Banalność zła to pierwsza refleksja, jaka przychodzi do głowy po projekcji "Norymbergi" Jamesa Vanderbilta. Towarzyszy jej nieprzyjemne mrowienie, bo choć akcja filmu rozgrywa się tuż po II wojnie światowej, w trakcie procesów norymberskich, podjęta tam tematyka w radykalizującej się Europie jest niebezpiecznie aktualna. To opowieść o wadze oraz pamięci historycznej, zrobiona w hollywoodzkim, nieco patetycznym stylu.
Podstawą scenariusza "Norymbergi" była książka "The Nazi and the Psychiatrist" autorstwa Jacka El-Haia. Jej tytuł mówi znacznie więcej o tym, co zobaczymy na ekranie niż sam tytuł filmu. Choć procesy norymberskie są punktem docelowym fabuły Jamesa Vanderbilta, skupia się on przede wszystkim na wydarzeniach, jakie miały miejsce bezpośrednio przed nimi. Chodzi o sporządzenie opinii psychiatrycznych pojmanych nazistowskich przywódców z Hermannem Göringiem na czele, które stanowić mają podstawę do postawienia ich przed sądem.
"Norymberga" to zatem w dużej mierze film oparty na konfrontacji. Po jednej stronie tego intelektualnego, ideowego starcia znalazł się "drugi po Hitlerze", jak mówiono o Göringu. Po drugiej, amerykański psychiatra wojskowy Douglas Kelly. I tu mamy poważny zgrzyt. W postać nazistowskiego przywódcy wcielił się Russell Crowe. Po kilku przeciętnych rolach i wyborach w ostatnich latach, australijski aktor wreszcie znowu ma okazje pokazać pełnię swojego talentu. Mimika, rubaszny ton, powściągliwość, stopniowanie emocji przekładają się na mocną, wyrazistą i pełną głębi kreację, która osiąga apogeum w najlepszej scenie filmu, jaką jest sądowe starcie z głównym oskarżycielem Robertem H. Jacksonem (Michael Shannon).
Postać Kelly’ego powierzono natomiast Ramiemu Malekowi, uznanemu amerykańskiemu aktorowi, zdobywcy Oscara za "Bohemian Rapsody" z 2019 roku. I okazała się to niestety przestrzelona decyzja. Śmiem twierdzić, że nie był to problem źle napisanej przez Vanderbilta w scenariuszu postaci, a nietrafionej aktorskiej interpretacji, która dała dość karykaturalny efekt. Przez co wydaje się, że ekranowy Göring nie ma w "Norymberdze" poważnego przeciwnika, a przynajmniej nie na pierwszym planie. Bardziej okazale wypadł ten drugi ze wspomnianym już Shannonem na czele.
Konfrontacyjny charakter tej historii przełożył się na formę filmu, bliższą dramatowi sądowemu niż dużej historycznej inscenizacji. Spora część akcji dzieje się w niewielkiej celi, oparta jest na dialogu, a w warstwie wizualnej na zbliżeniach. Za zdjęcia odpowiadał polski operator Dariusz Wolski, od lat z sukcesami pracujący w Hollywood. Było to dla niego zupełnie nowe wyzwanie, jako że wcześniej pracował przy tak wizualnie odmiennych produkcjach jak seria "Piraci z Karaibów", "Alicja w krainie czarów" czy "Prometeusz". W "Norymberdze" daje się jednak wyczuć atmosferę klaustrofobii, osaczenia, nieuchronności tego, co ma się wydarzyć. Twórcy zdecydowali się także na wykorzystanie - w scenach procesu - materiałów archiwalnych, które robią piorunujące wrażenie, wzmacniając ton opowieści.
Film Vanderbilta będzie miał swoich zwolenników i przeciwników. Choć jestem przekonany, że nawet ci drudzy docenią fantastyczną rolę Crowe'a. "Norymberga" to solidnie zrealizowana produkcja, jednak moim zdaniem nie wykorzystano w pełni potencjału, jaki w niej drzemał.
6/10
"Norymberga" (Nuremberg), reż. James Vanderbilt, USA 2025, dystrybutor: Monolith Films, premiera kinowa: 28 listopada 2025 roku.
