"Żywioł. Deepwater Horizon" [recenzja]: Bez litości

Gdy w kwietniu 2010 roku doszło do tragicznej w skutkach eksplozji platformy wiertniczej Deepwater Horizon w Zatoce Meksykańskiej, wydarzeniem tym żył cały świat. Nie bez powodu - wybuch doprowadził do największej w historii Stanów Zjednoczonych katastrofy ekologicznej, kosztował życie 11 pracowników i ranił 17 innych. Reżyser Peter Berg wraca do pamiętnego dnia, by ukazać przyczyny i przebieg tragedii; w swoim filmie nie daje zaś widzom ani grama taryfy ulgowej.

Mark Wahlberg w filmie "Żywioł. Deepwater Horizon"

Początkowe sceny z życia bohaterów Berg pokazuje w konwencji "dzień, jak co dzień". Mike Williams (Mark Wahlberg) spędza przyjemny poranek w towarzystwie pięknej żony (Kate Hudson) i zafascynowanej nim córki (Stella Allen). Andrea Fleytas (Gina Rodriguez) zmaga się z zepsutym samochodem, kierownik Jimmy Harrell (Kurt Russell) z kontrolą z korporacji BP i upartym członkiem zarządu (John Malkovich), a robotnik Caleb Holloway (Dylan O’Brien) z sennością i nadgodzinami. Żaden z bohaterów nie ma jeszcze pojęcia, że za kilkanaście godzin na Deepwater Horizon rozpęta się najprawdziwsze piekło. 

Reklama

Znaki zapowiadające katastrofę scenarzyści Matthew Michael Carnahan i Matthew Sand umieszczają jednak już w pierwszych minutach filmu. Najpierw w przedziwny sposób eksploduje puszka z colą, przy pomocy której twórcy tłumaczą nam (bardzo sprytnie), jak funkcjonuje platforma wiertnicza. Nieco później przedstawiciel BP zjawia się na lotnisku w krawacie, którego purpurowy kolor odpowiada najpoważniejszemu sygnałowi alarmowemu na platformie. Wreszcie w śmigła helikoptera, którym podróżują pracownicy, wlatuje mewa, doprowadzając do chwilowej awarii i natychmiastowego skoku adrenaliny wśród pasażerów.

Choć widać, że Berg z bardzo dużym szacunkiem traktuje wydarzenia sprzed lat i z wielką starannością wyjaśnia nam zawiłości funkcjonowania Deepwater Horizon, przez niemal całą pierwszą połowę filmu w tych drobnych sugestiach scenarzystów uwidacznia się istotny problem "Żywiołu" - jego konwencjonalność. Mimo gatunkowego ciężaru, dzieło reżysera to przez znaczącą część dość klasyczny przykład amerykańskiego kina katastroficznego. Mamy kilku sympatycznych bohaterów, których warto wspierać; mamy antybohatera, na którego można zrzucić winę za eksplozję; mamy również odrobinę humoru, by rozładować napięcie i odrobinę technicznych zagwozdek, które twórcy mogą nam wytłumaczyć. Wszystko to podane w gatunkowych ramach.

Sytuacja znacząco poprawia się w drugiej połowie, gdy tytułowy żywioł wdziera się na pierwszy plan. Sekwencja eksplozji i pożaru na Deepwater Horizon wmurowuje w kinowy fotel i szczerze przeraża. Film Berga udowadnia wtedy, że wbrew pozorom nie jest kolejnym rozrywkowym widowiskiem pokroju "Pojutrza", "2012" czy "Armagedonu". Obrazy horroru rozgrywającego się w kontrze do początkowych błahostek są tak sugestywne, że nie sposób uznać "Żywiołu" za kolejną oderwaną od rzeczywistości wizję. Zwłaszcza, że z tyłu głowy wciąż kołacze się myśl: to wszystko wydarzyło się naprawdę.

W tej materii film Berga bardzo przypomina zeszłoroczny "Everest" Baltasara Kormákura o uwięzionych w górach alpinistach. Choć oba dzieła opowiadają o skrajnie odmiennych przypadkach, ich autentyczność sprawia, że natychmiast angażujemy się w losy bohaterów. Nie bez znaczenia jest tu oczywiście techniczna perfekcja. Berg, twórca takich dzieł, jak "Battleship: Bitwa o Ziemię" czy "Hancock", już wielokrotnie pokazywał, że ma olbrzymi talent do inscenizowania katastrof. Tu jednak bije samego siebie. Na dodatek doprowadza widza na skraj fotela bez zmiatania z powierzchni całych miast - wystarcza płonąca platforma i tragiczna historia jednostek.

Wyróżnia się w "Żywiole" zarówno znakomite wykorzystanie dźwięku i efektów specjalnych, jak również widoczne gołym okiem doświadczenie twórcy. Choć zdarzają się chwile, gdy ekranowy chaos irytuje, bo bohaterowie gubią się gdzieś wśród ognia i dymu, realizm, który udało się dzięki temu uzyskać, doskonale oddaje bezsilność człowieka wobec żywiołu i przenosi nas w sam środek filmowego inferna. Niemal dodatkiem są tutaj sprawdzeni, grający na poziomie aktorzy drugoplanowi i Mark Wahlberg, który znów udowadnia, że stał się w Hollywood specjalistą od ról "zwyczajnych herosów".

Wszystkie zdarzenia, które miały miejsce w 2010 roku na Deepwater Horizon trudno zmieścić w dwugodzinnym dziele, stąd sporo w "Żywiole" skrótów, niezbyt rozbudowanych wątków i nazbyt dynamicznej akcji. Twórcom udaje się mimo to osiągnąć rzecz najważniejszą - bez nadmiernego patosu złożyć hołd ofiarom katastrofy. Szczególnie widać to w zakończeniu, gdy oglądamy plansze ze zdjęciami i nazwiskami zabitych pracowników platformy, urozmaicone prawdziwym nagraniami i wypowiedziami osób, które przeżyły. Warto poczekać wtedy do końca, by zobaczyć  co udaje się autorom osiągnąć - opuszczając salę, zamiast gwaru swobodnych rozmów, usłyszymy najprawdopodobniej ciszę.

7/10

"Żywioł. Deepwater Horizon" [Deepwater Horizon], reż. Peter Berg, USA 2016, dystrybutor: Monolith Films, premiera kinowa: 30 września 2016

Dowiedz się więcej na temat: Żywioł. Deepwater Horizon

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje