To "Sprzedawcy gumek" w reżyserii Marcina Hycnara. Tak wyglądają najbliższe dwa–trzy miesiące. Tak jak pani wspomniała – będzie kilka premier, w których miałem przyjemność wziąć udział. Też bardzo jestem ciekaw, co z tego wszystkiego wyjdzie.
W jednym z wcześniejszych wywiadów mówił pan, że wymarzoną rolą byłoby zagranie wrażliwca. Czy to marzenie jest nadal aktualne?
- Ja, być może z powodu mojej "surowej" urody, często dostaję w polskim kinie i telewizji role złych mężczyzn – opresyjnych typów. Nie ukrywam, że bardzo chciałbym, żeby ktoś odkrył we mnie tę wrażliwą stronę, którą, moim zdaniem, gdzieś tam mam. Ale nie narzekam, bo dostaję bardzo dobre propozycje, więc jestem szczęśliwy. Natomiast tak, to jest takie moje marzenie.

Czytaj więcej: Jest przyszłością polskiego kina. "Zawsze chciałem zagrać romantyka szachistę"











