Reklama

"X": Grindhouse'owa fiesta dla miłośników gatunku [recenzja]

Kadr z filmu "X" /materiały prasowe/M2 Films /materiały prasowe

Ti West składa tym filmem hołd horrorom gore z lat 70. XX wieku, ale nie jest autoparodystyczny jak Quentin Tarantino w swoim "Grindhouse" z tego gatunku. "X", zdecydowanie przeznaczony dla dorosłego widza, to klasyczny, ultrabrutalny i dobrze opowiedziany slasher z ciekawym wątkiem kobiecym i nawiązaniem do "Psychozy".

"X" jak Tarantino?

Pamiętacie eksperyment Quentina Tarantino i Roberta Rodrigueza z 2007 roku "Grindhouse", na który składały się dwa filmy "Death Proof" i "Planet Terror"? Potem wypączkowały z nich dwie części "Maczety", zaś S. Craig Zahler nakręcił "Blok 99". Grindhousem określano od lat 40. XX wieku kina, które pokazywały głównie niskobudżetowe, ociekające seksem i przemocą filmy. Mekką takich kin był 42 Ulica na Manhattanie, którą doskonale sportretowano w serialu "Kroniki Times Square". Dziś jest to neonowa wizytówka Nowego Jorku. Kiedyś było to miejsce spelun, prostytucji i kin porno. Podczas seansów uprawiano seks, w cenie biletu nocleg urządzali sobie bezdomni.

Reklama

Powstałe w latach 60., 70. i 80. filmy - pod uroczymi tytułami "Faster, Pussycat, Kill! Kill!" czy "Vampyros Lesbos" - stały się symbolem grindhousowego kina, choć w tym podgatunku niektórzy filmoznawcy umieszczają też arcydzieło Johna Carpentera "Halloween" czy "Suspirię" Dario Argento. Jest to mocno dyskusyjne, choć trudno nie zgodzić się, że grindhousowym filmem jest "Teksańska masakra piłą łańcuchową" Tobe Hoopera.

"X" Ti Westa jest hołdem złożonym kinu grindhousowemu, na czele właśnie z ikonicznym filmem Hoppera. Jest to jednak hołd inny od tego, który dał nam duet Tarantino/Rodriguez. West nie bawi się tak mocno gatunkiem i nie puszcza do nas zbyt często oka. "X" jest horrorem gore zrobionym na poważnie, mimo ładunku poziomu meta.

"X": Horror zrobiony na poważnie

Akcja "X" jest umiejscowiona w 1979 roku, a bohaterowie to ekipa, kręcąca pornograficzny film z myślą o nadchodzącej rewolucji rynku VHS. Producent Wayne (Martin Henderson) jest kimś, kogo tak bardzo obawiał się, grany przez Burta Reynoldsa, reżyser "ambitnego" i kinowego porno Jack Horner z "Boogie Nights" Paula Thomasa Andersona. Wayne wie, że widownia - bez obawy przed oceną społeczeństwa - chce oglądać pornografię w domowym zaciszu. Bierze więc ze sobą, mającego ambicje tworzyć niezależne kino w stylu Godarda, reżysera RJ (Owen Campbell), pełniącą funkcję dźwiękowca jego dziewczynę Lorraine (Jenna Ortega), stereotypowo infantylną blondynę Bobby-Lynne (Brittany Snow) i kryjącą tajemnicę i bez przerwy wciągającą kokainę Maxine (Mia Goth). Wszystkie panie mają uprawiać na ekranie seks z jurnym, wyrzeźbionym weteranem z Wietnamu Jacksonem (w tej roli raper Kid Cudi).

Wayne jest hochsztaplerem i cwaniakiem, więc "Córka farmera", bo taki ma tytuł jego wiekopomne dzieło, jest kręcone przy najmniejszym budżecie. Ekipa wynajmuje dom na farmie od zrzędliwego dziadka Howarda (Stephen Ure) i jego tajemniczej żony Pearl (w tej roli niespodzianka, której nie ujawnię). Howard oczywiście nie wie o prawdziwych zamiarach swoich gości, ale od początku nimi otwarcie gardzi. Upiorna Pearl snuje się nocami po farmie i podgląda proces powstawania pornograficznego filmu. Howard nie rozstaje się ze strzelbą, a blisko domu mieszka głodny aligator. Tak zaczyna się farmerska masakra z pornografią w tle.

Jest tu wszystko! Wydłubywanie oczu, obcinanie palców i głów

Ti West nie jest Samem Raimi z "Martwego zła" i nie chce też naśladować spadkobierców Wesa Cravena z najnowszego "Krzyku". Pojawiają się w ustach bohaterów rozmowy o "Psychozie" Hitchcocka (w środku filmu też następuje twist) oraz kinofilski humor (Maxime jest wzorowana na Lindzie Lovelace z "Głębokiego gardła"), ale Westowi bliżej do powagi Roba Zombie ("Dom 1000 trupów", "Bękarty diabła"), ale ma od starszego kolegi więcej talentu. Nie zapomina o bohaterach, którzy nie są teksturowymi wycinkami, jak w choćby fatalnym tegorocznym remake'u "Teksańskiej masakry..." z Netfliksa. Pojawia się tu kwestia zmonetyzowanej rewolucji seksualnej, feministyczny wątek uwięzienia kobiet w kleszczach społecznych i klamra z moralnym oburzeniem telewizyjnego kaznodziei, krzyczącego o grzechu zjadającym Amerykę. Nie jest to nachalnie dydaktyczne i nie przesłania tego co najważniejsze - zabawy.  

West, który jest reżyserem, scenarzystą i montażystą "X" umiejętnie buduje napięcie, co najlepiej widać w kapitalnej scenie nieświadomej obecności aligatora, pływającej nago Maxime czy snującej się po nocach białej jak duch Pearl. W końcowych scenach dostajemy zaś wszystko, czego miłośnik gatunku oczekuje - wydłubywanie oczu, obcinanie palców i głów, młoty, siekiery, noże i samochód; "you name it!". Od początku do końca unosi się nad wszystkim duch niezależnego amerykańskiego horroru lat 70. i kapitalna ścieżka dźwiękowa na czele z "Landslide" Fleetwood Mac. Ja więcej nie potrzebuję, bo jak mawiał Jason Statham w "Niezniszczalnych" - "klasyka zawsze rządzi"!

7,5/10

"X", reż. Ti West, USA 2022, dystrybutor: M2 Films, premiera kinowa: 29 kwietnia 2022 roku.

Zobacz również:

"Wiking": Zabić czy być zabitym? Oto jest pytanie [recenzja]

"Nieznośny ciężar wielkiego talentu": Nicolas Cage jest cholerną legendą! [recenzja]

"Memoria": Dźwięki traumy [recenzja]

"Wszystko wszędzie naraz". Śmierć, podatki i multiświat [recenzja]

"Fantastyczne zwierzęta: Tajemnice Dumbledore'a": Prawo (nie najlepszej) serii [recenzja]

Więcej newsów o filmach, gwiazdach i programach telewizyjnych, ekskluzywne wywiady i kulisy najgorętszych premier znajdziecie na naszym Facebooku Interia Film.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: X (film)

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy